IV Dycha do Maratonu

Skończyło się jednak na starcie treningowym. Ciągle coś jest lekko nie tak z tym drogami oddechowymi i czuję to w wydolności. Niby wyraźnie lepiej, niż tydzień temu, ale nadal nie idealnie. Przywlokłam do domu wyjątkowe, grypopodobne paskudztwo, które zdaje się i tak przeszłam nieco lżej niż domownicy – jeśli człowiek nie jest w stanie umyć się za jednym zamachem, bo robi mu się słabo ze zmęczenia, to nie jest wesoło. U mnie przebieg nie był aż tak ostry, ale za to ciągnie się niczym polskie seriale.

Dotarłam do mety w 48:47min. Pierwsze kilometry na próbę nieco szybciej (~4:40), ale szybko doszłam do wniosku, że nie dam rady i nie ma sensu się męczyć. Od trzeciego, czy czwartego leciałam około 5 min/km. Ostatni kilometr przyspieszyłam na przewietrzenie – 4:34. Gdybym się wypruła na maksa, to może zrobiłabym dzisiaj 46:30-47:00, a taki wynik kompletnie mnie nie interesuje, wolałam oszczędzić organizm i pobiec na pół gwizdka. Poprzyglądałam się ludziom, pomachałam do zdjęć, podumałam, jak mogą się czuć chłopaki z forum po trzydziestym kilometrze maratonu, który powinni byli już minąć. Koszulki na mecie dawali, to musiałam się dotoczyć. ;) Pogoda lipna – silne podmuchy wiatru, deszcz, zimno jak cholera. Tak jakoś leniwie i mało optymistycznie – tym bardziej nie chciało mi się wysilać.

Na tym kończę wiosenne starty i z radością zaczynam okres odpoczynku. Będę pewnie biegać, ale niewiele. Muszę dać odpocząć głowie, bo nawet gdybym była dzisiaj w pełni zdrowa, to nie wiem, czy potrafiłabym się zmusić do walki. Majówkę planuję spędzić w Bieszczadach i dopiero po powrocie może zacznę coś kombinować. Blog przez ten czas prawdopodobnie też trochę przygaśnie, bo zwyczajnie nie będzie o czym pisać.

Tutaj mogłaby pojawić się jakaś motywacyjna fraza z gatunku „żeby wejść na wyższy szczyt, trzeba najpierw zejść na przełęcz”, ale może po prostu już skończę pisać. ;)

Po piątce

Ponarzekałam, pomarudziłam i swoje pobiegłam, czyli nic nowego. 22:17. Jest pudło: drugie w K20 (właściwie czwarte, ale tradycyjnie nagrody się nie dublują).

Rano okazało się, że nie czułam się najgorzej, a śnieg jednak przestał padać, to pomyślałam, że nie będę odpuszczać tego przetarcia. Tylko było cholernie zimno. 2,7km rozgrzewki nie rozgrzało mnie do końca, ale trzeba było już iść na start, żeby potem nie utknąć w tłumie gdzieś na końcu.

Trasa rozpoczynała się około 200m podbiegiem jakieś +15m – można więc było dojechać się na samym początku. Garmin szalał, kilometry lapowałam ręcznie na oznaczeniach – ufam organizatorom, W Lublinie zawsze wszystko się bardzo ładnie zgadzało. I tak, pierwszy i drugi kilometr weszły po 4:32 i 4:33. Po półtorej kilometra, kilku podbiegach i pięciu schodkach na końcu, wybiegłam na bardziej płaską prostą na Krakowskie Przedmieście, gdzie można było trochę odpocząć. Przeszkadzały w tym tylko podmuchy zimnego wiatru – to w twarz, to z boku. Trzeci kilometr – 4:21. Przełom trzeciego i czwartego to kręcenie się po starym mieście, kiepska nawierzchnia ze starej kostki brukowej, sporo zakrętów, znowu w górę i w dół. Potem z powrotem na prostą. Czwarty – 4:27. Cały czas pobolewał mnie brzuch, trochę przeszkadzało. A później końcówka. Będąc jeszcze na ulicy nie widziałam przed sobą żadnej kobiety, nie miałam jakoś motywacji na finisz. Ostatnie pół kilometra w parku to sekwencja zbieg – podbieg – zbieg. Jakaś kobitka wyprzedziła mnie na pierwszym zbiegu. Łyknęłam ją na podbiegu. Ona mnie, gdy zwolniłam na szczycie. A ja ją, kiedy puściłam nogi na zbiegu do mety. Więcej jej nie zobaczyłam – nie licząc „piątki” za metą i… dekoracji, bo zajęła trzecie miejsce w K20. Mnie przypadło drugie. Dostałam swój plastikowy pucharek. :)

 

WP_20150322_14_39_19_Pro

Jak na tę trasę, pogodę i moją dzisiejszą dyspozycję (czy też raczej niedyspozycję), to poszło super. Wynik zbliżony do życiówki (7s różnicy), którą uzyskałam w perfekcyjnych warunkach i na płaskiej trasie. Tu Garmin naliczył +54m. Ogólnie czułam, że o ile wydolnościowo z wiadomych względów było słabiej, niż mogło być, o tyle noga podawała. Nieśmiało skłaniam się ku stwierdzeniu, że może naparzanie wypadów, przysiadów, długich rytmów i czasem podbiegów coś dało.

Teraz do połówki same BS-y i ewentualnie przebieżki.

 

Setka w połówce – tydzień siedemnasty

Faza IV (3. tydzień fazy)

Dystans: ok. 45km w pięciu treningach

Ogólnorozwojówka: 2x15min + basen 500m

© 2017 Bieglog — PLATFORMA BIEGOWA

Do góry ↑