Wczoraj wieczorem wybrałem się na wspólny trening z grupą znajomych. Jako że formuła jest całkowicie otwarta, to przychodzi coraz więcej osób. Wczoraj było ponad 30 o bardzo zróżnicowanym poziomie. Biegamy zazwyczaj po lesie z czołówkami po wąskich, relatywnie trudnych technicznie ścieżkach (m.in. trasa rowerowego crossu z hopkami i kładkami) to przy takiej liczbie osób nasza grupa bardzo się rozciągała. Skutkiem tego były ciągłe przystanki, by poczekać na wolniejszych. Realne tempo poruszania pewnie nie przekraczało 7min/km. Taki trening z sportowego punktu widzenia zbyt wielkiego sensu nie ma, ale jest za to bardzo fajnym wydarzeniem towarzyskim. :)

zdjęcie z wczoraj

zdjęcie z wczoraj

W pewnym momencie starciliśmy kontakt z naszą ok. 10 osobową ariergardą. Była z nimi dziewczyna, która zbezpieczała tył, która znała ten las, więc jakiegoś niebezpieczeństwa zgubienia nie było. Z Krzyśkiem G. odłączyliśmy się jednak  od głównej grupy i polecieliśmy ich szukać. To była chwila porządniejszego (szybszego i bez przerw) biegania. Udało się ich (a głównie je) odnaleźć i w miarę szybko połączyć obie grupy.

Tradycyjnie po biegu jemy ciasto w pomieszczeniach toruńskiego stadionu. Tym razem zrezygnowałem. Łyknąłem kubeczek gorącej herbaty, pożegnałem się i pobiegłem jeszcze do domu.

Przebieg treningu:

  • bieg cz.1
    – 13,5 km
    – vśr – 5’47/km
    – liczne przystanki
  • bieg cz. 2
    – 9,5 km
    – HRśr – 144 bpm (74%)
    – vś – 4’47/km

łącznie: 23 km, śr – 5’10/km

Cały wczorajszy dzień chodziłem jak zombie. Nie mogłem się obudzić. Nie pomógł nawet wieczorny trening, po którym od razu poszedłem spać. Jedynie w trakcie biegu czułem się przyzwoicie.