Chciało mi się płakać

Żona budzi mnie o 6. Wstaję. Idę do łazienki. Potem wc. Włączyłem kompa i spojrzałem chwilę na relację z Mistrzostw Świata w Pekinie. 6:20. Czas się zbierać. Jakoś tak inaczej, bo nie miałem stresu. Nie biegałem co chwilę do kibla. Sraczki nie było, jakaś taka swoboda. A przez ostatnimi zawodami w czerwcu co chwilę na kibel latałem.
Zabraliśmy jeszcze mojego brata i ruszamy w drogę. W Wałbrzychu byliśmy ok. 9.30. Idealnie. Zaparkowaliśmy blisko hali i poszliśmy po pakiety. Większość już chyba je odebrała, bo przy stolikach praktycznie pusto było. Pakiet odebrałem, kupon na Toyotę wypełniłem, poczekałem na żonę i brata, i poszliśmy do samochodu zostawić pakiety i się przebrać. A potem poszliśmy na Rynek, na start. Tam jeszcze skorzystaliśmy z toitoia. Była 10.30, więc posiedzieliśmy chwilę, przeczekaliśmy i ok. 10.40 poszliśmy się rozgrzać. A rozgrzewka była krótka. Bardzo luźny, swobodny trucht i 2 przebieżki. Poszliśmy na start, a tam już był tłum. Ciężko było się przecisnąć. Oczywiście chciałem iść do przodu. Spotkałem znajomego, chwilę pogadaliśmy i nagle słyszę, że zmiana planów. Start biegu na 7km i 21km jest wspólny. Szukam żony, ale nie mogę jej znaleźć. Chciałem ją poprowadzić. No ale trudno. Wracam na początek. Zaraz zaczęło się odliczanie i ruszyli pierwsi zawodnicy. Ja w sumie po chwili, jakieś 10 sekund. Na początku było wąsko, co trochę blokowało, ale tragedii nie było. Tłum, jak to tłum, ruszył bardzo szybko. Zaczęli mnie wyprzedzać, ale ja się zawsze trzymam swojego tempa i szczególnie na początku patrzę na zegar. Pierwszy kilometr wpadł w 4:09. 2-3kilometr to podbieg i czasy wyszły tutaj nieco wolniejsze. Od początku biegnie mi się bardzo swobodnie, lekko. Wypatruję jeszcze żony, ale jej nie widzę. 4 i 5 kilometr to znów fajnie, szybkie, ale swobodne tempo. Jednak zawody a trening to całkiem co innego. Zawsze mnie fascynuje ta różnica. Na treningach spinam się, pocę, a na zawodach biegnę sobie luźno takim samym tempem.
Staram się podpinać co jakiś czas pod kogoś albo z kimś biec, jeśli biegnie moim tempem. Tak jest łatwiej. Szczególnie na podbiegach. Pierwsze kółko – 7km wg Garmina – 30:05. Wg datasport 7.032 km – 30:21.
W którymś momencie na drugiej pętli zaczął lekko padać deszcz. Nawet nie pamiętam dokładnie kiedy. Zrobiło się nieco ślisko miejscami na kostce brukowej. Albo miałem takie wrażenie. Dalej czuję luz, swobodę i cieszenie się biegiem. Pełna kontrola. Zerkam na zegar, który pokazuje bardzo fajne czasy. Jestem mocno zaskoczony, że na takiej trasie, na podbiegach mam takie dobre tempo. Po 10km coś mi się popieprzyło. Jakąś taką radość i energię czułem, że mi się przez chwilę ubzdurało, że zaraz koniec, a mi się tak fajnie biegnie. Dobrze, że zaraz pokapowałem, że to dopiero 10,30km czyli dopiero połowa. Bo chyba bym poleciał ja głupi do mety.
Druga pętla zakończona. 14km wg Garmina – 59:43. Wg datasport 59:36. Nawet nie jestem tego świadomy w tym momencie. Po prostu biegnę. Dowiaduję się po biegu, że gdzieś tam żona mi mocno kibicowała w tym miejscu, ale w ogóle o tym nie wiem. Nie dotarło to do mnie. Tylu kibiców, tyle ludzi, że ciężko wyłapać konkretną osobę w tłumie. Przybijam ludziom piątki. Tym dużym i małym, i biegnę dalej. Wtedy patrzę na zegar i uświadamiam sobie, że to jest bieg na rekord. Że ja tu mogę złamać 1:30. Ale nie podjarałem się. Biegnę dalej dobrym, swobodnym tempem. Powoli się przesuwam na przód. Rezerwy zostawiam jednak na koniec. Tam zamierzam uderzyć końcówkę. Podpiąłem się pod jednego gościa, ale mnie irytowało jego zabieganie mi drogi w niektórych momentach. Odczepiam się od niego. Podpinam się pod grupę kilku chłopaków. Jednak i ich wyprzedzam. Podpinam się pod jakiegoś gościa. Biegnie fajnym tempem, bo jeszcze mnie ciągnie. Elegancko. Zostawiam go jednak na kilka kroków, bo pod górkę był dla mnie za szybki. Stwierdziłem, że nie ma sensu lecieć podbiegu tak szybko.
19km. Garmin pokazuje 1:20:49, datasport – 01:19:43.
Tutaj wspomnę, że od jakiegoś czasu co jakiś czas uciskałem prawą stronę brzucha. Pojawiał mi się lekki ból, ale jak ucisnąłem, to mogłem biec. I wtedy wydarzyła się dla mnie tragedia Zostało ok. 1,5km do mety. Nie wiem, 1400m, 1300? Nagle mnie ścięło. Tak mnie kolka chwyciła, że mnie zatrzymało. Okropny, wielki ból. Nie mogłem nawet normalnie iść. Próbowałem truchtać, ale nie byłem w stanie więcej niż kilka metrów. Popatrzyłem na zegar. No i się załamałem. Płakać mi się chciało, że tak dobrze wszystko szło, że zostało mi sporo sił, że z nogami wszystko jest dobrze, że oddycham fajnie. A tu taka dupa. No tragedia normalnie. Tak mi było smutno, przykro, że naprawdę myślałem, że się popłaczę. Tak blisko, a tak daleko. Na zegarze 1h:24 i już wiedziałem, że nie dam rady. No ale tak mnie napieprza, tak ściska, że ledwo się toczę. Z grymasem na twarzy, ze smutkiem, ale walczę. Uciskam, zginam, idę, podbiegam, idę, truchtam. Boli, napieprza. Dlaczego?! Dlaczego w takim momencie? Dlaczego w ogóle mam tę kolkę?! Jest, w końcu doczołgałem się do mety.
Garmin pokazuje 1:34:22, datasport 01:34:14.
Ostatnie 2 kilometry to wg Garmina 5:16 i 9:05 Data sport pokazuje, że od 19km do mety przebiegłem w 14 i pół minuty. Dramat.
Dostaję medal, butelkę z wodą, widzę żonę i brata. Idę powoli na ławkę. Tam trochę siedzę i przeżywam to, co się stało. Dalej boli.
Po jakimś czasie idziemy na dekorację. Żona była 5. wśród kobiet na 7km, więc z tego się cieszę. Jest radość chociaż w tym momencie. Dekorowali 6 miejsc, więc i ona dostała kilka rzeczy.

Dziś smutek i cierpienie łączy się u mnie z zadowoleniem, że te wszystkie treningi miały sens. Że mam moc na zrobienie fajnego czasu. Jakoś tak lżej w sumie mi przyjąć to co się stało, bo ten bieg był treningowy. Ten główny będzie za 3 tygodnie. Chcę żeby wtedy wszystko już zagrało. Takie mam życzenie.

A już w niedzielę będę biegł dychę. Akurat w moje urodziny. Boże i świecie, mam życzenie, żeby wszystko u mnie było dobrze tego dnia. Taki prezent urodzinowy poproszę.

Później poszukam siebie na zdjęciach. Jak znajdę, to wrzucę.

Jeszcze sobie wczoraj przed spaniem analizowałem poniższe czasy. Porównałem ze znajomym. na 19km go dogoniłem i miałem 10s. przewagi. On zrobił 1:28:06. Mogłem nawet wykręcić 1:27:xx.

Jeszcze żeby zobrazować bieg. Czasy i miejsca na kolejnych kilometrach
polmaraton_walbrzych

A tu z Garmina
polmaraton_walbrzych_czasy

Chciało mi się płakać

Żona budzi mnie o 6. Wstaję. Idę do łazienki. Potem wc. Włączyłem kompa i spojrzałem chwilę na relację z Mistrzostw Świata w Pekinie. 6:20. Czas się zbierać. Jakoś tak inaczej, bo nie miałem stresu. Nie biegałem co chwilę do kibla. Sraczki nie było, jakaś taka swoboda. A przez ostatnimi zawodami w czerwcu co chwilę na kibel latałem.
Zabraliśmy jeszcze mojego brata i ruszamy w drogę. W Wałbrzychu byliśmy ok. 9.30. Idealnie. Zaparkowaliśmy blisko hali i poszliśmy po pakiety. Większość już chyba je odebrała, bo przy stolikach praktycznie pusto było. Pakiet odebrałem, kupon na Toyotę wypełniłem, poczekałem na żonę i brata, i poszliśmy do samochodu zostawić pakiety i się przebrać. A potem poszliśmy na Rynek, na start. Tam jeszcze skorzystaliśmy z toitoia. Była 10.30, więc posiedzieliśmy chwilę, przeczekaliśmy i ok. 10.40 poszliśmy się rozgrzać. A rozgrzewka była krótka. Bardzo luźny, swobodny trucht i 2 przebieżki. Poszliśmy na start, a tam już był tłum. Ciężko było się przecisnąć. Oczywiście chciałem iść do przodu. Spotkałem znajomego, chwilę pogadaliśmy i nagle słyszę, że zmiana planów. Start biegu na 7km i 21km jest wspólny. Szukam żony, ale nie mogę jej znaleźć. Chciałem ją poprowadzić. No ale trudno. Wracam na początek. Zaraz zaczęło się odliczanie i ruszyli pierwsi zawodnicy. Ja w sumie po chwili, jakieś 10 sekund. Na początku było wąsko, co trochę blokowało, ale tragedii nie było. Tłum, jak to tłum, ruszył bardzo szybko. Zaczęli mnie wyprzedzać, ale ja się zawsze trzymam swojego tempa i szczególnie na początku patrzę na zegar. Pierwszy kilometr wpadł w 4:09. 2-3kilometr to podbieg i czasy wyszły tutaj nieco wolniejsze. Od początku biegnie mi się bardzo swobodnie, lekko. Wypatruję jeszcze żony, ale jej nie widzę. 4 i 5 kilometr to znów fajnie, szybkie, ale swobodne tempo. Jednak zawody a trening to całkiem co innego. Zawsze mnie fascynuje ta różnica. Na treningach spinam się, pocę, a na zawodach biegnę sobie luźno takim samym tempem.
Staram się podpinać co jakiś czas pod kogoś albo z kimś biec, jeśli biegnie moim tempem. Tak jest łatwiej. Szczególnie na podbiegach. Pierwsze kółko – 7km wg Garmina – 30:05. Wg datasport 7.032 km – 30:21.
W którymś momencie na drugiej pętli zaczął lekko padać deszcz. Nawet nie pamiętam dokładnie kiedy. Zrobiło się nieco ślisko miejscami na kostce brukowej. Albo miałem takie wrażenie. Dalej czuję luz, swobodę i cieszenie się biegiem. Pełna kontrola. Zerkam na zegar, który pokazuje bardzo fajne czasy. Jestem mocno zaskoczony, że na takiej trasie, na podbiegach mam takie dobre tempo. Po 10km coś mi się popieprzyło. Jakąś taką radość i energię czułem, że mi się przez chwilę ubzdurało, że zaraz koniec, a mi się tak fajnie biegnie. Dobrze, że zaraz pokapowałem, że to dopiero 10,30km czyli dopiero połowa. Bo chyba bym poleciał ja głupi do mety.
Druga pętla zakończona. 14km wg Garmina – 59:43. Wg datasport 59:36. Nawet nie jestem tego świadomy w tym momencie. Po prostu biegnę. Dowiaduję się po biegu, że gdzieś tam żona mi mocno kibicowała w tym miejscu, ale w ogóle o tym nie wiem. Nie dotarło to do mnie. Tylu kibiców, tyle ludzi, że ciężko wyłapać konkretną osobę w tłumie. Przybijam ludziom piątki. Tym dużym i małym, i biegnę dalej. Wtedy patrzę na zegar i uświadamiam sobie, że to jest bieg na rekord. Że ja tu mogę złamać 1:30. Ale nie podjarałem się. Biegnę dalej dobrym, swobodnym tempem. Powoli się przesuwam na przód. Rezerwy zostawiam jednak na koniec. Tam zamierzam uderzyć końcówkę. Podpiąłem się pod jednego gościa, ale mnie irytowało jego zabieganie mi drogi w niektórych momentach. Odczepiam się od niego. Podpinam się pod grupę kilku chłopaków. Jednak i ich wyprzedzam. Podpinam się pod jakiegoś gościa. Biegnie fajnym tempem, bo jeszcze mnie ciągnie. Elegancko. Zostawiam go jednak na kilka kroków, bo pod górkę był dla mnie za szybki. Stwierdziłem, że nie ma sensu lecieć podbiegu tak szybko.
19km. Garmin pokazuje 1:20:49, datasport – 01:19:43.
Tutaj wspomnę, że od jakiegoś czasu co jakiś czas uciskałem prawą stronę brzucha. Pojawiał mi się lekki ból, ale jak ucisnąłem, to mogłem biec. I wtedy wydarzyła się dla mnie tragedia Zostało ok. 1,5km do mety. Nie wiem, 1400m, 1300? Nagle mnie ścięło. Tak mnie kolka chwyciła, że mnie zatrzymało. Okropny, wielki ból. Nie mogłem nawet normalnie iść. Próbowałem truchtać, ale nie byłem w stanie więcej niż kilka metrów. Popatrzyłem na zegar. No i się załamałem. Płakać mi się chciało, że tak dobrze wszystko szło, że zostało mi sporo sił, że z nogami wszystko jest dobrze, że oddycham fajnie. A tu taka dupa. No tragedia normalnie. Tak mi było smutno, przykro, że naprawdę myślałem, że się popłaczę. Tak blisko, a tak daleko. Na zegarze 1h:24 i już wiedziałem, że nie dam rady. No ale tak mnie napieprza, tak ściska, że ledwo się toczę. Z grymasem na twarzy, ze smutkiem, ale walczę. Uciskam, zginam, idę, podbiegam, idę, truchtam. Boli, napieprza. Dlaczego?! Dlaczego w takim momencie? Dlaczego w ogóle mam tę kolkę?! Jest, w końcu doczołgałem się do mety.
Garmin pokazuje 1:34:22, datasport 01:34:14.
Ostatnie 2 kilometry to wg Garmina 5:16 i 9:05 Data sport pokazuje, że od 19km do mety przebiegłem w 14 i pół minuty. Dramat.
Dostaję medal, butelkę z wodą, widzę żonę i brata. Idę powoli na ławkę. Tam trochę siedzę i przeżywam to, co się stało. Dalej boli.
Po jakimś czasie idziemy na dekorację. Żona była 5. wśród kobiet na 7km, więc z tego się cieszę. Jest radość chociaż w tym momencie. Dekorowali 6 miejsc, więc i ona dostała kilka rzeczy.

Dziś smutek i cierpienie łączy się u mnie z zadowoleniem, że te wszystkie treningi miały sens. Że mam moc na zrobienie fajnego czasu. Jakoś tak lżej w sumie mi przyjąć to co się stało, bo ten bieg był treningowy. Ten główny będzie za 3 tygodnie. Chcę żeby wtedy wszystko już zagrało. Takie mam życzenie.

A już w niedzielę będę biegł dychę. Akurat w moje urodziny. Boże i świecie, mam życzenie, żeby wszystko u mnie było dobrze tego dnia. Taki prezent urodzinowy poproszę.

Później poszukam siebie na zdjęciach. Jak znajdę, to wrzucę.

Jeszcze sobie wczoraj przed spaniem analizowałem poniższe czasy. Porównałem ze znajomym. na 19km go dogoniłem i miałem 10s. przewagi. On zrobił 1:28:06. Mogłem nawet wykręcić 1:27:xx.

Jeszcze żeby zobrazować bieg. Czasy i miejsca na kolejnych kilometrach
polmaraton_walbrzych

A tu z Garmina
polmaraton_walbrzych_czasy

© 2017 Bieglog — PLATFORMA BIEGOWA

Do góry ↑