Moja obserwacja
Zupełnie nie odczułem przypływu nowych biegaczy związanego z sezonem „nowy rok – nowy ja”. Może to kwestia ścieżek, które sobie obrałem na początku stycznia? Może kwestia pory moich treningów? Bo kto normalny biega w weekendy przed siódmą rano? Może minęła moda na bieganie? Może ludzie nie wierzą w realizację postanowień noworocznych? A może to zima i związane z nią mrozy zatrzymały ludzi w domach?
Dla mnie, wliczając starty juniorskie na bieżni, to już dwunasty sezon przygotowań do wiosny. Jak dotąd jeden z najprzyjemniejszych, bo wróciła radość z biegania. Nawet w trudnych warunkach atmosferycznych.

Co w treningu?
Minęła już jedna trzecia stycznia! Czas więc pochwalić się przebiegiem treningu w tym czasie.
Pierwszy tydzień stał pod znakiem dłuższych i szybszych niż dotąd wybiegań. Udało mi się również wpleść dwie sesje fartlek, które okazały się świetnym rozwiązaniem, pozwalającym na podtrzymanie dynamiki na zaśnieżonych ścieżkach. Dodatkowo odpoczęła moja głowa! Nie skupiałem się na tempie, tylko na samopoczuciu i intensywności. Poruszałem się po losowo wybranych parkowych duktach, często w ostatniej chwili decydując się na zmianę kierunku biegu. Odkryłem na nowo, w pełni, co oznacza bawić się bieganiem. Po powrocie do domu i ściągnięciu danych z GPS (w obu przypadkach) okazało się, że tempo odcinków było zaskakująco szybkie. To utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że dokonałem dobrego wyboru decydując się na ten akcent.
Niestety w mojej okolicy pojawiła się na drogach szklanka, a na chodnikach nierówna, śnieżno-lodowa breja. W związku z tym, sobotni trening, który miał być klasycznym biegiem z narastającą prędkością, po rozgrzewce okazał się sześciokilometrową walką o utrzymanie równowagi. Przynajmniej w przyzwoitym czasie, biorąc pod uwagę nawierzchnię z jaką przyszło mi się zmagać. Wczoraj zrobiłem luźny bieg wzdłuż Ślęzy, zakończony sesją ogólnorozwojową na siłowni „pod chmurką” w Parku Tysiąclecia.
O czym warto wspomnieć, to fakt, że nie pominąłem żadnego dnia w wyzwaniu tysiąca pompek. Liczę, że mogę ich zrobić nawet tysiąc dwieście. Niby w ciągu miesiąca to niewiele, ale podkreślę – lepsze to niż okrągłe zero!

2016-01-01 11km (5:09/km)
2016-01-02 3km (5:37) + fartlek 9km – 11×2’/2′ (całość 5:09/km, odcinki 4:20/km)
2016-01-03 10km (4:57/km)
2016-01-04 ODPOCZYNEK
2016-01-05 10km (5:06/km)
2016-01-06 3km (5:34) + fartlek 8km – 3x(3’/3′-2’/2′-1’/1′) (całość 4:52/km, odcinki 4:07/km)
2016-01-07 10km (5:16/km)
2016-01-08 ODPOCZYNEK
2016-01-09 4km (5:27/km) + 6km (4:21/km)
2016-01-10 8km (5:18/km) + 20min ćwiczenia sprawności ogólnej i siły

Co dalej?
Chciałbym, żeby dało się mój trening przeprowadzić w zapętlającym się, tygodniowym cyklu. Pozwoliłoby mi to do końca miesiąca rozwijać się równomiernie, we wszystkich aspektach biegowego rzemiosła. Marzy mi się realizacja takiego planu:
PN – wolne
WT – bieg spokojny + ćwiczenia sprawności ogólnej i siły
ŚR – bieg z narastającą prędkością (4-4-2)
CZ – bieg spokojny + przebieżki i plyometria
PT – wolne
SO – fartlek
ND – bieg spokojny + ćwiczenia sprawności ogólnej i siły

Tylko czy pogoda na to pozwoli? Najwyżej będzie się trzeba dostosować, jak dotychczas. Bylebym nie wymiękł jak sezonowcy.