Krośnieńska dziesiątka czyli zawody na 10km w Krośnie Odrzańskim. Kameralna impreza zaplanowana na maks. 300 osób. Jeszcze przed samym półmaratonem w Wałbrzychu, czyli półtora miesiąca temu, szukałem zawodów na dychę. Pomyślałem, że skoro tyle trenuję, mam formę, to warto to sprawdzić w zawodach. Ogólnie jakoś mało dziesiątek biegałem do tej pory, bo tylko 4. Jedna na rok.

No i się zapisałem na dychę, a tu wyszedł tydzień z kolką i mecz w piątek. Po tym meczu w niedzielę rano miałem obolałe nogi. Tak to jest, jak się nie gra 2 miesiące. I jeszcze ten upał, który miał być. Chociaż rano aż tak bardzo go nie czułem. Wszystko to sprawiło, że nie miałem wielkich oczekiwań tego dnia.

Zaczęło się fajnie, bo miałem ze sobą kibiców. Żonę, córkę i rodziców. Lubię, jak ktoś mi kibicuje.
Zajechaliśmy do Krosna, odebrałem pakiet i poszliśmy szybko na start, bo miał być zaraz bieg dzieci. Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Ledwo tam doszliśmy, szybki zapis i podbieg na start. Córka przebiegła i czekaliśmy już na mój start o 11.
10:40 zacząłem rozgrzewkę. Powtórzyłem wariant z Wałbrzycha czyli bardzo spokojny bieg i 2 przebieżki. No a na początku rozgrzewki znów pojawiła się super kolka. I jak tu żyć, panie? Jak żyć?! Pouciskałem bolące miejsce. W ogóle żona mi przygotowała wodę z cytryną, nalała do bidonu i dała pas. Jej ta woda pomaga przy kolce. Wypiłem 2 łyki i też mi to miało pomóc. ~10:50 poszedłem na start. Ustawiłem się z przodu i czekałem. Tak wyglądała trasa:

krośnieńska dziesiątka

Na początek małą pętla i zaraz lecieliśmy główną trasą. Oczywiście na początku tłum ruszył bardzo szybko i trochę ludzi mnie wyprzedziło. A na zegarze wyświetla się tempo 3:50. Oj, dobrze jest mieć zegar i chłodną głowę na starcie. Na tej pętli przez jakieś 20s. mój Garmin się pogubił i włączył automatyczne zatrzymanie. To mnie trochę później zmyliło na trasie. Trudno. Pierwszy kilometr wyszedł 3:50. Pierwsze wyprzedzanie zacząłem już po pierwszym kilometrze. Niektórzy aż tak bardzo przedobrzyli start, niektórzy się reflektowali, że lecą za szybko. A ja cały czas kontrolowałem profil trasy, odczucia i tempo. Drugi kilometr 3:49.
Trzeci kilometr to już podbieg. Mijałem wtedy kolejne osoby, ale bez napinki. Po prostu trzymałem swoje tempo. 4. kilometr dalej podbieg. Dopiero wtedy do mnie doszły słowa ojca, który słuchał spikera, o górce i że trasa jest dosyć ciężka. Te kilometry pobiegłem w 4:02 i 4:01. Biegłem cały czas zachowawczo. Po pierwsze – negative split, po drugie bałem się kolki. No a chciałem przecież rekord zrobić. Wszystko więc musiało być dostrojone, dopasowane.
Piąty kilometr chyba było to trochę podbiegu, trochę zbiegu. Na połowie zegar pokazał mi 19:45. Wtedy pomyślałem, że polecę na 38 minut. Ale zapomniałem o tych 20 sekundach, kiedy mi się zegar zatrzymał. Także prawdziwy czas to był 20:05. O 30 s. wolniej niż przy poprzednich dychach.

6. km to znów podbieg. Pomyślałem wtedy, że chyba jednak rekordu nie będzie, jak ta trasa tak wygląda. Te podbiegi nie były chyba jakieś wielkie, ale jednak odczuwalne. Ten kilometr miałem najwolniejszy 4:06. Tak czy inaczej wyprzedziłem wtedy jednego gościa. Dało mi to kopa, bo na Parszywej 12 był on przede mną, a ja go mijałem z wielką łatwością i lekkością. Tak, miałem zapas sił i to mnie cieszyło.

Między 6 i 7 km. Zbliżyłem się do dwóch biegaczy, którzy są lepsi ode mnie. Jednego minąłem ~7. km. a drugiego chyba na 8. czy 8,5 km. Nie wiem czy ciężko oddychałem, czy człapałem w moich kapciach, ale jak się do nich zbliżałem, to się odwracali. Ten poprzedni też. Bo potu mego chyba aż tak nie było czuć ;)
7 i 8km. to tempo 3:54 i 3:50. Tak wtedy już nieco podkręciłem tempo. W głowie miałem jeszcze to, że 2/3 trasy za mną, a ja mam jeszcze sporo sił. To daje moc.

9. km to znów podbieg. Panie kochany, ile tego jeszcze. Myślałem, że tempo mi siadło, ale wyszło 3:54. No ale przecież jedna sobie o mnie przypomniała. Super kolka. Pojawiała się już lekko od 8km. Po 9. dawała się już bardziej we znaki. Uciskałem ją i jakoś biegłem. Na szczęście nie była jakaś mocna.

Ostatni kilometr był najszybszy – 3:44. Mimo że na zmęczeniu, z kolką i krętą trasą. Bo ostatnie kilkaset metrów to znów pętla i to jeszcze bardziej urozmaicona. Uciskałem już wtedy kolkę mocno i sobie mówię „Dobiegnę, choćby nie wiem co miało się dziać.” Gdzieś w tle słyszę, że dobiega 7. zawodnik. O kurna, jestem aż tak wysoko?! Już widzę metę, a mi krzyczą, że jeszcze mam skręcić i biec. O kurna, co to za zakręty. Od dawna nikogo z przodu nie widzę, do tyłu się nie obracałem, ale nikogo nie słyszę. Porobiłem te zakręty i widzę na przeciw siebie ludzi przy prostej do mety. Widzę rodzinę, zbliżam się, krzyczą do mnie, pokazuję im, że jest elegancko. Mam wtedy w sobie dumę, pewność siebie i radość. Ostatnia prosta, patrzę na zegar przy mecie 39:xx. Jeeeest meta. 39:25. Podbiegają córka, żona, mama. Radość, gratulacje. Pogratulował mi też gość, z którym biegłem trochę na początku. Miło. Idziemy na ławki, żeby usiąść. Córka mówi, że chce posiłek. Tak, ona to lubi najbardziej na zawodach. Z racji innej diety nigdy nie jem tych posiłków. Zawsze oddaję je żonie i córce.
Siadamy. Ojciec mi mówi, że byłem 12. O kurna, 12?! Aż tak wysoko? Aż tak dobrze pobiegłem? Ale się cieszyłem. 2 lata na to czekałem i w końcu mam. Zszedłem poniżej 40 minut. A czuję, że spokojnie jestem w stanie zrobić 38 minut. Ale to w październiku. Teraz cieszę się z wyniku. Taki prezent w dniu urodzin :)

krośnieńska dziesiątka czasy

krośnieńska 10 wyniki