Wiosny!

16.04 – 10,5km – 5:39 min/km

Bieg bez historii, z lekko narastającym tempem, bo jakoś ciężko mi było się rozkręcić i zaczynałam od czegoś rzędu ~5:50. Samopoczucie w porządku, ale tym cholerstwem, które męczyło mnie dwa tygodnie, zdążyłam zarazić dwie osoby.

Pakiet na dychę odebrany. Jak wychodziłam ze sklepu, padał śnieg. Cholernie zimno. Niby biegowo pogoda niezła – mogłoby może tylko trochę mniej wiać – ale kurde, mogłaby już być wiosna. Co z tego, że nas w tym roku nie zasypało, ani nie przemroziło specjalnie, skoro 5 stopni jest pd września do maja. Można mieć dość.

c.d.n.

Ten wpis powinien pojawić się już dobrych parę dni temu, właściwie powstał w weekend, ale logowanie padło (do tej pory szwankuje), więc nie bardzo dało radę cokolwiek dodać.


 

Minęło trochę czasu, głowa ochłonęła. Czas zebrać parę rzeczy do kupy, podsumować, zamknąć rozdział zatytułowany „10. PZU Półmaraton Warszawski”, otrzepać się i… wziąć za nowe plany.

Przygotowania trwały 18 tygodni, z grubsza podzielonych na cztery danielsowskie fazy w stosunku 4-4-6-4. Najbardziej popłynęłam w trzeciej, kiedy to dorzuciłam nieco tempa HM i T10, ale poza tym raczej trzymałam się założeń.

Listopad – 60km (9 dni)

Grudzień – 237km

Styczeń – 252km

luty – 226km

marzec – 236km

W sumie 1011km, dające średnio 56km tygodniowo. Nawet myślałam, że średnia wyjdzie wyższa, ale tygodnie ze startami z pewnością ją zaniżyły. Dobrze, wygląda to jakbym biegała wcale nie tak dużo. ;) Liczba dni treningowych w tygodniu – na zmianę cztery i pięć. Do tego dwa razy w tygodniu trochę ćwiczeń (z regularnością bywało kiepsko w okolicach zawodów) i parę razy basen. Ogólnie raczej się nie przemęczałam rzeczami innymi niż bieganie, sesje trwały 20-30 minut.

Odczucia? Za długi cykl. Nawet odejmując pierwsze cztery tygodnie spokojnego człapania, zostaje 14 tygodni solidnego biegania. Niby to normalna długość planu treningowego, ale dla mnie takie coś jest męczące psychicznie i fizycznie również – przełom lutego i marca był bardzo ciężki. Na przyszłość wydłużyłabym roztrenowanie i okres bazy, tak aby część właściwa trwała 10-12 tygodni. Nie wiem, czy można to już nazwać regułą, bo na wynik wpływa rzecz jasna mnóstwo różnych czynników, ale sierpniowe połówki, robione po 8-10 tygodniach latania wychodziły mi o wiele lepiej, czułam się świeższa. Zamierzam to zresztą sprawdzić jeszcze raz, ale o tym później.

Duże zróżnicowanie temp u Danielsa zdecydowanie mi się podobało i nawet jeśli nie będę korzystać stricte z planu, to pojedyncze treningi biegane na tempach z książki na pewno zostaną.

Tydzień po starcie, zgodnie z kanonem szkoły nie tylko amerykańskiej, to same spokojne biegi. Miałam czas, żeby pomyśleć, co dalej. I coś tam wymyśliłam. Po pierwsze, dociągnę do lubelskiej dychy 19.04 i może spróbuję tam coś urwać z życiówki. Kiepsko mi idzie ten dystans, ale chyba jedynym sposobem na zmniejszenie znacznego spadku tempa na 6-8km jakie mnie trapi, jest… po prostu startowanie. Wystartuję więc. Priorytetem będzie trzymanie równego tempa i nie zjechanie z niego na 6-8km. Jak dotąd nie miałam dychy, na której choć jeden kilometr nie zająłby więcej niż 4:40 (chyba nawet 4:45 to było ostatnio) i chciałabym to zmienić. Zresztą, jeżeli w ciągu lata nie trafię na jakąś tanią dychę w okolicy, to kolejne zawody na tym dystansie będą zapewne we wrześniu – trzeba więc wykorzystać okazję. Potem będzie weekend majowy, kiedy zapewne pojadę w góry, a potem Maraton Lubelski i do tego momentu – czyli przez trzy tygodnie – zamierzam biegać, albo nie. Na pewno niedużo, może z tydzień w ogóle, takie pół-roztrenowanie. Nie czuję potrzeby robienia jakiejś wielkiej przerwy, ale trochę biegania bez celu mi się przyda. To będzie odpoczynek głównie dla głowy. W Lublinie tradycyjnie – na ukończenie, a potem spróbuję trochę podciągnąć szybkość pod 5km na Ursynowie w połowie czerwca. Później 8-10 tygodni pod połówkę na koniec sierpnia – zgodnie z tym, o czym pisałam wcześniej. Czyli, innymi słowy, do połowy czerwca szykuje się mniej biegania jeśli chodzi o ilość, ale pobawię się różnymi szybszymi akcentami, w objętość i fantastyczne ciągłe w tempie HM wchodząc dopiero w lipcu. Liczbami rzucać nie będę, bo trudno mi cokolwiek przewidzieć. Schemat w każdym razie sprawdził się rok temu – może sprawdzi się i teraz.

Do dnia dzisiejszego zdążyłam zresztą coś tam nabiegać, ale dla porządku zrobię o tym osobny wpis.

em gie er i en żet

17.03 – 9,2km – BS 5:42 min/km

18.03

Obrona pracy magisterskiej. Poszło bezproblemowo, udało mi się nawet załapać na piątkę na koniec studiów. I tak oto jestem mgr inż. W tym semestrze byłam jedyną lub jedną z dwóch kobiet broniących się w moim instytucie – ale przez te lata już przyzwyczaiłam się do bycia w znacznej mniejszości. Z perspektywy czasu stwierdzam, że wybrałam sobie drogę studiów trudną, ale przynajmniej wartościową.
Nie da się ukryć, że studia to dobry czas, ale dobrze jest też ruszyć do przodu. Coś się kończy, coś się zaczyna.

A po obronie poszliśmy na tempówki.

Serio, wybieganie napięcia wydawało się sensownym pomysłem. Planowałam zrobić pół-akcent 6x1km P/HM na przerwie 1min, ale w sumie nie wyszło do końca jak trzeba. Kolejne czasy: 4:44, 4:37, 4:36, 4:42, 4:35, 4:38. Pierwsze i czwarte pod wiatr. Dziwnie się biegało, bo wydawało mi się, że ledwo nogami przebieram i lecę może po 4:50, a w sumie wychodziło dużo szybciej. Czucie tempa jakoś nie było wczoraj moją mocną stroną.
Po biegu ćwiczenia, ale już tylko na górę – nogom dałam spokój.

19.03 – 9,1km – BS 5:40 min/km

Po południu w planach świętowanie magisterki poprzez opędzlowanie porządnego steka wołowego a wieczorem prawdopodobnie basen.

Kobiety a trening, czyli rzecz o egoizmie

Wtorkowy akcencik przeszedł na czwartek, co by dłużej odpocząć po weekendzie. Drugi akcent i tak planuję robić w ramach długiego biegu w niedzielę, więc szkody nie ma.

10.03 – 12km – 5:32 min/km – yyy, chyba jednak to 26km nie weszło w nogi tak bardzo jak się spodziewałam. Kajam się za to tempo.

12.03 – 11km – interwały progowe według wujka Danielsa: 2x10min p. 2min + 2x5min p. 1min. W praktyce znowu zamieniłam 10min na 2km i 5min na 1km, dwuminutowa przerwa zaś skróciła się jakoś do 1:45. Równe tempo wyszło, wszystkie powtórzenia 4:40/km +/-2s. Aż za lekko jakby…

W weekend zamierzam dowalić jeszcze raz czymś porządniejszym. Zastanawiałam się nad powtórką z 10km HM, ale chyba zdecyduję się na długie BNP, też rodem z książki: BS + M + HM, tak żeby całość trwała z półtorej godziny. Proporcje wyjdą w praniu.

Offtop – kobiety a trening, czyli rzecz o egoizmie

Ostatnio w komentarzach do tego bloga powstała krótka dyskusja na temat kobiecego biegania. Nie ulega wątpliwości, że kobiety rzadziej niż mężczyźni trenują i startują dla wyników, pozostając częściej przy bieganiu rekreacyjnym. Wystarczy spojrzeć na tytuły blogów w jednym i drugim dziale. Efekt jest taki, że biegając dychę w granicach 42-43 minut można już regularnie stawać na pudle. Można by wnioskować, że kobiety rzadziej są zainteresowane rywalizacją, ale chciałabym wysnuć inną teorię. Wszak mimo wszystko mało która z nas zaczynała od takiego poziomu, by od razu rywalizować z innymi – mimo wszystko najpierw trzeba trochę pomęczyć się samej i powalczyć z własnymi wynikami. Skupić się na sobie. Sumienny trening to rodzaj samodoskonalenia, a takie samodoskonalenie jest egoistyczne. Kobietom często brakuje egoizmu. Rzadziej mają jakieś pasje. Taka kultura – kobieta częściej poświęca się dla innych: rodziny, dzieci i w dużej mierze to z bycia dla innych czerpie satysfakcję. Wiele kobiet na pytanie, co najważniejszego w życiu osiągnęły odpowie, że dziecko. To tylko przykład rzecz jasna. Wiadomo, że świat się zmienia i kobieta nie jest już sprowadzona do roli matki, gospodyni i żony, ale efektów wieków takiego podejścia nie da się zniwelować w jedno pokolenie. Nie twierdzę rzecz jasna, że altruizm jest zły – sama lubię zrobić chłopakowi śniadanie – ale mam też własne życie i kiedy rano wracam z ciężkiego treningu, to tego śniadania nie robię – to jest mój egoizm. Potrzebny, a nierzadko zaniedbywany.
Wiem, że lecę po ogólnikach i stereotypach, ale to jedyny sposób, żeby w miarę krótko ująć temat, należy oczywiście przyjąć, że reguła nie stosuje się do wszystkich i gdyby bardziej zagłębić się w temat, to wyszłoby, że całość jest o wiele bardziej skomplikowana, a to co napisałam to w ogóle jedna z wielu przyczyn. Części pewnie po prostu się nie chce.

Zapraszam do dyskusji bądź gównoburzy.

© 2017 Bieglog — PLATFORMA BIEGOWA

Do góry ↑