W charakterze przerywnika między opisami treningów postanowiłem dokonać retrospekcji.

Moja kariera biegacza jest dość krótka. Co niestety nie znaczy, że nie miałem okazji do nauki na własnych błędach.

Pierwsze moje biegania miały miejsce około 8 lat wstecz. Bodźcem, jak w wielu przypadkach, okazała się waga. Startowałem z pułapu 84kg. Nie miałem, żadnego przygotowania teoretycznego, żadnego sprzętu. Najzwyklej w świecie poszedłem na żywioł. Założyłem na grzbiet jakiś bazarowy dres, na nogi trampki (!) i ruszyłem w las. Początkowo, kiedy więcej maszerowałem, niż biegałem (a biegałem z pięty), nie było problemów. Problem pojawił się kiedy w trakcie, któregoś z rzędu, biegu zacząłem odczuwać ból kolan. Oczywiście sygnały zbagatelizowałem i bieg dokończyłem. Kolejnych kilka tygodni przekuśtykałem na sztywnych nogach, ponieważ miałem spore problemy ze gięciem nóg w kolanach. Na wizytę u ortopedy się nie zdecydowałem.

Nauczony pierwszymi błędami, doświadczonymi na własnej skórze, zakupiłem buty z lepszą amortyzacją niż posiadały trampki. Kupiłem oczywiście ‚bazarowe’ buty sportowe. Ich jedyną zaletą była gruba podeszwa z pianki. Niemniej posłużyły mi przez pół roku. W tym czasie udało mi się zgubić sporo kilogramów i wypracować niezłą kondycję.

Biegałem praktycznie codziennie, niezależnie od pogody, na dystansie 6 – 7 km. W weekendy wydłużałem dystans do 10-12 km. Oczywiście treningów (czy też właściwiej należałoby powiedzieć – biegów) nie różnicowałem. Wychodziłem z domu, biegłem na tyle na ile się czułem i po powrocie porównywałem czas z poprzednimi biegami. Jeżeli na tej samej pętli czas był lepszy, uważałem że jest progres :)

W międzyczasie dołożyłem 2 godziny siatkówki i godzinę basenu tygodniowo. W dzień z siatkówką rezygnowałem z biegania.

Prawdziwy przełom nastąpił przypadkowo. Będąc w jakiejś sieci handlowej kupiłem sobie nowe buty. Oczywiście, nie były to buty dedykowane do biegania. Były to jakieś tanie Adidasy na podeszwie adiprene. Z wyglądu były to zwykłe trampki, z siateczkowym wierzchem, wyróżniała je jednak, od tradycyjnych trampków, bardzo gruba i sprężysta podeszwa. Drop w tych butach był bardzo mały, a przynajmniej z perspektywy czasu tak mi się wydaje.

Po kilku biegach dość spontanicznie i automatycznie, przeszedłem do biegania ze śródstopia, choć wtedy nie miałem o tym pojęcia. W butach tych przebiegałem praktycznie do końca mojej pierwszej przygody z bieganiem.

Moje biegowe wyposażenie składało się z jednej pary butów na raz, dresu, bawełnianych podkoszulków i t-shirtów, zwykłej wiatrówki oraz prostego zegarka Timex Ironman, którym łapałem czasy odcinków.

W pewnym momencie w moim życiu pojawiło się dziecko, zmieniłem pracę, pojawiło się drugie dziecko i bieganie odeszło w niebyt. Na sześć długich lat.