Wielokrotnie podczas mojej biegowej przygody walczyłem z różnego rodzaju kontuzjami. W zasadzie trudno mi sobie przypomnieć czy kiedykolwiek udało mi się przebrnąć przez choćby jeden okres przygotowawczy bez urazu. Chyba nie.

Teraz, gdy nie biegam już na swoim dotychczasowym poziomie, a jedynie bawię się bieganiem sądziłem, że będzie inaczej. Nic bardziej mylnego. Ale po kolei…

Do regularnego biegania wróciłem w czerwcu. Zacząłem ruszać się 3-4 razy w tygodniu, czasami rzadziej. Biegałem niewiele, zazwyczaj w wolnym tempie, ale przynajmniej biegałem. Wystarczyło to do tego by po kilku tygodniach zwiększyć prędkość swobodnego biegu i co jakiś czas dorzucić jakiś mocniejszy akcent – najczęściej w postaci biegu z narastającą prędkością.

kilometraz

W ten spokojny sposób trenowałem przez czerwiec, lipiec, sierpień i wrzesień. W międzyczasie udało mi się wystartować w biegu na 5 km (Wielka Ursynowska – 4 września), w którym zająłem ósme miejsce z czasem 19:06. Zajęta pozycja i wynik bardzo mnie zaskoczyły, nie sądziłem, że będę w stanie pobiec tak szybko, tym bardziej, że na treningach nie rozwijałem takich prędkości. Byłem zadowolony i stwierdziłem, że to bardzo dobry prognostyk przed październikowym biegiem na 5 km w Kościerzynie (8 października). Planowałem tam uzyskać czas poniżej 19 minut i pewnie udałaby mi się tak sztuka, gdyby nie to, że na tydzień przed biegiem odniosłem kontuzję.

Po starcie w Warszawie miałem ambitny plan. Chciałem podkręcić śrubę i zrobić przed biegiem w Kościerzynie kilka mocnych akcentów. Z planów niewiele wyszło. Co prawda wciąż biegałem 3 razy w tygodniu, ale zazwyczaj były to tylko rozbiegania. Jedyny mocny trening wykonałem na tydzień przed zawodami. Razem z kolegą zrobiliśmy godzinny bieg z narastającą prędkością, który wypadł bardzo dobrze (ostatnie 5 km pokonałem w 19:26, co w kontekście łamania 19 minut na 5 km napawało optymizmem :) ), jednak po biegu czułem niewielki ból prawego ścięgna Achillesa.

Początkowo niewiele sobie z tego robiłem, jednak gdy ból nasilił się na kolejnym treningu czułem, że to coś poważnego. Mimo to nie traciłem wiary, zrobiłem dwa dni wolnego i ponownie spróbowałem wyjść na trening. Niestety ostatnie wyjście przed startem zakończyło się już po 1 km. Ból był nie do zniesienia i w zasadzie już wtedy wiedziałem, że z mojego weekendowego ścigania nic nie wyjdzie.

Ostatecznie w Kościerzynie wystartowałem, ale musiałem potraktować ten bieg wyłącznie na zaliczenie. Swoją drogą samo zaliczenie biegu było dla mnie wyzwaniem. Z każdym krokiem ból ścięgna był na tyle duży, że byłem bliski zejścia z trasy. Być może tak byłoby rozsądniej, ale nie chciałem dać się aż tak pokonać.

Teraz pora na leczenie. Robię sobie przerwę od biegania i mam nadzieję, że potrwa ona tylko kilka dni. Szkoda byłoby znów stracić motywację do biegania i przestać całkowicie się ruszać. Szkoda przede wszystkim formy, która już teraz była satysfakcjonująca.