Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Nowy, stary, dobry Chudy

Nowy, stary, dobry Chudy

Na terenie Beskidu Żywieckiego w sobotę 10 sierpnia po raz kolejny rozegrano klimatyczny bieg Chudego Wawrzyńca. Po raz pierwszy z nową ekipą „orgów". W biegu głównym na dystansie ok. 83 km zwyciężyli Bartosz Gorczyca i Katarzyna Winiarska. Na 53 km wygrali Łukasz Flisiński i Ewa Majer. Z kolei na ok. 20-kilometrowej Małej Rycerzowej triumfował Kamil Leśniak oraz Agnieszka Gortel-Maciuk.

Niedawno zmienił się organizator kultowych już zawodów, rozgrywanych na terenach gmin Rajcza i Ujsoły. Krzysztof Dołęgowski, który przez lata współtworzył Chudego Wawrzyńca, tym razem pokonał jego trasę jako zawodnik.

- Dziś był mój debiut, nie jestem w formie, by się ścigać i pokonałem całość spokojnie, pośród uczestników. Po przebiegnięciu czuję ulgę. Widzę oczywiście jakieś drobne zmiany, gdzieś szlak zbiega wcześniej na jakąś ścieżkę, gdzieś się różni, ale też wiem, że pewne rzeczy zostały zrobione bardziej profesjonalnie. Wreszcie sam mogłem ocenić, że faktycznie ta trasa jest bardzo górska i bardzo ładna. Do tego logicznie ułożona - na przykład ten bardziej nudny odcinek po asfalcie pokonywany jeszcze po ciemku, spełniający swoją rolę „rozciągacza". Po raz pierwszy zobaczyłem sam, że nasze założenia z wiosny 2012 roku się faktycznie sprawdzają.

Krzysztof ocenił, że najciekawiej pod względem rywalizacji sportowej wypadł w tym roku bieg na najkrótszym dystansie. Faktycznie, właśnie na Małej Rycerzowej doszło do starcia Marcina Kubicy i Kamila Leśniaka. Ostatecznie to Kamil pojawił się na mecie jako pierwszy (po 1:37:16), Kubica zajął drugie miejsce ze stratą około 3 minut, na trzecim stopniu podium stanął Piotr Biernawski.

- Na tak krótkim dystansie zawodnik niezbyt szybki, jak ja, nie ma raczej taktyki, tym bardziej, że trenowałem pod zupełnie inny dystans ultra. Ostatnio byłem w Zakopanem, bo niedługo startuję Grań Tatr i zamierzam tam mocno powalczyć. Dzisiaj starałem się więc trzymać po prostu jak najdłużej z czołówką - przyznał za metą zwycięzca. - Marcin uciekł mi już na pierwszym kilometrze na asfaltowym odcinku, ale potem dochodziłem go na wypłaszczeniach i zbiegach, on z kolei odchodził na podbiegach. Tak było do 11 km trasy. Czułem, że przestał mi wtedy uciekać, więc wiedziałem, że mogę powalczyć o zwycięstwo. Trasę dobrze znałem, bo ją wczoraj oznaczałem. To był intensywny bieg, trochę się przewentylowałem, ale i upewniłem, że nie jest tak źle z moimi zbiegami. W głowie jeszcze niedawno miałem blokadę po skręceniu nogi - podsumował Leśniak.

Wśród kobiet Małą Rycerzową wygrała świetna maratonka Agnieszka Gortel-Maciuk (2:02.47) przed biegnącymi blisko siebie: Joanną Szmit oraz Anetą Szecówką.

Trasa biegów głównych uznawana jest za jedną z trudniejszych w Polsce, nie tylko ze względu na długość, ale też za sprawą przewyższeń oraz faktu, że umiejscowione na niej są tylko dwa punkty żywieniowe. Zazwyczaj jest też bardzo ciepło, chociaż biegi rozpoczynają się jeszcze przed świtem.chudy1.jpgNa dystansie 53 km (+2100 m) w tym roku, z czasem 5:03:07, triumfował Łukasz Flisiński. Drugie miejsce zajął Rafał Klecha, trzecie Mateusz Żorniak. Z kobiet najszybsza była Ewa Majer, za nią Anna Sawicka i Anna Kapelan.

Najdłuższy dystans zawodów miał jednego faworyta. Zgodnie z przewidywaniami Chudego Wawrzyńca na dystansie 83 km (+3400 m) wygrał Bartosz Gorczyca, który pod koniec lipca został w świetnym stylu mistrzem Polski w górskim biegu ultra. W sobotę powtórzył swój sukces sprzed roku i zameldował się na mecie „Chudego" jako pierwszy w czasie 8:22:02. Następny był Grzegorz Ziejewski (8:40:58), a trzeci Piotr Uznański (9:09:53). Najlepszą kobietą okazała się Katarzyna Winiarska (11:14:28) przed Tamarą Mieloch (11:33:12) oraz Justyną Adamus-Kowalską (12:23:45).

Justyna Grzywaczewska, która od tej edycji współorganizuje imprezę w Beskidzie Żywieckim, przyznała że trzeba było dobrze wgryźć się w temat kultowego biegu, ale celem było utrzymaniu wysokiego prestiżu zawodów.

- Organizujemy naszą ekipą od 5 lat TriCity Trail, więc wiedzieliśmy, że sobie poradzimy, ale wiadomo, tutaj są góry i teren, w którym nie robimy zawodów. Pokonaliśmy tu setki kilometrów biegiem, mieliśmy sporo pracy z zaplanowaniem oznaczeń oraz punktów dojazdu. Zaskoczyła nas frekwencja, podwojona w stosunku do zeszłego roku, choć trzeba pamiętać, że to pierwsze edycje były tu rekordowe. Obniżyliśmy opłaty startowe, więc nie można powiedzieć o komercjalizacji imprezy. Wróciły też na nią medale, bo mamy przekonanie, że uczestnicy - i nie chodzi o tych najszybszych - potrzebowali fajnej pamiątki z biegu, naocznego dowodu, że dobiegli, że było to warte ich poświęcenia i kilkunastu godzin na trasie - podsumowała Justyna.