Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Chudy Wawrzyniec: Medale tylko dla czołówki
Najpierw list od organizatorów Chudego Wawrzyńca:

***

Przy okazji Chudego Wawrzyńca powstała wrzawa wokół jednego z punktów regulaminu. W dziale świadczenia nie ma nic o medalach. Co więcej - jest informacja, że ich nie będzie. A powstała nadwyżka w budżecie będzie przeznaczona na cel charytatywny.

Nie rozdamy medali na mecie.


Wiemy, że je lubicie. I że Wam szkoda. I że to fajna pamiątka. Uważamy jednak, że są rzeczy cenniejsze niż kawałek metalu na szyi, który cieszy zwykle przez pierwsze parę dni, a potem ląduje w szufladzie, na półce. Zbiera kurz. A parę lat później w czasie przeprowadzki czy porządków wskakuje do kontenera na śmieci wraz z kilogramami innych pamiątek. Ostatnio z żoną przenosiliśmy się do innego miasta, więc kwestię „zabrać czy wyrzucić” mamy świeżo w pamięci. Do kosza trafiło kilka kilogramów medali i dwie siatki pucharów. Zachowaliśmy stare numery startowe - zajmują mniej miejsca, a również przywołują wspomnienia.

Wiemy, że na większości dużych biegów organizator daje medale wszystkim. Ale są od tego wyjątki: np. Ultra-Trail du Mont Blanc, Ultra Pirineu w Hiszpanii czy Transgrancanaria, biegi górskie w Anglii.

Zrobimy coś lepszego


Przekażemy pieniądze, które normalnie poszłyby na medale, lokalnej społeczności. Młodym ludziom z gminy Rajcza i Ujsoły. Mają co prawda pod domem piękne góry, ale z budżetem bywa u nich krucho. Oni też chcą jeździć po Polsce i świecie. Uprawiać sport.

Stwierdziliśmy, że warto im pomóc. I zaprosić na metę biegu byście ich poznali. Każdy uczestnik Chudego Wawrzyńca przekazuje dychę. A każdy z Małej Rycerzowej - piątkę. Jeśli mimo tej 'przymusowej daniny' zdecydujecie się wystartować - będziecie mogli osobiście porozmawiać i przybić piątkę z lokalsami.
Jaka to akcja? Szczegóły w tej chwili dogrywamy, dlatego nie chcemy zdradzać. Jako organizatorzy i biegacze, zadbamy by pieniądz ten nie poszedł na sygnety i kabriolety.

Nie zarobimy na tym


Na medale zwykle wydawaliśmy około 10 zł za sztukę. Żeby popracować nad pamiątką, zadbamy żeby opaski dawane na trasie były wyjątkowo atrakcyjne (trwalsze niż w poprzednich latach, bardziej "wypasione"). A więc i my dołożymy trochę ze swojego budżetu. A ceny biegu nie zmieniliśmy w stosunku do zeszłego roku.

Co nam przeszkadzają te medale?


Szanujemy sportową tradycję, która z czasem się zaciera. Medal jest symbolem zwycięstwa. Przedmiotem wyjątkowym, który zdobywają jedynie mistrzowie.
Uważamy, że rozdawanie wszystkim tego, co należy się jedynie tym najciężej trenującym, najbardziej wytrwałym, zdeterminowanym, jest niesprawiedliwe. Inny przedmiot jest o.k. Ale medal zawsze nas trochę „swędział", mimo że sami biegamy w wielu imprezach. Zwykle nie zajmujemy czołowych lokat, więc jeśli inni organizatorzy pójdą naszym śladem - też będziemy jechać do domu bez tego symbolu zwycięstwa. Ostatnio też zdarzało się nam nie przyjmować medalu. Po prostu - wbiegaliśmy na metę i nie braliśmy krążka.

Właśnie ze względów światopoglądowych nie damy opcji wyboru „pakiet z medalem czy pakiet bez medalu”.

Uważamy też, że akcje charytatywne są na tyle pożyteczne, że warto je „wrzucać w pakiet”. Nawet jeśli się to komuś nie podoba. To nie są duże kwoty, które zmienią budżet zawodnika. Ale pomnożone przez liczbę startujących dają sporą sumę. Zwłaszcza gdy pracujemy na rzecz pojedynczych gmin. Przyzwyczajamy ludzi do dzielenia się. W przypadku wielkich biegów zagranicznych (np. maraton londyński) bardzo trudno dostać pakiet startowy, jeśli nie wesprze się sporą kwotą jednej z organizacji charytatywnych.

Robiąc akcję „Pomoc zamiast medalu” zdawaliśmy sobie sprawę, że spadnie na nas „hejt” i że stracimy część uczestników. Ale mamy nadzieję, że ta większa część z nami zostanie.

Nie tak dawno Marek Tronina - szef Maratonu Warszawskiego opowiadał o nieudanej akcji na Stadionie Narodowym. Widzowie, którzy chcieli wejść na trybuny przy mecie stadionu, tam gdzie kończył się maraton, mieli zapłacić 10 zł. Pieniądze miały zostać przeznaczone na młodych sportowców. Niestety akcja musiała zostać odwołana z powodu dużego protestu. Według nas to smutne. Pokazuje małostkowość i obojętność Polaków.

Zawsze coś narzucamy


Ktoś powiedział, że to dyktatura. Ale każda decyzja podejmowana przez organizatorów to swego rodzaju narzucanie. Dlaczego biegniemy tą drogą, a nie inną? Dlaczego na początku jest 6 km asfaltu, a nie od razu szlak? Dlaczego nie pociągnęliśmy pętli aż na Pilsko by zrobić okrągłe 100 km? Czemu nie ma więcej punktów żywieniowych? Po co te noclegi?

Wszystkie elementy, na które składa się impreza, to równocześnie rezygnacja z innych. Nie mamy ambicji być największym biegiem górskim i mieć największy budżet. Gdyby nam zależało na pieniądzach - poszukalibyśmy ich na imprezach asfaltowych. Robiąc Chudego Wawrzyńca pokazujemy nasze podejście do biegania. Bez rozpieszczania. Mało punktów żywieniowych nie jest przypadkiem. Uważamy, że ktoś, kto planuje pokonać 53 czy 85 km w górach, powinien być na tyle rozsądny, by rozplanować ile wody będzie potrzebował na poszczególnych odcinkach. Nie chcemy robić z gór stadionu, gdzie wszystko jest uporządkowane i przewidywalne. Chcemy zostawić logistykę i planowanie uczestnikom.

Nie przyciągamy pakietem startowym


Nie. Wolimy trzymać w tajemnicy to, jakie gadżety dostaną uczestnicy Chudego. Po to, by pakiet nie wpływał na decyzję. Wolimy gdy uczestnik sugeruje się profilem trasy, dystansem, przewyższeniami czy opiniami o atmosferze biegu. Mimo to staramy się zrobić miłą i cenną niespodziankę. Dać przedmiot, który jest użyteczny dla biegacza i nie zalega w szafach tonami.

Nie dorzucamy pamiątkowych koszulek, za które uczestnik i tak musi zapłacić (czy to w postaci wpisowego czy w postaci reklam sponsorów). Wierzymy, że lepiej jest, gdy decyzję podejmuje sam biegacz, mając koszulkę przed oczami. Wolny rynek powoduje, że musimy się naprawdę postarać o to by pamiątka była atrakcyjna. Wykpimy się tandetą? Nikt od nas koszulek nie kupi i zostaniemy ze stertą szmat na przyszły rok.

Wierzymy w Wasz rozsądek


Lista wyposażenia obowiązkowego jest bardzo krótka - tylko zbiornik na picie, folia NRC, komórka i dowód osobisty. To nie spowolni Waszego biegu, a znacznie ułatwi pomoc, gdy zdarzy się wypadek. Wiemy, że obowiązkowy zbiornik o pojemności litra, to dla wielu biegaczy za mało, gdy zdarzy się upał. Ale to jest bieg dla dorosłych! Nie dla uczniów podstawówki, którym mama pakuje plecak. Trzeba umieć samemu dobrać wyposażenie i ocenić ile picia jest potrzebne pomiędzy punktami kontrolnymi.

I jeśli znów trafi się upał, to znów nie dodamy punków żywieniowych. Jedynie na odprawie technicznej zasugerujemy, że trzeba się lepiej wyposażyć.

W czasie edycji 2015 było 35°C na trasie. Interwencje zespołu medycznego były jednak nieliczne i związane głównie z wypadkami losowymi (upadek, skręcenie kostki). To zasługa rozsądnej taktyki biegaczy. Wierzymy, że na kolejnych edycjach spotkamy równie odpowiedzialne i dobrze przygotowane osoby.

Mimo naszej niepopularnej decyzji o medalach, na liście startowej już zgromadziło się ponad 1000 nazwisk. Cieszymy się, że jesteście z nami. Do zobaczenia na starcie!

W imieniu ekipy organizatorskiej
Krzysiek Dołęgowski
Magda Ostrowska-Dołęgowska


***

Jest kilka tematów biegowych dyskusji, które powracają jak bumerang. Jednym z nich jest sprawa medali za ukończenie biegu. Przyjęło się uważać, że w sporcie amatorskim zwycięzcą jest każdy, kto wygra ze swoją słabością i że medal należy się wszystkim, którzy dobiegną do mety. Taka praktyka jest stosowana na ogromnej większości zawodów, zdarzają się jednak wyjątki.

W minionych dniach ruszyły zapisy na Chudego Wawrzyńca, sierpniowy ultramaraton w Beskidzie Żywieckim. Dość szybko zauważono, że regulamin tegorocznej edycji zaznacza, iż 10 złotych z każdego wpisowego, które dotychczas przeznaczane były na zapewnienie medali zostaną przekazane na rozwój lokalnego sportu. Uczestnicy biegu nie dostaną medali na mecie, ponieważ organizator jest zdania, że medal tradycyjnie przysługuje tylko najlepszym.

Natychmiast rozgorzała dyskusja, która przypomina swym tonem spory ostatnich miesięcy. „Jesteś za przyjęciem uchodźców? Pewnie mózg ci wyżarło sojowe latte, a resztki neuronów wymarzły podczas jazdy rowerem bez czapki. Jesteś przeciwko przyjęciu uchodźców? Na pewno wyprano ci jaźń za pośrednictwem fal radiowych nastawionych na pewną ustaloną częstotliwość.” Istnieje tylko czerń i biel – a jeśli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam.

W sporze o medale możesz być albo pozerem, chełpiącym się bezwartościowym kawałkiem blaszki w mediach społecznościowych, albo snobującym się ponurakiem, który ma w dupie wszystkich innych.

No tak.

Najpierw małe auto-da-fé:
- Czy cieszę się z medalu na mecie? – Tak, cieszę.
- Czy chciałbym, żeby na mecie Chudego czekał na mnie medal? – Raczej tak, chciałbym.
- Czy chciałbym, żeby organizatorzy zmienili decyzję o braku medali? – Nie.

To bardzo proste. Za każdym biegiem stoją konkretni ludzie, ich idee i ich marzenia. Moim zdaniem im więcej z tego widać podczas zawodów, tym lepiej – tym większy klimat ma impreza. Dlatego też nie zżymam się na Mirka Bienieckiego, że nie zachęca, a wręcz zniechęca najlepszych biegaczy do starcie w Biegu Rzeźnika. Nie mam pretensji do Krzyśka Gajdzińskiego z Łemkowyny, że każe mi zabierać furę wyposażenia obowiązkowego na swój bieg. Podobnie nie mam pretensji do Krzyśka Dołęgowskiego i ekipy Chudego Wawrzyńca, że konsekwentnie realizują swoją wizję biegu terenowego.

„Jest sierpień, a z nieba leje, wieje i ogólnie jest straszno? Owiń się NRCetą i nie marudź! Jest upał, a na długiej trasie przez kilka godzin nie ma punktów żywieniowych? Weź ze sobą tyle picia, ile będziesz potrzebował! A ile to jest? To już sam powinieneś wiedzieć.” Pamiętam, jak w 2014 roku zwycięzca długiej trasy Piotrek Bętkowski musiał żebrać od turystów choć kropelkę wody – gapa wziął ze sobą pęknięty bukłak. Rok później sam ratował Macieja, któremu zabrakło wody – a który mógłby nawet wygrać, gdyby zabrał większy jej zapas. Sorry, taki mamy klimat. Na tym również polega piękno górskich ultramaratonów: to jest przede wszystkim walka z samym sobą.

Dlatego nie żal mi tego medalu i mam zamiar pojechać na Chudego już czwarty raz…nie czuję się najlepiej. Właściwie od kilku godzin czuję się jak łajno, które ktoś rozjechał czołgiem. A jednak ostatnie kilkaset metrów do mety pokonuję sprintem, bo czuję na plecach oddech rywala. Jeszcze tylko przebiec przez mostek i… META. A na mecie Krzysiek i Magda – organizatorzy i Gediminas – zwycięzca krótkiej trasy. Nie o to chodzi, że czekają właśnie na mnie. Oni czekają na każdego, bo każdy jest tak samo ważny. Jedno z nich ma dla mnie otwarte piwo, drugie wiesza medal na szyi, trzecie daje buziaka. I wiecie co? Zamiast piwa mogłaby być miętowa herbatka, zamiast medalu wycinanka z papieru, a buziaka mógłby mi dać Gediminas, a nie Magda… (no dobra, zagalopowałem się!)

Ważne, że oni tam są i czekają. Wolę to niż medal.