Przetarcie okraszone wygraną
Według założeń miałem pobiec zawody w ramach treningu i (jeśli będą ku temu warunki) powalczyć o życiówkę. Przyjechaliśmy z rodzinką na miejsce startu trochę późno. Dlatego rozgrzewka była bardzo szybka – niecały kilometr truchtu, jakieś wymachy, podskoki, krążenia ramion, etc. Dalej rytuał przedstartowy wyglądał jak zwykle na parkrunie – instrukcja dla debiutantów, ustawienie na linii startu, odliczanie i ruszamy!
Uformowała się dziesięcioosobowa grupka. Rzuciłem w powietrze głośne pytanie „Kto na dwadzieścia minut?”, a w odpowiedzi cisza. Jeden chłopak po chwili odkrzyknął, że owszem, ale został zbesztany przez swoich kolegów, że bardziej na dwadzieścia jeden i żeby zwolnił. Do przodu wyrwał człowiek w kominiarce, którego kojarzyłem ze zdjęć publikowanych na parkrunowym profilu na FB. Bałem się, że nie wytrzymam tempa, bo on zawsze plasował się wysoko w czołówce (przynajmniej według wspomnianych facebookowych fotek). Postanowiłem jednak zaryzykować i się go uczepić jak rzep psiego ogona. Z biegu na tempo przeszedłem w tryb biegu na określoną pozycję. Chciałem uplasować się na podium, więc taktyka brzmiała – ile dam radę, tyle pociągnę i w razie kryzysu odpuszczę.
W drugiej części biegu zorientowałem się, że z życiówki nici, biegniemy po cztery minuty na kilometr, a to tempo jest dla mnie zadziwiająco łagodne. Tysiąc dwieście metrów do mety postanowiłem dać zmianę. Szarpnąłem, to fakt, ale nie jakoś znacząco. A odgłosu tupania rywala i jego oddechu nie słyszałem. Obróciłem się, żeby skontrolować sytuację i oczom własnym nie wierzyłem. Trzydzieści metrów przewagi. Nie zmarnowałem jej, a nawet powiększyłem. Na metę wpadłem niezagrożony z czasem 19:44. Kilka razy miałem okazję stać na podium w małych, lokalnych biegach. Lubię to uczucie i cieszę się, że tak mogłem rozpocząć wiosenny sezon startowy.

Gdzie ja jestem treningowo?
Odpowiedź jest prosta. We właściwym miejscu, we właściwym czasie! Po zaledwie dziesięciu tygodniach regularnego treningu jestem w stanie zbliżyć się do życiówki na osiem sekund. Gdybym zdecydował się na atak około trzysta metrów wcześniej, to nie miałbym problemu z ustanowieniem nowego personal best.
Siła i sprawność ogólna są na poziomie więcej niż satysfakcjonującym. Pompki robione codziennie przez cały styczeń i wkomponowane w plan od lutego brzuszki sprawiły, że po raz pierwszy od dawna góra była stabilna przez cały wyścig. Następnego dnia nie bolały mnie plecy. Nie czułem najmniejszego nawet dyskomfortu na całej długości kręgosłupa! Odkryłem wreszcie sens męczenia się co wieczór nudnymi powtórzeniami ćwiczeń siłowych.
Wytrzymałość też jest w porządku – tempo cztery minuty na kilometr było komfortowe i myślę, że do zniesienia dłużej niż przez pięć kilometrów. Ten element jest i tak ćwiczony w treningu przez cały czas, więc o jego poprawę jestem spokojny.
Na pewno muszę jeszcze popracować nad dynamiką, „świeżością”. Każdy krok, mimo iż poprawny technicznie, to wykonywany był ciężko. Brakowało mi tego specyficznego luzu. Czułem się bardziej jak galopujący nosorożec, niż kłusująca gazela.

Przede mną jeszcze pięć startów rozciągniętych w czasie od marca do czerwca – trzy dyszki i dwa półmaratony. Na tych dystansach będę już walczył tylko i wyłącznie z samym sobą o życiówki.