> bieganie.pl > Zawodnicy > Zawodnicy

Wywiad z Bogusławem Mamińskim

19-05-2008 Adam Klein dyskusja drukuj

Przed laty wybitny zawodnik, medalista Mistrzostw Świata, do dziś jego wyniki budzą szacunek. (5000 m 13:26, 3000 m pprz. 8:09). Będąc w życiowej formie nie mógł pojechać na Igrzyska Olimpijskie w Los Angeles w 1984 roku ze względu na bojkot USA przez kraje "Bloku Wschodniego" (poza Rumunią).

Dziś - Członek Zarządu PZLA, szef bloku konkurencji wytrzymałościowych Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. W 2005 roku członek Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Nowy dyrektor Memoriału Janusza Kusocińskiego oraz członek wewnętrznej komisji PZLA, wyjaśniającej sprawę nieprawidłowości finansowych. Posiada też prywatny ośrodek wypoczynkowy w Międzyzdrojach, w którym trenuje polska kadra biegów.

Wielu zawodników uważa, że to on jest głównym decydentem we wszystkich sprawach dotyczących biegów średnich i długich - minimów kwalifikacyjnych, wyboru kadry zawodników i trenerów kadrowych, miejsc na zgrupowania treningowe. Postać na pewno kontrowersyjna.

Wywiad robiony był ponad miesiąc temu, część odpowiedzi jest już nieaktualna bo życie płynie swoim torem.


Zapraszamy więc do lektury i dyskusji.

Rozmowa z Bogusławem Mamińskim, szefem bloku dyscyplin wytrzymałościowych w Polskich Związku Lekkiej Atletyki.


Klein:
Czyta Pan czasem bieganie.pl?

678_300.jpg
Mamiński:
Tak. Często nawet się zastanawiam, dlaczego sprawy dotyczące wyczynowego biegania są u was opisane w taki czy inny sposób. Wydaje mi się, że internauci czytający artykuły często wprowadzani są w błąd przez wybranych autorów publikacji, wynikające z nieporozumień, może braku współpracy. Dotyczy to w szczególności omawiania sytuacji związanych z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki bez konfrontacji z żadnym z przedstawicieli Związku, Działu Szkolenia czy trenerem kadry.


No więc będziemy mogli wyjaśnić parę spraw. Ale najpierw porozmawiajmy o pana karierze zawodniczej. Kiedy patrzymy na Pana wyniki, to widać, że one mieszczą się wysoko w czołówce wszystkich wyników osiągniętych przez polskich zawodników. Czemu to Pan przypisuje?


Wtedy zupełnie inaczej trenowaliśmy. To było prawdziwe skoszarowanie i podporządkowanie treningowi. Dzisiaj brak wybitnych zawodników upatruję w błędach w polityce startowej, wczesnej specjalizacji i eksploatacji młodych talentów oraz zamknięciu się trenerów najlepszych biegaczy na współpracę w zespołach szkoleniowych. Trening też się zmienił, lecz często, niestety, na niekorzyść zawodników. Kopiowanie treningu specjalistycznego seniora w treningu juniorów w połączeniu z ich rozwojem biologicznym daje wysokie wyniki lecz zamyka ich progresję. Ale mogę powiedzieć, że teraz jest dużo lepsza sytuacja, jesli chodzi o monitoring treningu - czyli prowadzenie, śledzenie.


Czyli uważa Pan, że teraz jest lepiej?


Tak, zdecydowanie. Swoboda poruszania się po świecie, zaawansowana technologia monitoringu treningu w zakresie kontroli zewnętrznej i wewnętrznej oraz coraz doskonalszy sprzęt treningowy pozwalają sportowcom przekraczać coraz bardziej granice własnego organizmu.


Ale czy nie było kiedyś tak, że to wsparcie państwa było dużo mocniejsze i zawodnik nie musiał się troszczyć o swój byt?


Jest w tym trochę prawdy. W latach 90-tych zawalił się cały system klubowy w Polsce i kluby w kraju praktycznie przestały istnieć. Dopiero w ostatnich latach zaczęły odżywać kluby akademickie, które na swoją działalność dostają dotacje państwowe. Pozostałe Kluby nie prowadzą działalności gospodarczej, ich obiekty podupadły a statutowe zadania realizują wyłącznie z małych dotacji miejskich oraz środków przyznawanych za punkty w rywalizacji dzieci i młodzieży. Służby mundurowe odizolowały się od wyczynu choć powoli wraca sport w armii - widać to na bazie WKS Śląska czy Grunwald Poznań.


Jednak kryzys nie dotyczył, i to trzeba jasno powiedzieć, zawodników dobrych czy bardzo dobrych i kadry. Kadra miała i ma zabezpieczone szkolenie, a jego wymiar zależy obecnie, zgodnie z Ustawą o sporcie kwalifikowanym, od zajmowanych miejsc w imprezach mistrzowskich. Państwo polskie rozlicza i finansuje polskie związki jedynie za skuteczność w tych imprezach. Możemy tu dokładnie wyliczyć kto, ile, gdzie był. Mało tego: otrzymują stypendia, bardzo dobre, czego kiedyś nie było. Stały monitoring wydatków na szkolenie pozwala dokładnie wyliczyć: kto?, ile?, gdzie był? Wliczając w to stypendium, odżywki oraz koszty poniesione na trenera uzyskujemy kwotę – budżet poniesioną z środków publicznych na zawodnika.


W Polsce bardzo dobrze rozwiązany jest system szkolenia dzieci i młodzieży. Na myśli mam „piramidę” procesu szkoleniowego, a nie, jak wspominałem wcześniej, sam trening. Największym problemem, który istnieje i o którym mówię, zasiadając w Zarządzie PZLA od 3 kadencji, czyli od 10 lat, i bardzo chciałbym to zmienić, to zabezpieczenie szkolenia i bytu zawodnikom w momencie przejścia z kategorii juniora do seniora przez okres młodzieżowca. Dlaczego? Dlatego, że Ci zawodnicy kończą szkołę średnią, zdają maturę i chcąc iść dalej na studia, nie są często w stanie pogodzić nauki z finansowaniem jej z budżetu rodzinnego. Państwo polskie ma w tym momencie lukę, nie finansuje studentów będących na 1 roku, a utalentowany junior musi być od razu mocnym seniorem. I tu moim zdaniem tracimy około 70 % zdolnych ludzi. Na 2 roku jest już nieźle, powstał system stypendialny dla młodzieży, która studiuje na AWF czy na innych uczelniach oraz tzw. Akademickie Centra Szkolenia Sportowego. Praktycznie wszyscy zawodnicy, którzy są obecnie na poziomie kadry, otrzymują w tej chwili stypendia z budżetu państwa.

Muszę tu też wspomnieć o tym, że w przeszłości najlepsi polscy zawodnicy, począwszy od Komara, Badeńskiego, Kozakiewicza, Ślusarskiego, Malinowskiego, jak również i ja, kończyliśmy studia zaoczne. W Poznaniu na AWF pan profesor Janusz Jackowski stworzył zawodnikom możliwość łączenia studiów zaocznych z wysokim wyczynem. To Uczelnia układała się pod sportowców a nie odwrotnie.


Czy pamięta Pan swoje wyniki z wcześniejszych lat np. gdy miał pan 20lat?


Rozpocząłem całą sportową przygodę w 76 roku mając 21 lat, czyli dosyć późno. W jednostce, w której odbywałem zasadniczą służbę wojskową, były organizowane biegi na: kilometr, trzy i pięć. Wystartowałem w tych biegach. Wcześniej nie biegałem, ale zawsze byłem aktywny fizycznie. Bardzo dużo grałem w piłkę nożną.


Pierwszy wynik, który pamiętam, to 2:48 na tysiąc biegany w wojskowych pepegach. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba 9:15 miałem na trójkę. To były takie pierwsze wyniki, gdzie widać było we mnie potencjał. Najważniejsze było jednak wygrywanie, ponieważ za każdy wygrany bieg dostawałem trzy dni przepustki. Rok 76 zapisałem w historii jako biegający żołnierz, który nie przegrał żadnego biegu - wszystkie wygrałem.


To musiał mieć pan dużo przepustek?


Tak (śmiech).


Ktoś już wtedy pana trenował czy może było to spontaniczne? I kiedy przerodziło się to w trening usystematyzowany pod okiem trenera?


Nie, nie było to spontaniczne. Do Mistrzostw Polski Wojska Polskiego przygotowywał mnie Wiesław Przybylski a w 76 roku po wygraniu tych Mistrzostw Pan Wiesław Kiryk, trener kadry narodowej, zauważył mnie i ściągnął do wojskowego klubu – Oleśniczanka Oleśnica. Tam zaczęła się zabawa w prawdziwy sport – wszystko było poukładane. Po okresie jednej zimy przygotowawczej w marcu wygrałem na krótkim dystansie przełaje, co dało nadzieję, że coś z tego Mamińskiego będzie. Szef szkolenia Marek Kuczyński powiedział: "tu już nie ma co czekać, facet biologicznie w pełni rozwinięty, dorosły, szkoda czasu, jak tak idzie, to wysyłamy go na zgrupowanie z Bronkiem Malinowskim, Szewińską do Meksyku". Byłem tam 6 tygodni, po powrocie zacząłem bić wszystkie rekordy życiowe, czyli 8:04 chyba na trójkę, 3:40 na 1500m. Wtedy w ogóle nie planowałem biegania przeszkód, tylko rozwijałem się na dystansach płaskich. Zbliżały się Mistrzostwa Europy w Pradze i zaczęły się marzenia o bieganiu na poziomie europejskim.


Potem, jak już zabrakło mi tych paru setek na 1500m do minimum na wyjazd na ME (właśnie tam Bronek zdobył tytuł Mistrza Europy na przeszkodach), postanowiłem wystartować w jednym z ostatnich biegów i zobaczyć, jak te przeszkody wyglądają i o co w nich chodzi. Bez przygotowania specjalistycznego, tylko tak, jak stałem, pobiegłem 8:34. Wtedy wiedzieliśmy już z trenerem, w którym kierunku należy iść.


I tu jest ważny moment, o tym zapominają nasi trenerzy, to jest to, że ja cały czas pamiętałem o tym, żeby rozwijać dwa podstawowe dystanse do przeszkód, a przede wszystkim jeden: 1500m. Wiedziałem, że jak będę biegał poniżej 3:40, to będę biegał bardzo szybko przeszkody. Robił to przede mną Bronisław Malinowski, robiłem to ja. Powiem panu tylko tak dla porównania, że nie było chyba sezonu, żebym nie poleciał minimum 5 razy poniżej 3:40. One nie były 3:35 czy 3:36, ale były regularnie na poziomie 3:39. Byłem na 3:39 na zawołanie.


To była Pana własna wizja czy trener Kiryk naciskał, żeby biegać te krótsze dystanse?


Trenerzy sugerowali, ale ja zawsze niezależnie od tego, co trener by robił, wiedziałem, że tak trzeba, sam rozmawiałem o tym z trenerem. Dzisiaj trenerzy nie chcą się przełamać, nie chcą rozmawiać z zawodnikiem. Nie chcą trenować w zespole. Wiadomo, że jak 5 osób rozmawia o treningu, to coś z tego wyniknie. To młode pokolenie już pomalutku się zmienia. Druga rzecz to ilość. Niech Pan zapyta trenerów, którzy przygotowują zawodników, ile ja Lewandowskiemu tłumaczę: po co Ci grupa 10-osobowa? Królowi już nie chcę więcej mówić, bo on mi tyle przykrości narobił. Po co więcej niż czterech wybitnych zawodników w grupie? Doprowadź jednego do krążka. Zajmij się Chojecką, bo masz talent trenerski, masz na medal Wiolę Janowską, Czapiewskiego. Wiola nie wykorzystała swojego super okresu. Gdzie błędy? Raz, że za duża ta grupa, a dwa, pogubienie się absolutne w polityce. Ja mogę panu powiedzieć prawdę, bo ja wiem, jak to wszystko wygląda. Trener ma ileś tam procent kasy od nagród zawodnika, a państwo polskie szkoli. Tak było w Goeteborgu z Wiolą - gdyby ona miała uporządkowane wszystko, podporządkowane zdobyciu tam medalu, wyglądało by to inaczej.


Obejmując stanowiska szefa bloku w roku 2005 postawiłem sobie za cel stworzyć jak największej liczbie trenerów optymalne warunki do przygotowania zawodników w cyklach 4 - letnich oraz wpleść ich w ten proces. Sytuacja do jakiej doprowadził mój poprzednik – Zbigniew Król w porozumieniu z wywodzącym się z bloku sprintu Szefem Szkolenia – Jerzym Skuchą, była nieciekawa. Monopol, jaki posiadał Pan Król na wyjazdy na zgrupowania klimatyczne, doprowadził do tego, że zawodnicy marzący o postępie zostawiali trenerów, którzy ich wychowali i przechodzili do trenera Króla.
Stały „dopływ” najlepszych biegaczy zapewniał szefowi bloku miano „króla” polskich biegów.


Niestety sytuacja ta doprowadziła do tego, że obejmując stanowisko szefa bloku po podaniu się Pana Króla do dymisji miałem do swojej dyspozycji dojrzałych 27 – 28 – letnich zawodników od jednego trenera, potem długo nic, aż w końcu utalentowanych juniorów i młodzieżowców.
Zaledwie po 3 latach do europejskiej czołówki trafili już z nich m.in.: Ejdys, Kowalska, Sętowska – Dryk, Sowińska, Urbanik, Lewandowski, Chabowski, Nowicki, Parszczyński, Szost, Kszczot, Zieliński.


Ostrzegam młodych trenerów: róbcie grupy 3-4 osobowe. Ja jestem od strategii biegów średnio-długich w naszym związku i ja wam stworzę warunki. Ale idźcie w małe grupy, bo żeby w biegach obrobić dobrze trzech zdolnych ludzi to naprawdę potrzeba dużo czasu.
Ja jestem od strategii w naszym związku i stwarzam im warunki dalszej progresji z udziałem ich trenerów. Jednocześnie jako ten, który ma nadzorować tę strategię i za nią odpowiadać przed Zarządem PZLA, w wielu sprawach nie zgadzam się z trenerami. Dlatego muszę reagować np. jak widzę, że juniora szykuje się do uzyskania minimum pod Bydgoszcz [Mistrzostwa Świata Juniorów odbędą się w tym roku w Bydgoszczy - przyp. redakcji], a nie pod cel, czyli same Mistrzostwa. Tak przygotowany junior zrobi to minimum, ale nie osiągnie tam już nic więcej. Trzeba to tak uporządkować, że jest cel, a do tego celu po drodze przygotować dobrą ścieżkę i ostatnią fazę, która ma jeszcze wyżej podbić formę do imprezy docelowej. Reaguję też, jak widzę podporządkowanie startów pod politykę finansową, a nie pod docelową imprezę, co jest praktykowane przez pana Króla. Trener ma procent kasy od nagród zawodnika, a państwo polskie ponosi koszty stypendium i szkolenia.


Dlatego też wróćmy do maratonu, bo to jest kontrowersyjny temat i budzi wiele emocji. Zawodnik tak zdolny jak Ochal psuje na własne życzenie swój wyjazd na Igrzyska Olimpijskie, najważniejszą imprezę - no to jest tragedia.
Podstawą w biegach nie są pierwsze pieniądze, pieniądze się łatwo zarabia, jak się jest zawodnikiem na wysokim poziomie i zdobywa medale, one wtedy same trafiają do kieszeni. Nie wszyscy są na tyle cierpliwi, żeby na to czekać, więc apeluję do tych zawodników, którzy są zdolnymi zawodnikami - powinni być cierpliwi, bo to się zwraca razy 10 razy, 20 razy, 100.


Wróćmy jeszcze do Pana kariery. Pan Kiryk był w początkowym okresie Pana trenerem?


Tak, moim i całej kadry – odpowiadał za cały blok biegów.


W takim razie trener miał strasznie dużo zawodników. To jak mocno mógł się Panem zająć?


Na zgrupowaniach w okresie przygotowawczym zajmował się tylko najlepszymi. Pozostałymi opiekowali się jego asystenci.


Zastanawiają mnie Pana początki, lata które Pana doprowadziły do biegania takich wyników, czy jest coś szczególnego, co Pan robił w treningu, czy to był duży kilometraż, mały, intensywny? Co robił Pan w okresie przygotowawczym: zima, wczesna wiosna?


Ponieważ ja nie miałem możliwości monitorowania, badania i tak dalej, czyli analizowania treningu, to biegałem na przysłowiowego nosa i dobre samopoczucie. Musiałem trenować ostrożniej, czyli nie do końca, na granicy ryzyka i możliwości, ale żeby nie przesadzić.
Stąd dzisiejszy niedosyt, że nie dałem z siebie wszystkiego na co było mnie stać.


Młodemu zawodnikowi trudno jest się limitować. Młody zawodnik chce biec jeszcze więcej i mocniej.


To jest właśnie model, który nie wiem skąd sie bierze, ale podejrzewam, że wziął się z materiałów które są powszechnie publikowanie. Młodzi trenerzy naczytają się o treningu Kenijczyka, Argentyńczyka, Marokańczyka,
a to są zupełnie inni ludzie. Ja jestem zwolennikiem spokojniejszego biegania, zwolennikiem objętości, może nie takiej, jaką preferował Bronek Malinowski, czyli 220km tygodniowo, bo do tego trzeba mieć jeszcze mocny organizm. Bronek był typem grubokościstym i fizycznie mocnym, wiec on mógł tę objętość wytrzymać, ale generalnie spokojny objętościowy trening gwarantuje to, że wystarczy czasami dwa starty dodać albo dwa tempa dorzucić i człowiek wskoczy na odpowiedni poziom.


Naśladowałem Bronka, bo dużo razem biegaliśmy, kiedy rozpocząłem z nim przygotowania do Moskwy. Mieszkaliśmy w jednym pokoju i to nie było tak źle, to nie było takie szybkie bieganie, jak w legendach, które krążą. Dzisiaj wychodzę i patrzę, jak dziewczyny biegają, jakie szybkie rozbiegania robi Lidka Chojecka. Potem się zastanawiam głębiej i nie dziwię się, że się tak szybko zawodnicy wykruszają, bo stać ich na jeden dobry start, a na trzy już nie.


Jak duży kilometraż robił Pan?



W okresie mocno przygotowawczym w granicach 200km tygodniowo, w tym co najmniej trzy akcenty takiego szybszego biegania i siła w to wchodziła, sporo siły, bo przeszkody tego wymagały.


Robił Pan biegi ciągłe?


W okresie listopad – grudzień nie. Zastępowałem je startami w crossach – wyłącznie w crossach. Styczeń – marzec 2 – 3 razy w tygodniu, a w okresie BPS-u rozpoczynałem specjalistyczny trening i wchodziłem na płotki. Dodatkowo dużo sprawności, a po treningu nie prysznic, tylko dużo rozciągania.


Czy uważa Pan, że powinna być różnica w treningu siłowym dla kogoś, kto biega 3000 z przeszkodami, a dla kogoś, kto biega 10km albo maraton?


T
ak, to na pewno. Maraton to praca tlenowa więc ciężko pogodzić to z innymi dystansami natomiast 3km z przeszkodami i 10000 m to dobra korelacja.


Dlaczego wolał Pan biegać 3000m z przeszkodami a nie np. 5000m?


Wynikało to z predyspozycji, każdy musi znaleźć swój dystans i w nim się specjalizować.


No tak, ale ilokrotnie rozmawiam z zawodnikami, to praktycznie większość z tych naszych zawodników, którzy teraz czy kiedykolwiek osiągali jakieś sukcesy, zaczynali od 3000m z przeszkodami. To był taki podstawowy dystans, na którym wszyscy, mam wrażenie, biegali: i Jan Huruk, i Rafał Wójcik, i niemal wszyscy inni. Zastanawiam się, czy to nie było tak, że najpierw każdego się robiło na przeszkodowca, a dopiero potem, po iluś latach, ewentualnie ktoś decydował o bieganiu innego dystansu.


Ja jestem tego przeciwnikiem. Chcemy wyeliminować tę wczesną specjalizację przeszkód. To jest wielkim błędem i niesie za sobą nieodwracalne konsekwencje. Zacząłem biegać przeszkody, gdy byłem zawodnikiem w pełni rozwiniętym, rozbieganym i łamałem 3:40 na 1500 m. Nie ma nic gorszego, gdy młody zawodnik, jeszcze nie ukształtowany fizycznie, dojrzewający, u którego układ kostny dopiero twardnieje, idzie w kierunku wczesnej specjalizacji na przeszkody. Gigantyczne obciążenia na kręgosłup, kolana, stopy prowadzić mogą tylko w jednym kierunku… rozsypania układu ruchu i zahamowania w poprawie wyników na płaskich dystansach. Stąd bazując przez lata na prędkościach 2:48 – 2:50 / km ciężko biegać 5000 m po 2:40 / km, więc pozostaje już tylko maraton. Mamy młodych mistrzów biegających w wieku juniora 20 s szybciej od rekordzisty Polski, którzy od 20 lat nie mogą połamać 8:15. Kontuzje dosięgły najzdolniejszych: Popławskiego, Czaję, Chabowskiego. Poza maratonem bieg na 3000m z przeszkodami posiada najniższy wskaźnik umożliwiający start w imprezach mistrzowskich. Jest to magnes dla trenerów i zawodników, którzy za swą niecierpliwość w realizacji wieloletniego procesu treningowego muszą później „zapłacić”.


Wierzę, że będzie w Polsce bardzo dobry miler, jak się nic w głowach nie poprzewraca: Marcin Lewandowski, to może być na skalę takich Owetów
z tym zapasem prędkości. Oni bardzo mądrze robią, on pięknie rozwija swoje 800m, to tak na Londyn jest pod 1500m.


W takim razie docenia Pan Tomka Lewandowskiego?



Tak, doceniam Tomka Lewandowskiego.
Zainwestowałem w ich duet i od kilku lat mogą razem uczestniczyć m.in. w zgrupowaniach klimatycznych. W wielu sprawach się nie zgadzamy, bo skąd on ma o wielu rzeczach wiedzieć, to jest młody człowiek. Jako młody trener wiele rzeczy chce poznawać na własnej skórze i otwierać drzwi już dawno otwarte. Sugeruję mu, żeby skoncentrował się wyłącznie na trenowaniu Marcina i zostawił resztę kandydatów na zawodników, niech weźmie sparingpartnera a ja stworzę im warunki do optymalnego szkolenia. Wolę mieć jednego Marcina - medalistę, niż 20 osób, które do finału nie wejdą, nie mówiąc o uzyskaniu minimum.


Ja po zdobyciu medalu w 1982 roku w Mistrzostwach Europy powiedziałem trenerowi Kirykowi: trenerze, basta, ja muszę mieć trenera do dyspozycji, jak mamy iść w kierunku Los Angeles. To były dwa lata przed Igrzyskami, a rok przed pierwszymi MŚ. Postawiłem warunek – albo ja albo grupa. Nie zgodził się, więc musiałem podjąć bardzo trudną dla siebie decyzję. Znalazłem inną osobę, Grzegorza Wilczyńskiego, to były sprinter. Od razu poprawiłem się o parę sekund i w dobrym kierunku to szło, bo w 84r 8:09:18 to było już bieganie.
Jeszcze jedną rzecz musze powiedzieć o treningu. W moich czasach biegało się turniej, trzy biegi minimum. Dzisiaj biega się eliminacje i od razu finał, i to jest zupełnie inne bieganie. U nas ten trzeci bieg decydował o wszystkim. Ja biegałem eliminacje w Helsinkach, na drugi dzień półfinał, dzień przerwy i finał. Startowanie, ta polityka, musiała być bardzo uporządkowana. Oczywiście, po drodze, bardzo trzeba gdzieś pobiegać .


Patrząc na te wyniki z lat 80 i teraz to widać, że aktualnie zawodnicy nie mogą dojść do tego poziomu . Zastanawiam się czy może to być kwestia tego, że w pana czasach była możliwość używania takich środków wspomagających, jakie dzisiaj są zabronione?


Powiem tak, z pełną odpowiedzialnością, patrząc Panu w oczy: Nigdy nie miałem do czynienia z niedozwolonymi środkami. Dostawaliśmy Supradyn i szwajcarski odpowiednik dzisiejszego Gatorade.
Naprawdę ja osobiście nie miałem kontaktu z żadnymi dodatkowymi środkami. Dzisiaj jak widzę jak się podaje w postaci kroplówki środki...


No tak, ale to samo PZLA, tak naprawdę, prawie że promuje tą masową suplementację. Widzę, jak zawodnicy wyjeżdżają na zgrupowania, to wynoszą stąd wielkie pudła z tymi środkami.


W PZLA to jest 300 osób szkolonych, ja mówię generalnie, w biegach tak nie jest.


Sam widziałem jak zawodnicy biegacze stąd wynoszą różnego rodzaju preparaty, oczywiście wszystko dozwolone, mogę wymienić przynajmniej 10.


W PZLA nie ma czegoś, czego lekarz nie ustali z trenerem i nie prowadzą polityki wspomagania niedozwolonego, no nie ma czegoś takiego. Powiem Panu, że ja w to nawet nie wchodzę, bo to jest poza mną pion medyczny. Lista zakupionych suplementów w wyniku przetargu ogłoszona jest na stronie Związku. Rodzaj i zakres suplementacji opracowywany jest przez pion medyczny w uzgodnieniu z trenerem prowadzącym.


Ale nie uważa Pan, że w tamtych czasach było coś, czego po prostu używali państwo, co dzisiaj byłoby niedozwolone?


Chyba dozwolone było więcej niż dzisiaj. Z tego, co ja wiem, to jak było coś dozwolonego, to tak za bardzo nie było możliwości, no bo skąd? To, co było niedozwolone czyli transfuzja krwi, to Polak mógł tylko pomarzyć o czymś takim, bo to tylko mieli Finowie, Włosi , Hiszpanie. Skąd to się brało, to jest wyższa szkoła jazdy, ja nawet na ten temat nic nie chcę słyszeć. Chciałbym i życzyłbym każdemu biegaczowi, który obiegnie dwa razy kulę ziemską tak jak ja - czasami nawet szybko - być w takiej formie. Postawiłem sobie za cel przebiegnięcie maratonu. Założyłem się z moimi kolegami trenerami kadry, którzy w to nie wierzyli i zrealizowałem, pobiegłem 2:57 po trzymiesięcznym przygotowaniu, mając 15 do 20 kg nadwagi.


Gdzie Pan pobiegł?


W Orlando dwa lata temu. Dlatego w Orlando, ponieważ obiecywałem dzieciom przez całą karierę sportową, że kiedyś ich zabiorę do World Disney. W swojej kategorii byłem drugi, byłem zaskoczony, bo jadąc tam wiedziałem, że nie jestem do końca przygotowany, a to lekkie przeciążenie, za mało odpoczynku. Przeżyłem to bardziej niż chyba najważniejszą imprezę w swoim życiu, ponieważ to było na granicy prestiżu wobec moich kolegów. Mój stosunek do maratonu się zmienił tylko dlatego, że przebiegłem raz w życiu maraton cały, wiem co to znaczy i o co chodzi w jego przygotowaniach. Stąd też zaangażowałem się w to, żeby zawodnicy, którzy w ubiegłym roku zrobili minimum IAAF, czyli takie słabe, do Igrzysk Olimpijskich, dostaną przynajmniej refundację i pomożemy im w szkoleniu po zaakceptowaniu ich programu do docelowej imprezy. Było pięć dziewcząt i pięciu chłopaków.
Wszyscy dostali środki na realizację swojej ścieżki szkoleniowej, ustalonej z trenerami i nikt ich nie zmuszał, nie mówił, gdzie mają startować.


No właśnie, dochodzimy tu do kwestii tych minimów kwalifikacyjnych, które tak naprawdę nigdy nie są jasne, bo nie ma jasnych reguł. Pan jest jedną z głównych osób, które decydują, jakie będą minima np. w tym maratonie?


Nie. W ogóle nie decyduję i powiem, że jest jasność, bo minima są znane, to są minima IAAF do Igrzysk Olimpijskich i nie ma innych, my możemy tylko nasze wskaźniki podnieść, ale myśmy ich nie podnieśli.
Minima na Igrzyska Olimpijskie i Mistrzostwa Świata ustala IAAF, natomiast na Mistrzostwa Europy EAA. Minima PZLA od czasu kiedy jestem szefem bloku pokrywają się z tymi minimami. W jaki sposób mogę decydować o ich wysokości?


Jeśli chodzi o maraton, to już panu tłumaczę. Ponieważ te minima według naszej oceny są dosyć zaniżone, czyli może pojechać często nawet zawodnik słabej klasy, więc ustaliliśmy w ten sposób: 2:12 to jest jakby wyjściówka i 2:30 dla kobiet, to jest wskaźnik PZLA. Minimum IAAF jest 2:18 i 2:37, zostawiliśmy je tylko, jeśli nie zrobią gdzieś tego ci dobrzy zawodnicy, dla mistrzów Polski w Dębnie.
Reguły moim zdaniem są bardzo przejrzyste i proste w interpretacji. Uważam, że sztuczne dyskusje wywołują sami zainteresowani, którzy mają nieczyste intencję i to chciałbym tu powiedzieć, starają się naciągnąć PZLA na opłacenie ich przygotowań, a następnie sprzedać swą formę w komercyjnych startach. Wierzę, że zawodnicy którzy naprawdę podporządkowali swoje przygotowania do startu w Dębnie, uzyskają tam dobre wyniki.


Ale nawet te 2:12 wydaje się takie niejasne. Pamiętam, jeszcze przed Maratonem Warszawskim mówiło się, że to jest 2:12:30?


Proszę Pana od grudnia 2006 r. jest to 2h12:00 i jest to wszystko na stronie internetowej PZLA. To kolejny przykład na sianie fermentu.


Ja obserwuję, co wisi w Internecie i na stronie PZLA. Np. kiedyś pojawiła się tam informacja, jakie muszą być warunki, żeby zawodnik pojechał na Igrzyska i tak naprawdę pewne rzeczy były już spóźnione, tzn. to się pojawiło w grudniu, a było napisane, że do listopada trzeba zgłosić chęć wyjazdu.


Zgłaszałem na zarządzie, wiem co i to jest zaprotokołowane. Jest wojna, czy to 2:12 czy 2:12:20, nie ma to żadnego znaczenia, bo i tak trzeba się potwierdzić w roku olimpijskim, więc od dłuższego czasu wszyscy wiedzą, Ci, co zrobili minima IAAF, tych pięć kobiet i pięciu mężczyzn, oni wiedzą i znają zasady, bo Polski Związek podpisał z nimi porozumienie, no nie podpisał, ale ustalił ze mną ustnie porozumienie, że taką ścieżką idziemy. I tak Justyna Bąk miała maraton w Rzymie. Ona wie, że już teraz nie może zrobić drugi raz biegu , tak jak zresztą Ochal. Oni dostali całe szkolenie i Justyna, i Ochal, 100%. Ja jeszcze wrócę do tej sprawy, bo tu głównie chodzi o Ochala.


Nie, nie Arek Sowa też jest przykładem.


Arek Sowa jest na dzień dzisiejszy na Igrzyskach.


Ale co to znaczy, że się musi potwierdzić jeszcze? [wywiad był robiony przed Półmaratonem Warszawskim- przyp. redakcji]


Musi się potwierdzić, w sensie połówką, godziną cztery musi się pokazać. Zgodnie z zasadami kwalifikacji na Igrzyska, każdy zawodnik musi uzyskać 2 minima: A oraz B. Dla maratonu jest to niemożliwe, więc dla zawodnika, który uzyskał minimum w 2007 roku potwierdzeniem było złamanie 1:04 na atestowanej trasie do końca kwietnia 2008 r. Jeśli o to, o czym teraz rozmawiamy, zapytałby się Pan wcześniej osób kompetentnych, to sądzę, że ostudziłoby to emocje wokół tego wątku.


Czy to jest oficjalne? Często słyszę że PZLA coś powiedziało (rozumiem że Pan tak powiedział), a później tego nigdzie nie ma na papierze?


Oczywiście był pomysł, żeby podpisać umowy, ale gdzieś się tam ludzie porozjeżdżali i ustaliliśmy to z trenerami prowadzącymi, ja z Gajdusem i z Sową, z którym byłem na wyjeździe w Japonii na sztafecie, wszystko jest ustalone, potwierdzone z szefami i na konferencji w Wałczu zostało wyjaśnione. Nie możemy zrobić 2:37 i wysyłać wszystkich, możemy wysłać jedną osobę, bo chcemy, żeby przynajmniej ktoś był na Igrzyskach. Optymalnie i przejrzyście byłoby tak, że wszyscy biegają w MP, bo jest cały zarząd PZLA, wszyscy jesteśmy w Dębnie i najlepsza trójka zrobi minimum IAAF i jedzie, i to jest koniec, tak by było najlepiej. Ale niech Pan pozbiera to towarzystwo i czy oni chcą?


Ja rozumiem zebranie wszystkich, powiedzmy, na jakiś krótki dystans w MP, ale nie maraton.


A dlaczego nie w maratonie? A dlaczego Amerykanie dzień przed Maratonem Nowojorskim zrobili eliminacje i było ich uprawnionych ponad 100 osób? Wie Pan, dlaczego ja jestem zwolennikiem jednej imprezy? Dlatego, że wszyscy biegają w tych samych warunkach i nie ma, że ktoś miał lepszy wiatr, lepszą pogodę, a drugi nie trafił w pogodę. Widzieliśmy i obserwowaliśmy, to jest do dyskusji temat. Natomiast jak mi się ludzie po świecie rozjadą, to jaki ja mam wpływ, czy Gruca w Nagano biegała w dobrych czy złych warunkach?


To dlaczego państwo nie narzucą tego, że to muszą być MP?


Ponieważ poszliśmy tą ścieżką, że jak pobiegną w maratonie certyfikowanym 2:12, to niech sobie zarabiają pieniądze. Tak naprawdę oni mogą tylko dwa razy w roku pobiec maraton, każdy to rozumie, ale zabieramy najlepszych i do 30 kwietnia każdy ma czas. I okazało się, że większość w Dębnie biega. Bo Dębno dołożyło jeszcze po trzy nagrody w ramach Mistrzostw Polski. Jeżeli pobiegną trzy osoby poniżej 2:12, no to Sowa nie pojedzie. Tak jest ustalone, że jeśli pobiegnie ktoś lepiej od Sowy, to on się musi liczyć z tym, że nie jedzie. On jest zwolniony ze startu, bo ma minimum. Jeśli będziemy się rozbijać w ten sposób o zawodnika, to powiedzmy szczerze, że my się tak naprawdę bijemy o 54 zawodnika w Igrzyskach Olimpijskich. A PZLA rolą jest stworzenie optymalnych warunków dla najlepszych zawodników i dlatego ta kadra olimpijska ma wszelkie priorytety, bo sobie na to zasłużyła, w tym Sowa. Sowa ma wszystko, obóz jeden na jeden z Gajdusem, bo ma minimum i ja tego pilnuję.


Niech mi Pan pokaże gdzie np. Ochal nie miał warunków? Ja bym chciał wrócić jeszcze do niego. Bo facet, który dostał wszystkie zgrupowania, miał zatwierdzona ścieżkę, robi taki numer i jeszcze udaje, że się nic nie dzieje.


Ja stawiałem na niego, bo to jest dla mnie bardzo dobry, młody, perspektywiczny zawodnik, który już miał jakiś krążek w czasie ME młodzieżowców na 10000m. Natomiast oni mi proponują trudną Japonię do robienia minimum. Ja się na to nie chcę zgodzić, uprzedzam jego trenera, że to będzie trudne do zrobienia, a on wiadomo czym się kieruje - kasą. W związku z tym mówię tak: dobrze, ale jest jeden warunek, musisz być ty, trener, z nim jeden na jeden do samego końca przygotowań. I pełna aklimatyzacja przed Tokio, piętnastodniowa. Czyli po przygotowaniu bazy w polskich warunkach, chłopak dostaje w styczniu pieniądze na zgrupowanie czterotygodniowe w Portugalii, bardzo dobre warunki. Może Pan do trenera Stefanko zadzwonić.


Mówię Pawłowi, że my zapłacimy wam za pobyt w Chibie, 60km od Tokio, w ośrodku japońskim, żeby były pełne dwa tygodnie aklimatyzacji. Tylko jest jeden warunek, ty musisz jechać z trenerem, a nie meneżerem, jak oni chcieli.
Wiązało się to z jednym wydatkiem poniesionym w całych przygotowaniach po ich stronie – biletem lotniczym do Tokio oraz pobytem podczas samego maratonu w Tokio trenera Stefanko. Menadżer Pawła – Henryk Pascal, nie wyraził na to zgody, więc ja powiedziałem, że nie wchodzimy w to jako PZLA i nie wysyłamy Ochala do Portugalii. Po chwili zadzwonił, że oczywiście znalazł pieniądze na swój wyjazd i tak dalej. Ja mówię ok, zamówiliśmy miejsca w Tchibie, wszystko. Wrócili z Portugalii i powiedzieli, że Ochal jedzie jednak z Pascalem dwunastego, to jest 5 dni przed startem. Co ja będę Panu mówił. Facet na własne życzenie zrezygnował z walki o minimum. Przykro mi, ponieważ myśmy wydali pieniądze, z tego nic nie wyszło i co z tego, że on dostał jakieś 5tys $. Trener się szarpał. Ja bym jeszcze dalej poszedł, masz pieniądze na bilet, nie musiałeś tej żony zabierać - w przypadku Pascala. Mogłeś powiedzieć PZLA, że trener ma nie jechać, bo nie ma kasy na wyjazd, niewykluczone, że bym podjął taką decyzję, żeby wykupić Stefance jeszcze bilet, bo nam zależało, żeby Ochal zrobił minimum. Podjęli własną decyzję i jakieś dziwne potem pretensje. Jak wylądowali i powiedzieli mi, że Ochal podjął taką decyzję, to powiedziałem Stefance tak: jak połamie 2:15 (a ja się nie znam na maratonie), to naprawdę będzie dobrze. Stąd się wzięło, że ktoś w toalecie coś tam powiedział…. takie głupoty.


Chce dziś dużo czasu poświęcić Ochalowi, bowiem mam nadzieję, że dzięki popularności bieganie.pl uda się wiele rzeczy wyjaśnić, bo bardzo łatwo się kogoś linczuje, pisze, a potem odwrócić to, czy ktoś jest winny czy niewinny, nie jest łatwo.


678_pkol.jpg
Bogusław Mamiński - źródło: PKOL


W związku z zeszłym rokiem z Osaką, czy czasem nie jest tak, że przez to że PZLA tak się trzyma tych minimów, to taki Lewandowski czy Czapiewski nie pojechali do Osaki. Czy nie żałują państwo trochę? Lewandowski mógł pojechać po naukę w pewnym sensie.


Lewandowski moim zdaniem mógłby być nawet w finale, tylko takich zawodników bez minimów A było chyba 12 -13 w całym Związku, więc w momencie, kiedy się robi precedens, że jednego puszczamy, to musimy się zastanowić nad wszystkimi.
I wtedy zrobiłaby się ekipa 10 osobowa tych wyjątków. Poza tym, czego celowo lub z niewiedzy nie przekazano czytelnikom, to fakt, że w przypadku braku w konkurencji zawodnika z minimum A, narodowy związek może wystawić tylko jednego zawodnika z minimum B. Trzeba by się zastanowić, czy Lewandowski czy Czapiewski, co by Pan zrobił? Obydwaj mają tylko minimum B. Czapiewski wygrał Puchar Europy i jest medalistą Mistrzostw Świata, a Lewandowski pobiegł wynik i na dzień zatwierdzenia składu nie miał żadnego medalu z międzynarodowej imprezy choćby juniorowskiej a w bezpośredniej rywalizacji przegrał Mistrzostwo Polski. Proszę o Pana typ.


Jako szef w PZLA całego pionu biegów pan odpowiada również za dobór trenerów?


Tak, na konferencji jest propozycja trenerów i trenerów współpracujących. Z reguły trenerami współpracującymi są wszyscy trenerzy, którzy mają zawodników w kadrze. Tak naprawdę, wspomagających trenerzy kadry sami sobie wybierają.


Jakie są kryteria wyboru, bo spotkałem się z zarzutami, że Pan wybiera swoich kolegów?


Ok, moimi kolegami to są właściwie wszyscy trenerzy. Niech mi Pan poda taką osobę, która jest trenerem kadry i kontrkandydata na to stanowisko. Kogo by człowiek nie wziął, to zawsze będzie dyskusja, ale ja zawsze jestem otwarty na propozycję. Ustaliliśmy, że jest pierwszy trener i wspomagający, którym jest każdy trener, który ma zawodnika w kadrze. Ja z każdym trenerem siadam i dyskutujemy, co da się zrobić. Często jest na granicy zgrzytów, no ale gdyby było to takie łatwe i piękne... Mówił Pan, że śledzi Pan stronę PZLA. Więc wie Pan dobrze, że wystarczy sprawdzić listy rankingowe by upewnić się, że wszyscy trenerzy najlepszych zawodników współpracują z PZLA. Udało mi się zrealizować jeden z celów, którym było powołanie do współpracy trenerów na okres 4 lat. Niedopuszczalnym była coroczna rotacja wynikająca z przebłysku młodego zawodnika. Dziś trenerzy realizują swoje długoterminowe programy i rozliczymy ich po tym roku. Mam nadzieję, że schemat ten zastosuje mój następca w kolejnej kadencji.


A jeśli chodzi o miejsca obozów, bo tu też padły zarzuty?


Zarzuty? Niech mi Pan pokaże trenera, któremu ja zmieniłem zgrupowanie, a on sobie tego nie zaplanował? Niech wskaże mi Pan kraj na świecie, gdzie wiedzę i doświadczenie wicemistrza świata i Europy wrzuca się do „śmietnika” . Zaangażowałem 10 lat swojego życia w powstanie bazy sportowej w Międzyzdrojach i doprowadziłem do powstania Ośrodka Szkolenia Mistrzowskiego w konkurencjach wytrzymałościowych. Całością zarządza stowarzyszenie Klub Biegacza „Sporting”. Otaczamy tu specjalistyczną opieką wybranych zawodników, wpajając im postawy przyszłych mistrzów.


W Polsce do dyspozycji Kadry poza ośrodkami Centralnego Ośrodka Sportu licencje posiadają Ośrodek Szkolenia Mistrzowskiego w konkurencjach wytrzymałościowych w Międzyzdrojach oraz prywatne przedsiębiorstwo „Maraton” w Szklarskiej Porębie. My z wypracowanych środków utrzymujemy zawodników, organizujemy szkolenie, a także opłacamy organizowane biegi na minima. Rozbudowujemy też bazę Ośrodka, który w czerwcu tego roku będzie miał już stałe miejsce na Stadionie Miejskim.
Można założyć ręce, nic nie robić i czekać aż z nieba spadną nam mistrzowie. Jedno co wtedy będzie pewne, to brak zarzutów!


Czyli rozumiem, że trener może sobie dowolnie wybierać miejsce?


Trener przedstawia ścieżkę, ja jako odpowiedzialny to akceptuję. Kieruję się wiedzą i doświadczeniem oraz argumentami trenera.
W tym roku chyba każdy pojechał tam, gdzie sobie sam wybrał. Myślę, że obecne łączki potwierdzają profesjonalizm trenerów kadry kierujących się optymalizacją procesu treningowego, a nie rekreacją i turystyką.


Część druga wywiadu, robiona tydzień później


Jaka jest sytuacja Moniki Drybulskiej? Jedzie na Igrzyska czy nie jedzie?

Jedzie. Zgodnie z tym, co ustaliliśmy na Zarządzie 17 kwietnia, trzy osoby są już zatwierdzone, bo spełniły wymagania.
Wpłynął również wniosek od trenerów Pawła Ochala i Rafała Wójcika. Zarząd jednak nie wyraził zgody na ich wyjazd ponieważ nie mają wymaganych minimów, gdyż te niższe minima IAAF dotyczyły tylko Mistrzostw Polski.


No ale z tego, co wiem, to tamci zawodnicy nadal nie wiedzą, czy jadą, żyją w takiej niepewności, nie powinni Państwo ich zawiadomić?


Zarząd odbył się 17.04, więc jest to dość świeża sprawa. Szczerze mówiąc, to co mają wiedzieć? Trenerzy składający pisma dostaną odpowiedzi a ponieważ minimum nie zrobili, więc sprawa jest dość prosta. Na Zarządzie ich propozycję wyjazdu przedstawił i odczytał oficjalnie wiceprezes d/s szkolenia, pan Jerzy Sudoł, a Zarząd podjął decyzję. Ponieważ ja jestem w tym Zarządzie, a zaangażowany jestem jednocześnie w pracę szkoleniową, to ja w tym głosowaniu wstrzymywałem się od głosu, żeby nie było tutaj stronniczości. Taka była decyzja Zarządu, to jest w tej chwili największa władza i podjęli taką decyzję. Ja nie byłem ani za, ani przeciw, chociaż osobiście byłbym pewnie za Rafałem Wójcikiem, bo ja szanuję Mistrzostwa Polski.


Rozumiem. Czyli można powiedzieć, że w tym momencie już wiemy, że jest trójka maratończyków: dwóch chłopaków i jedna dziewczyna?


Tak. I to jest zatwierdzone przez Zarząd 17 kwietnia tego roku.


To jeszcze takie pytanie związane z minimami na różne imprezy mistrzowskie. Pan mówi, że za Pana kadencji żadne minimum IAAF-u lub EAA nie było zmienione, oprócz tych maratońskich...


Jeśli chodzi o ten rok, rok olimpijski, wszystkie minima PZLA pokrywają się z IAAF, poza maratonem. Minima maratońskie od kilku lat są zaniżone, pewnie z racji tego, że organizatorzy chcą mieć więcej uczestników i my to rozumiemy. Sztab Szkolenia ustalił wyższe wskaźniki PZLA i one dotyczą tylko maratonu, nie jestem pewien, jak to jest w chodzie, ale to jakby nie podlega mojemu blokowi, trener Kisiel odpowiada za cały chód. Z tego co wiem, to też mamy chyba już 5 zawodników w chodzie. W pozostałych konkurencjach minima IAAF można uzyskiwać w terminie 01.05 do 06.07.2008 r.


Ale patrząc w takim razie chociażby na zeszły rok czy dwa lata wcześniej, to praktycznie na wszystkich imprezach mistrzowskich, nawet w tym roku - te w hali, w Walencji czy wcześniej Mistrzostwa Europy w Goeteborgu czy Mistrzostwa Europy Juniorów w Hengelo - na wszystkie te imprezy mistrzowskie Państwo jednak podwyższają te minima.


W tym roku w przypadku seniorów na pewno nie były podniesione. Ja się wstecz nie oglądam, to co już przeszło, to w tej chwili i tak jest już musztarda po obiedzie. Ja patrzę, co ewentualnie można zrobić w przyszłości. Minima IAAF są tak wysokie, że nie ma potrzeby ich jeszcze zawyżać – poza maratonem oczywiście. W przypadku EAA to zdarzało się wysłać zawodnika posiadającego minimum EAA na Mistrzostwa Europy ale nie posiadającego podwyższonego wskaźnika PZLA. Tak było przed Goeteborgiem w przypadku Syrek i Karczmarka – oboje byli Mistrzami Polski.


W przypadku maratonu to nigdy nie było zainteresowania zawodników wyjazdami na imprezy inne niż Igrzyska. Tylko Rafał Wójcik chciał startować, spełniał wymogi, robił minima w Mistrzostwach Polski i jechał na Mistrzostwa Świata i Europy gdzie bardzo przyzwoicie wypadał ( bodajże, jeśli dobrze pamiętam, był dwunasty w MŚ ). Jak na polskie warunki to bardzo dobrze.


To, co dla biegów da się zrobić, to robię. Wiem, że np. minimum IAAF na Igrzyska na dystansie 5000 m to chyba 13:17 i my nawet gdybyśmy chcieli zrobić mniejsze, to nie możemy, bo to jest już minimum IAAF. Możemy ewentualnie wysłać jednego zawodnika w konkurencji z minimum "B" ale w przypadku Igrzysk, Zarząd zatwierdził, że takich wyjątków nie będzie.


Rozumiem, ale cały czas mam wrażenie, że w Państwa polityce wobec tych minimów i zawodników nie ma jasnych zasad. Jest ciągle taka sytuacja, że zawodnicy wykonują jakieś tam wyniki, a potem sie okazuje, że nie jadą z jakiegos powodu, który jest dla nich niejasny.


Ale niech pan powie, czego to dotyczy?


Podam Panu przykład. Na przyklad w zeszłym roku była taka sytuacja z Młodzieżowymi Mistrzostwami Europy, gdzie nie pojechał Hubert Pokrop, ktory miał drugi wynik [na 3000m z przeszkodami - przyp. redakcji], a pojechał z czwartym wynikiem Łukasz Parszczyński. No i teraz - z jakiego powodu nie jedzie ten Pokrop, który jest drugi w Polsce. Jedzie pierwszy, a skoro jedzie czwarty, to dlaczego nie jedzie drugi?


Tam był taki przypadek, z tego, co pamiętam, akurat tak się stało, że minima mieli wszyscy czterej...


No ale Pokrop miał lepszy wynik.


Tak. Na kogoś z tej czwórki trzeba było się zdecydować. Więc podjęliśmy jako Związek decyzję - tu powiem, że Związek bardzo się zaangażował, żeby z tej czwórki pojechali wszyscy czterej. No i zgłosiliśmy Pokropa wstępnie na 5000m, ale okazało się, że nie miał minimum na 5000m i nie mogli go przyjąć na te Mistrzostwa. W Poznaniu w czasie Mistrzostw Polski na wniosek trenera Kadry – Zbigniewa Rolbieckiego i trenera Łukasza Parszczyńskiego – Andrzeja Jobta podjeliśmy decyzję o zwolnieniu Chabowskiego i Parszczyńskiego z biegu na 3000 m prz. Jeden biegał 5000m, a drugi 1500m. Obaj przed Mistrzostwami Polski mieli już minima na MME – czołowe w Europie i byli szykowani docelowo do tej imprezy z wykorzystaniem zgrupowania klimatycznego w St. Moritz. Start w MP był dla nich etapem i to nie w pełni formy po zjeździe z gór. Pozostali zawodnicy wiedzieli, że zostało jedno wolne miejsce na wyjazd do Debreczyna i o nie walczyli. Tutaj w moim odczuciu błędu nie popełniliśmy żadnego. Jedyny wniosek na przyszłość, że mogliśmy zrobić tak - Mistrzostwa Polski, wszyscy biegają i pierwsza trójka z minimami jedzie, to by było najsprawiedliwiej, prawda? Ale naprawdę to nie było jakieś takie krzywdzące, bo wszyscy mieli minima z tych chłopców, a pytanie Pana dotyczyło wysyłania zawodników bez minimów.


No tak, wszyscy mieli, tylko że Pokrop miał lepszy wynik niż Parszczyński i wydawałoby się, że powinien jechać ten najlepszy, prawda?


Ale ja z punktu widzenia człowieka, który się orientuje na biegach, ja bym stawiał na Parszczyńskiego, bo Parszczyński w bezpośredniej konfrontacji z Pokropem nie wiem, czy ma jakikolwiek przegrany bieg w historii a biegają już troszeczkę ze sobą. Poza tym Parszczyński ma 3:42 na 1500 m i 7:57 na 3000 m. Pokrop pobiegł szybko w tych Mistrzostwach a myśmy nie przypuszczali i nic na to nie wskazywało, że może nabiegać taki wynik. Taki mu bieg wyszedł. Parszczyński w tym samym dniu biegał 1500m, zresztą był drugi z bardzo dobrym wynikiem na 1500m.


No tak, ale tym dystansem, na który jechali, to było 3000m z przeszkodami, a nie 1500m.


Tak. Tylko ja Panu powiem, że żeby doprowadzić zawodnika do docelowej imprezy, to nie można codziennie czy co drugi dzień biegac przeszkód. I ja też w ramach mistrzostw Polski, czy Bronek Malinowski, czy inni, to prowadzilismy taką polityke startową, żeby być jak najlepiej przygotowanymi na mistrzowskie imprezy. Bo z całym szacunkiem dla Pokropa, ale znamy poziom sportowy Pokropa, biegowy, i znamy Parszczyńskiego, no to było tak, że chłopak zabłysnął raz.


No rozumiem, ale to są tak naprawde jakieś Państwa takie odgórne decyzje, nie ma jasnych przepisów. Po prostu Państwo decydują, trudno powiedzieć z jakiego powodu, że jeden może ejchać, a drugi nie. W środowisku się mówi, że dlatego, że trener Pokropa nie jest trenerem kadry, on nie pojechał.


Nieprawda. A trener Parszczyńskiego jest? Pokrop ma naprawdę takie warunki stworzone przez PZLA, jest cały czas szkolony. Normalnie nawet się nie kwalifikuje do szkolenia, a z racji tego, że błysnął raz, jeden raz w sezonie, daliśmy mu teraz na przykład, wystąpił z wnioskiem o to, żeby pojechał do Font Romeu i tak jest za jakąś dopłatę. Czyli dostaje refundację obozu krajowego, dopłaca różnicę - i też żeśmy mu pozwolili jechać. Wylatuje czwartego na zgrupowanie do Font Romeu z całą reprezentacją. Ja to odbieram jako szukanie dziury w całym, nic się nie stało. Pokrop w moim odczuciu żadnej kariery w Debreczynie też by nie zrobił, bo znam jego poziom sportowy. I to na pewno nie było pomyłki, gwarantuję Panu. Bo za chwilę mamy sezon i wszyscy biegają w Kozienicach w ramach Mistrzostw Polski na 10000m, są dodatkowe biegi, bardzo mocne i są przeszkody również. I możemy porównać wyniki. Na drugi dzień 25-osobowa reprezentacja wylatuje do Font Romeu na zgrupowanie, w tym leci również Pokrop, któremu poszliśmy na rekę. I takich przypadków tam jest chyba z osiem czy dziesięć, stwarzamy waruki lepsze jako Związek, jeśli jest zainteresowany zawodnik, no i on oczywiście partycypuje w tym, bo to są bardzo duże koszta. Natomiast my na szkolenie... - zna Pan sytuację, całe to teraz zamieszanie ekonomiczne, natomiast nie ma zagrożenia w przygotowaniu i nie będzie, do Pekinu i Mistrzostw Świata Juniorów. Będzie wszystko zapewnione, i do Pucharu Europy też.


No dobrze, ale jeszcze a propos tego szkolenia... Co się dzieje, że np. na te ostatnie Mistrzostwa Świata nikt nie zrobił minimum na dystansach średnich czy długich? Przecież zrobiły tylko 4 zawodniczki, w tym dwie od trenera Króla. Wiadomo, że trener Król nie jest pana ulubieńcem, ale jesli chodzi o tych trenerów, których Pan popiera, można tak powiedzieć, których pan wybiera, to żaden z tych trenerów nie ma sukcesów międzynarodowych.


Nie wiem dlaczego obraża Pan trenerów Kadry i pewnie przy najbliższej okazji z Panem porozmawiają na temat braku sukcesów. A jeśli chodzi o Pana Króla to na początku wywiadu już wyjaśniałem w czym tkwią jego sukcesy ale powtórzę.


Wygląda to następująco, rozpocznę od ostatniego: Dąbrowski. Zna Pan takiego zawodnika, młodego ośmiusetmetrowca? Albo Chojecka, czy nawet Czapiewski. Czy trener Król gdzieś go znalazł, czy dostał gotowego?


No, chyba dostał
...


... wyrwał trenerowi, krótko mówiąc. I Dąbrowskiego. Dąbrowski się szkolił w naszym ośrodku szkolenia mistrzowskiego. Był na dobrej drodze, wszedł do kadry olimpijskiej i nagle zostaje przekupiony gwarancją udziału w Halowych Mistrzostwach Świata w sztafecie 4x400 pod warunkiem przejścia do grupy Pana Króla i stanowiskiem asystenta Pana Króla dla trenera klubowego. Czy to są dla Pana sukcesy Zbigniewa Króla? Staram się ograniczyć wyrywanie zawodników trenerom, którzy się męczą przez wiele lat, doprowadzają zawodnika do pewnego poziomu i gdy są na dobrej drodze do sukcesu pojawia się Pan Król. A pan Król praktycznie z tymi zawodnikami robi jakby kosmetyczną pracę, przygotowaną, ułożoną przez wiele lat i się nie mówi, że Chojecka to wcześniej trener Maciejewski. Czy Chojecka poprawiła rekordy po trenerze Maciejewskim? Nie. Nie poprawiła. Ona była na tym poziomie, biegała to samo i biega nieco gorzej u pana Króla. Jak pan Skucha potrafił stworzyć takie warunki panu Królowi, zresztą z jego sprawozdania zjazdowego wynika, że on widział tylko jednego trenera, Króla i samych zagranicznych, to się nie ma co dziwić. Ja jestem pierwszym blokowym od trzech lat, który nad tym wszystkim zapanował, chociaż nie udało mi się np. z takim Dąbrowskim. Facet doprowadzony do kadry olimpijskiej, podebrany i poczekamy, bo na razie widziałem, co było w Pucharze Europy i na Mistrzostwach Polski w hali, gdzie się przygotowywał. A słyszał Pan o takim Bartku Nowickim, prawda?


Oczywi
ście.


No. I on się trzyma cały czas jednego trenera i potrafił zrobić, przygotowując się tylko do sezonu, dwa minima na Mistrzostwa Świata - z których sam zrezygnował, bo się przygotowuje do sezonu. I prosze się jeszcze uzbroić w cierpliwość, żeby nie wyprzedzać faktów, zweryfikujemy to na koniec kadencji i zobaczymy. Tylko jak ktoś zabiera komuś różnymi sposobami - Pliś, następna z naszego ośrodka, ze Świnoujścia, przygotowana do biegania. Miało być cudownie, na razie trzeci rok i nic nie wynika z tego... Shegumo... O tych się nie mówi, tylko się mówi akurat o Chojeckiej, Janowskiej... Tak, Janowska to jest zasługa pana Króla i to jest prawda, bo ona się rozwinęła przy Królu i to jest jedyna zawodniczka, która trafiła do Krakowa z jednego z mniejszych klubów i jej sukcesy to w pełni jego zasługa. Natomiast wszyscy pozostali: Snochowski, Fudalej, Jawor - niech Pan pokaże ich rozwój. Gdzie podziewa się wyrwany z Poloni Warszawa, pochodzący z Etiopii Yard Shegumo? Miał podbić świat z najlepszym trenerem, a dziś zostawiony przez niego pracuje na rodzinę w Anglii. Każdy jak ma dobry materiał, przygotowany do obrobienia, to jest już prosta sprawa i wtedy spija się śmietankę. To nie jest uczciwe. Ja jestem zwolennikiem dania szansy, stworzenia możliwości wyjazdu zaplecza. Bo za chwilę, jak my Tomka Lewandowskiego nie puścimy do RPA, żeby zobaczył jak świat trenuje, to on ze szkoły, nawet jak będzie najlepszym studentem, wybitnym, nie będzie miał tej wiedzy, bo to trzeba nabrać jakby doświadczenia praktycznego, zobaczyć, zanalizować, porównać itd. I w tej chwili gama polskich trenerów młodego pokolenia zaczęła jeździć, mieć kontakt z trenerami zagranicznymi i zaczyna ta praca iść w dobrym kierunku. Ale wytrzymałość to nie są trzy lata, tylko to jest minimum osiem lat. Przynajmniej osiem lat. Ja jestem trzeci rok blokowym.


No tak, ale ci młodzi zawodnicy muszą gdzieś startować i się motywować. I to nie jest zbyt motywujące, gdy nie decydują się Państwo na puszczenie żadnego zawodnika na Mistrzostwa Świata chociażby w Osace.


Nie wiem, kogo nie pu
ścilismy.


Chocia
żby Lewandowski czy Czapiewski.


Ale to wyja
śniałem Panu. Z minimum B mogliśmy puścić jedną osobę. Którą?


Ale widzi Pan - decydują Państwo w takiej sytuacji jak Państwo chcą, np. zdecydowaliście puścić Parszczyńskiego zamiast Pokropa, a tu mówi Pan - kogo mamy puścić? Są Państwo bardzo zdecydowani momentami, a czasami rozkładają Państwo ręce - co mamy zrobić?


Nie, no Parszczyński miał minimum, niech Pan nie mówi, że nie miał, lepsze niż Pokrop. Ja panu na przykład powiem z punktu widzenia mojego, np. na Osakę. Puszczając Marcina czy Czapiego, Marcin miał pewnie większe szanse, chociaż nie potwierdził tego równoległą praktycznie imprezą w tamtej strefie klimatycznej, Uniwersjadą. Występ był bardzo słaby. To jest po pierwsze. On zrobił swoje, miał młodzieżówkę ostatni rok, załatwił sprawę i moim zdaniem nie powinien się w ogóle w tamtą stronę wybierać. Proponowałem mu taki układ typowego zawodowstwa: masz mistrza Europy, potrzebny jest ci super wynik. I teraz skoncentruj się, jedź na zgrupowanie drugie wysokogórskie, wszyscy wrócą z Osaki i są najważniejsze mitingi. Spierz im tyłek i będziesz miał największą satysfakcję. Nie - wybrano tę studencką imprezę, która oczywiście gwarantowała jakieś 16 czy 20 tysięcy nagrody i pojechał... Ja byłem w Bangkoku, no głupota, tam się jedzie stracić zdrowie. Już pomijam, że wrócił z tej strefy klimatycznej, bo to są trudne wyjazdy w kierunku Azji, każdy, więc lepiej jechać w stronę zachodnią. Więc odradzałem, bo to było na jego niekorzyść. Czapi? No mógł jechać, jemu już ani nic nie pomoże, ani nie zaszkodzi, to można było taką decyzję podjąć, wygrał Puchar Europy i Mistrzostwa Polski. Ale Zarząd się sugerował tym, że takich ludzi w kolejce z B minimum było ok. 13 czy 14 ludzi. Nie chcieli robić precedensu i ściśle się trzymali tych minimów i wskaźników, które zostały wcześniej ustalone. I podejrzewam, że w tym roku również nie będzie takiej możliwości. Bo już mieliśmy przykład głosowania w Zarządzie i jego podejścia do maratonu. Ci, co spełnili, jadą, reszta nie ma szans, koniec. Nie robimy żadnych wyłomów.


Ale przecież sami Państwo robią takie wyjątki - na Mistrzostwa Europy Juniorów puścili Państwo Artura Ostrowskiego, który nie mial wtedy żadnego minimum i Agnieszkę Sowińską - i można powiedzieć, że przecież oni nie mieli minimów i z jakiegoś powodu Państwo zdecydowali się, żeby ich puścić.


Ja ju
ż nie pamiętam, czy miał, czy nie miał.


Nie mia
ł.


Ja panu przytoczę taki przykład z tych ostatnich Mistrzostw Europy U-23 ze skoku w dal, też ktoś pojechał, bo kogoś przekonał i zdobył brązowy medal. A w ogóle miał nie jechać. Więc są takie przypadki, ale one dotyczą sportu dzieci i młodzieży czyli do 23 lat. Juniorów i młodzieżowców ewentualnie można tak wysyłać. Natomiast nie ma takiej możliwości w seniorach. Jak my wysyłamy zawodników, to z myślą, żeby oni byli w pierwszej dwunastce, w tym szerokim finale, nazwijmy to tak, 1-12, czy na przeszkodach 1-15, bo taki jest finał. Natomiast u młodzieży ja jestem zwolennikiem, żeby zrobić minima IAAF-owskie i nie zmieniać ich, i zrobiono to w juniorach czy młodzieżowcach. Jeden rok przećwiczylismy to, mieliśmy bardzo dużą reprezentację, to było 2 czy 3 lata temu w Erfurcie i muszę Panu powiedzieć, że po pierwsze, ci wszyscy zawodnicy poodpadali od razu, a druga sprawa, to ci zawodnicy, którzy poodpadali juz zaczynają przeszkadzać tym najlepszym. Bo już są po imprezie, nie mają co robić, więc zaczyna młodych nosić i generalnie robi się atmosfera wakacyjna i to się zaczyna udzielać następnym. A tam się trzeba skoncentrować, przechodząc dalej. Ja jestem za tym, żeby młodzież - kiedyś też walczyłem o to jako członek Zarządu nie mający nic ze sprawą wspólnego - żeby pojechał Bartek Nowicki, który nie miał minimum, i wysłaliśmy go na Mistrzostwa Europy do Tampere. I wrócił jako mistrz Europy. Tylko że akurat nad Bartkiem, to prowadzi go nasz ośrodek od samego początku, od dziecka, dlatego znamy go, obserwuję go, to jest jeden z nielicznych, który podchodzi do treningu profesjonalnie. I teraz takim profesjonalista dla mnie jest też Marcin Lewandowski. Oni to robią dobrze, takich należy wspierać. Szkoda jeszcze, że Tomek nie chce wykorzystać moich doświadczeń. Musi ćwiczyć i popełniać błędy. Jednym z takich błędów to jest np. wyjazd na Uniwersjadę. uważam, że oni popełnili spory błąd.


W takim razie a propos Tomka Lewandowskiego. Czyta
ł Pan te zarzuty Tomka wobec PZLA i wobec polityki PZLA wobec niego? Czy w ogóle się Państwo zastanawiali nad tym, nad tą sytuacją, że oni się zastanawiają nad zmianą obywatelstwa?


Ja to traktuję jako dziecinadę i głupotę. Ten chłopak ma lepiej niż Panu się wydaje nawet. Niech Pan sprawdzi, ile on otrzymuje środków. Ja już pomijam PZLA, to co mu PZLA zabezpiecza. Ja wkrótce podam kwotę, bo zrobimy audyt i podliczymy 2007, ile Marcin i Tomek kosztowali PZLA, kompleksowo, ze zgrupowaniami klimatycznymi, krajowymi, odżywkami. I jest praktycznie dla mnie trenerem jeden na jeden, bo to, że on sobie dobiera grupę na siłę i sztuczną, to nie wiem, o co mu chodzi. Ma etat kontraktowy, z tego co pamiętam, 1500zł, u nas nie ma większego etatu dla trenera niż 2000 brutto, a on ma 1500 zł. Ma jednego zawodnika, jeden na jeden, i wszystko jest dobrze. Moim zdaniem on takich warunków - bo ja mam skalę porównawczą - nie znajdzie lepszych. Police - z tego, co sie orientuję, a będę jutro na zawodach, więc się zajmę tą sprawą z burmistrzem - 4000 zł, 2000 otrzymuje Tomek. On nigdzie nie będzie miał na świecie lepiej niż tutaj. Była taka jedna, co chciała zmienić obywatelstwo, też się ocierała o wysoką kadrę, nazywała się Brzezińska. Wylądowala w Nowej Zelandii i niech mi Pan powie, co ona zrobiła i dalej jak się rozwinęła. Koniec. Nie ma dziewczyny. Nikt jej nigdzie nie przeszkadzał, wyjechała do Nowej Zelandii, miała zmieniać obywatelstwo, miała gdzieś tam startować... I z trenerem po niej w ogóle śladu nie ma. I ja podejrzewam, że jak tak dalej Tomek będzie robił, to pewnie tak samo skończy jak i ona.


No ale on móg
łby powiedzieć, że to, co dostaje z Polic, to jest nie sprawa PZLA.


Ale co on by chcia
ł z PZLA dostać?


Ja rozumiem,
że ma gorszy kontrakt trenerski niż inni trenerzy.


Ja mogę Panu podać wszystkie kontrakty trenerów biegowych. I niech Pan oceni, czy on ma źle. Kowalska, mistrzyni Europy - pan Nowakowski ma 2 tysiące. Brutto. I to jest jedyny za 2000 złotych. Schodząc niżej, na 1500zł bodajże są dwie osoby. Tylko on musi wiedzieć, że Kasia Kowalska wygrała jeszcze Puchar Europy na 3000m z przeszkodami. A on, niestety, nawet nie brał w nim udziału. Więc on ma 1500 i są dwa kontrakty na 1500zł - on i jeszcze mogę sprawdzić dokładnie, który z trenerów. I wszyscy inni są po 1000zł. A w juniorach trenerów jest dwóch i mają tylko przez dziesięć miesięcy po 800zł. Ale jest drugi rodzaj finansowania i to jest za dzień pracy na zgrupowaniu - i to się trzyma w granicach 100zł za dzień pracy takiego trenera na zgrupowaniu. I można przyjąć taki wariant. Czym więcej pracuje, tym więcej ma. I to jest koniec. Czyli jeśli on ma mniej tylko od jednego trenera, Nowakowskiego, którego Kasia, przypominam, wygrała też Młodzieżowe Mistrzostwo Europy, tak jak on, wygrała Puchar Europy i była na Mistrzostwach Świata w Osace, to krzywda? Gdyby on miał rację, bo inni trenerzy mieliby więcej... ale on nie ma racji! On kłamie. Inni trenerzy muszą ze szkoły zrezygnować, tak jak Nowakowski, Rolbiecki zrezygnował, pracują, poświęcili się ostatni rok tej pracy i mają kontrakty między, jak powiedziałem, Nowakowski 2000zł, a Rolbiecki... Być może, no wydaje się, że może to być też Rolbiecki. Koniec. Nie ma większych kontraktów. O czym on mówi? Jakby on przyszedł, nie pisał, tylko usiadł... A on wszedł w media, próbuje coś załatwić i okłamuje jeszcze opinię publiczną, a sam ma tak: sponsorowany samochód, 2 tysiące z miasta... Jeszcze nie wspomnę, ilu zawodników ma tak zwane studenckie stypendia, no to jest szereg ludzi. Krzywda im się nie dzieje, ja im powiedzialem, gdzie się zarabia pieniądze: ty masz zarabiać pieniądze jako klasowy zawodnik. I on zaczął zarabiać te pieniądze. I to całkiem przyzwoite. I chciałbym, żeby wszystkim się taka krzywda działa, jak się dzieje Lewandowskim. Ja nie ograniczam, tylko oni naprawdę mają praktycznie maksa z PZLA. Że już nie wspomnę o szkoleniu jeden na jeden, nie? Jeżeli Marcin zacznie zdobywać medale na imprezach seniorowskich lub przynajmniej zajmować wysokie miejsca w finałach, to Tomek będzie mógł wejść na etat olimpijski a nie PZLA. A tam to jest już inna bajka. Wysoki etat plus premia za medale mogą dojść do 8000 – 10000 zł. Jeszcze tylko trochę cierpliwości i mądrego treningu.


A dlaczego nie wys
łali Państwo żadnego seniora na ostatnie Mistrzostwa Świata w przełajach?


Seniora nie wysyłaliśmy, bo nie było po co. Traktujemy przełaje na Mistrzostwach Świata tylko tak, że zaznaczamy swój udział, bo nie mamy żadnych szans najmniejszych na pierwszą pięćdziesiątkę. Jak przedstawiam w ministerstwie sportu, żeby zatwierdzili wyjazd i podaję, jaki plan jest: "być w pierwszej pięćdziesiątce", to z punktu widzenia naszego jest to dobra pozycja na MŚ, a oni, w Ministerstwie, się śmieją po prostu. I przyjęliśmy zasadę, że tylko wysyłamy młodzież, czyli junior-juniorka, bo seniora takiego nie ma, nie było kogo wysyłać. W ubiegłym roku proponowałem, żeby był jeszcze senior-seniorka, Chabowskiemu, to oni w ogóle nie chcą jechać na taką imprezę, bo oni to na ścięcie jadą, krótko mówiąc. Jak on ma przylecieć w pierwszej setce, to poważny senior nawet nie chce. Młodzież to jedzie po naukę bardziej, trener też. W tym roku pojechała mistrzyni Polski, chciałem w tym roku drugą juniorkę wysłać nawet, ale jej trener się nie zgodził. Nie chcą ludzie jeździć na te imprezy. No i pojechał tylko trener Kostrzeba ze swoimi, bo akurat oboje zawodników było od niego. I tylko akcentujemy swoja obecność. Ale koncentrujemy się w przełajach bardzo szeroko na młodzieżowcach w trakcie Mistrzostw Europy grudniowych, bo tam nasze szanse są duże - i wróciliśmy w tym roku chyba z czteroma medalami. W tym roku mamy zabezpieczone szkolenie rownież - młodzieżowców i juniorów. Bo tam wracamy z medalem drużynowym i jest wszystko cacy. W seniorach pierwsza setka graniczy z cudem.


A propos bud
żetu, mówi sie, że PZLA jest w katastrofalnej sytuacji finansowej, mają Państwo zabezpieczenie budżetowe na szkolenie?


Szkolenie jest zabezpieczone. Nie ma żadnego zagrożenia, wszystko będzie w stu procentach pokryte. Ja też to czytałem, siedząc z jednej i drugiej strony, to wiadomo, że to się nie pokrywa, że to jest jakaś tam polityka ludzi, którzy chcą błysnąć przy akcji. Powiem np., że była kwota X planowana na aklimatyzację, zabezpieczona przez Ministerstwo Sportu, na Kochi w zeszłym roku, ale doszło kilku zawodników, m.in. Brzezińska, która nie wystartowała, czyli IAAF nie refundował tego, no i zrobiło się z tego np. 30 tysięcy przekroczenia. I to poszło wszystko w koszta pośrednie. A teraz szkolenie i etaty trenerskie są płacone bezpośrednio ze środków Ministerstwa Sportu i one są znaczone i nie do ruszenia, one są zabezpieczone do końca. I tutaj nie ma żadnego zagrożenia, jeśli chodzi o program szkoleniowy, o realizację. Żeby tylko zawodnicy mieli zdrowie i go dobrze realizowali, plus płace trenerskie. Najwyżej, jeśli nie zapanowano nad środkami, to może zabraknąć jedynie na wynagrodzenie dla pracowników Związku albo nie będzie wypłacania diety członkom Zarządu, ostatnio nikt nie wziął, z ostatniego posiedzenia. Takie rzeczy to są zupełnie inne, ale zagrożenia, co mówię z pełną odpowiedzialnością - a jestem trzecią kadencję - nie ma. I proszę się tego trzymać, bo zobaczy Pan, że nie będzie.


B
ędzie Pan kandydował na Prezesa PZLA w tym roku?


Zapewniam Pana, że nie i nigdy nie miałem takiego zamiaru. Chciałem pomóc przede wszystkim biegom średnio-długim, ich rozwojowi. Od trzech lat udało mi się to troszeczkę opanować, chociaż zostaje jeszcze dużo do zrobienia. I myślę, że na pewno będę działał, żeby doprowadzić tych wszystkich zawodników, którzy się wywodzą z naszego ośrodka i którzy chcą z nami współpracować zawodowo profesjonalnie, na pewno, na Londyn 2012 i po drodze wszystkie mistrzowskie imprezy. I jeszcze będę działał bez względu na to, kto będzie prezesem PZLA, ponieważ mi to w niczym nie przeszkadza. Mam swoje cele, nabrałem doświadczenia które przekazali mi moi trenerzy, koledzy z bieżni i poprzednicy, wiem czego chcę i konsekwentnie będę zmierzał do Londynu z polskimi biegami średio-długimi. Mam nadzieję, że nie będę miał takich kłopotów jak np. teraz z Dąbrowskim, którego nam w tym roku, następnego z kolei, zabrał Król. Ale potem jak taki zawodnik ginie, jak z Polonii Shegumo, zdolny, to się nikt nie chce nim interesować, pan Król już się nim nie interesuje.


Dzi
ękuję za rozmowę.



Dyskusja
Nagor
14.06.2008
Pomysł dobry, ale taki zając nie osłoni przed wiatrem... Mnie mogłyby motywować komunikaty negatywne, typu: "rusz dupę śmierdzielu" :hej:
wojtek
14.06.2008
ruh hożuf napisał(a):
Powinny być elektromechaniczne zające: tor (szyna) wokół bieżni po wewnętrznej stronie, manekin na rolkach napędzany elektrycznie i programowany. Ustawiałoby się ile taki zając ma ciągnąć i jazda. I jeszcze można by było w czasie biegu podkręcić albo zwolnić tempo. :hej: .


Stary pomysl , wykorzystany w Japonii , 30 lat temu ( kamera na wewnetrznej szynie )
ruh hożuf
14.06.2008
:bum: :hej: I jeszcze by nadawał komunikaty seksownym głosem np: "Dawaj, dawaj, Nagor!!! Zepnij się chłopie, bo znowu jakieś typy będą się Ciebie na forum czepiać, że wolno pobiegłeś!!!" :hej: :hej:
bebej
14.06.2008
ruh hożuf napisał(a):
Powinny być elektromechaniczne zające: tor (szyna) wokół bieżni po wewnętrznej stronie, manekin na rolkach napędzany elektrycznie i programowany. Ustawiałoby się ile taki zając ma ciągnąć i jazda. I jeszcze można by było w czasie biegu podkręcić albo zwolnić tempo. :hej: .

Super pomysł.
ruh hożuf
14.06.2008
Powinny być elektromechaniczne zające: tor (szyna) wokół bieżni po wewnętrznej stronie, manekin na rolkach napędzany elektrycznie i programowany. Ustawiałoby się ile taki zając ma ciągnąć i jazda. I jeszcze można by było w czasie biegu podkręcić albo zwolnić tempo. :hej: .
Nagor
14.06.2008
Z plotek to słyszałem jeszcze, że kobiety, które maja robić minimum na 1500m, nie mają w biegu zająca, co na takim mitingu jest śmieszne. Ale mnie to nie dziwi - już w Kozienicach były zapowiadane mocne biegi, a Dyrektor szukał zająca... 10 minut przed biegiem. W rezultacie zającem został mężczyzna, co oznacza, że ewentualne minima i tak nie byłyby uznane. To jest "profesjonalne" organizowanie mitingu w Polsce, ja się z tym spotkałem niejeden raz, że zawodnicy już się rozgrzewają, a organizator dopiero sobie przypomina, że nie ma zająca...

Fajne jest to, że EAA narzuca wysokość nagród, bo myślicie, że PZLA organizując Kusocińskiego dałaby 1000E za pierwsze miejsce? Tylko jak nie będzie zająca, a taktyczny bieg, to Dyrektor, zgrzytając zębami, będzie musiał wypłacić nagrody za słabe czasy.
wojtek
14.06.2008
Nie dziwie sie ze wcsn sie wycofal z imprezy .

Pokazali za to ciekawe wyniki z Ostrawy .
Adam Klein
13.06.2008
Jeszcze wczoraj na konferencji było, że jest bieg na 3000 m pprz. Dzisiaj okazuje się, że nie ma i Ci którzy liczyli na zrobienie minimum muszą na szybko szukać jakichś biegów zastępczych.
Totalna amatorszczyzna. Aż mi jest głupio za Dyrektora mitingu.
Nagor
13.06.2008
Nasi trzepią te minima olimpijskie jeden za drugim. Tylko albo to są zawodnicy Króla albo zawodnicy trenerów spoza kadry, spoza oficjalnego nurtu i skonfliktowanych z Bogusławem Mamińskim. Nadal czekamy na minimum zawodników trenujących pod opieką trenerów kadry, którzy, jak czytamy w wywiadzie, wcale nie są niczyimi kolegami i po prostu są najlepsi... :hahaha:
Adam Klein
13.06.2008
Redaktor prowadzący niestety nie dał szansy kontunuowania tematu.
To nagranie (ten fragment) wstawię gdzieś tutaj do tego wywiadu żeby było dla potomnych.
odpowiedz  zobacz wszystkie komentarze
galeria_mw2009.jpg
galeria_kozienice2009.jpg
galeria_szczecin2008_1.jpg
galeria_bydgoszcz2009.jpg
galeria_memorial2008.jpg
galeria_szczecin2008_kaja.jpg
galeria_przelaje2009.jpg

Zawodnicy

  • Rafał Omelko - płotkarz z pasjami. Następca ...
  • Sylwetka Chrisa Solinskyego - dla Sports Illust...
  • Zwolnię po 2012… - rozmowa z Paulą Radcli...
  • Kolejny talent biegów średnich - Adam Czerwi...
  • Jesse Owens - człowiek legenda
  • Fernando Mamede - „Rekordy bez medali”
  • Bieganie jest najprzyjemniejsze - Agnieszka Jer...
  • Pomimo Sukcesu, Mikitenko nadal jest w Niemczec...
  • Mistrzowie uprawiani są w Kenii
  • PAP Team
  • Gdzie zniknął Jakub Czaja, czołowy Polski za...
  • Paweł Ochal ma nowego trenera
  • Wywiad z Arturem Nogą
  • Karolina Jarzyńska, najlepsza polska biegaczka...
  • Edward Stawiarz - ostatni długodystansowiec Wu...
  • Jaki jest naprawdę mistrz Polski na 5000m?- wy...
  • WHITE MAN CAN RUN: Dathan Ritzenhein 12:56.27
  • Anna Jesień - rozmowa przed wylotem na Mistrzo...
  • Abderrahim Gourmi, Hendrick Ramaala
  • Mariusz Giżyński - wywiad