Jasne, że nie wzięłam udziału w planowanym na początku roku Biegu 64 km na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Na szczęście udało mi się przepisać na Runek Run (17 km) i tym samym po ukończeniu tego biegu w limicie czasu brać udział w losowaniu nagrody specjalnej, czyli samochodu osobowego. Na nieszczęście nie udało się to losowanie i auto odebrał ktoś inny.
A mnie się w Krynicy podobało, bo na totalnym luzie i bez najmniejszej spinki mogłam uczestniczyć w tym co się tam działo. Spotkać ludzi i pogadać. Poopalać się na tarasie w stroju Ewy. A nawet trochę pobiegać. I trochę się też wkurzyć.

W piątek wzięłam udział w eliminacjach Krynicka Mila, a potem w Finałach. W biegu eliminacyjnym biegłam z dziewczyną, która najwyraźniej miała szanse wyłącznie na ostatnie miejsce, nie była w stanie nawet przebiec całego dystansu. Dlatego „pilnowałam” jej, dodawała otuchy, gdy szła i wpadłam na metę razem z nią. Nawet nie ma mojego wyniku, bo chyba wyłączono już matę pomiarową. W Finałach chciałam się sprawdzić, więc biegłam na maksa. Mojego maksa. Chciałam zobaczyć, ile uda się wycisnąć. Udało mi się 8:02, czyli szybko obliczyłam, że biegłam w tempie 5:00 min/km. Czyli gdyby mi się udało utrzymać takie tempo na parkrun (5 km), to mogłabym zrobić to w 25 minut. No i zaczęło mi się marzyć…20160909 Bieg w krawacie
Pobiegłam też w Biegu w Krawacie, także gdzieś na końcu, z inną „ostatnią” koleżanką. Było fajnie – czy w krawacie mi do twarzy?

Następnego dnia rano ruszyłam z kijkami na 4-ro kilometrową trasę Górskich Mistrzostw Polski w Nordic Walking. Cóż, zrobiłam wcześniej w lesie 2 treningi pod ten start, żeby się zaprzyjaźnić z kijkami. Po tych treningach z nowej przyjaźni najmniej zadowolone były moje pośladki, którym dałam mocno popalić i uświadomiły mi, że podczas zwykłego biegu aż tak mocno nie pracują. Mój wynik 29:02 mnie zaskoczył – wychodzi na to, że szłam w tempie 7:15 i albo dystans był niedokładnie zmierzony albo z tymi kijkami naprawdę się zapiernicza. Byłam na mecie 15 kobietą (na 62 startujące), co uznałam za skromny sukces.

Po południu miałam start na Runek Run, więc wcześniej zrobiłam sobie małą rozgrzewkę i zbiegłam do Krynicy po trasie biegu sprawdzając, czy w ogóle mogę biegać w dół. Bardzo się tego bałam, ale okazało się, że mogę biec i kolano nie protestuje. A zatem odważnie stanęłam na starcie. Początkowo trasa wiedzie w górę i najpierw truchtałam robiąc sobie krótkie przerwy na marsz, gdy nachylenie było zbyt strome. Gdy osiągnęłam szczyt i zaczął się zbieg puściłam się luźno i nagle poczułam, że znów żyję, nogi pamiętają jak się zbiega, uwielbiają to i choć włączyłam mały hamulec i biegłam jakieś 30% wolniej, niż bym mogła, a moja koncentracja była 300% większa, to i tak udało się mi zaliczyć glebę. Akurat miałam minąć jakiegoś chłopaka na ostatnim stromym zbiegu, po którym wiedziałam, że będzie wąsko i już tam nie wyprzedzę, więc muszę się spiąć i zrobić to teraz. I zrobiłam to – pięknym szczupakiem poleciałam głową i rękoma do przodu, a nogi zostały w tyle. 20160910 Runek Run metaTrochę się poobijałam, zdarłam skórę na przedramieniu i kolanach, podarłam lekko gacie. Chłopak się zatrzymał i pomógł mi wstać, a mnie wstyd było jak sto pięćdziesiąt. Głupota, głupota, głupota. Kolejny raz. Po co się ścigałam na tym zbiegu, skoro na całym biegu się nie ścigałam i chciałam tylko losować auto? Masz babo, na co zasłużyłaś. Do mety jednak dotarłam w czasie 2:14:17 (brudna i zakrwawiona).

Zamiast cieszyć się z ukończenia biegu od razu pobiegłam do organizatorów zgłosić im o bardzo przykrej sytuacji, której byłam świadkiem podczas biegu. Otóż jeden z zawodników biegnących przede mną w pewnym momencie rzucił pustą butelkę po napoju izotonicznym w krzaki przy ścieżce. Krzyknęłam do niego, żeby wrócił i zabrał ze sobą swoje śmieci, ale on nie reagował. Podniosłam więc tę nieszczęsną butelkę i zabrał ją ode mnie stojący nieopodal kibic, który usłyszał moje wrzaski i obiecał znieść do Krynicy (dzięki!). Wiedziałam, że dogonię tego gościa, bo adrenalina dodała mi mocy, a poza tym był zbieg, więc wystarczyło tylko lekko się puścić. Dopadłam drania w zielonej koszulce – widzę, ma żółty numer, czyli niby z biegu 100 km. Pytam, dlaczego wyrzucił tę butelkę – odpowiada: bo mu przeszkadzała. Wzburzona krzyknęłam jeszcze pędząc w dół, że mi też cholernie przeszkadzają tacy zawodnicy, którzy śmiecą w górach i zapamiętam jego numer startowy i zgłoszę to organizatorom. To był gość z nr 766: Mieczysław Napora, który mimo żółtego numeru brał udział tym samym co ja Runek Run. Człowieku, ja Cię zapamiętam i będę śledzić na wszystkich biegach górskich, na których się pojawisz! Będę zbierać za Tobą śmieci i oddam Ci je na mecie! Organizatorzy nic z tym faktem nie zrobili – ja sama zresztą po dokładnym przestudiowaniu Regulaminu zapisu o śmieceniu nie znalazłam, co jest dla mnie dużym zaskoczeniem, bo zazwyczaj w biegach górskich organizatorzy bardzo wyraźnie informują o tym, że śmiecić w górach nie wolno.

W niedzielę dużo odpoczywałam, skorzystałam z fantastycznego masażu (dziękuję Ci, Marcinie – jesteś boskim masażystą!) i ogromnym upale ruszyłam na trasę Mistrzostw Polski Hill w Nordic Walking, czyli wejściu na Jaworzynę z kijkami. Ruszyłam spokojnie, na trochę miękkich i obolałych nogach, ale szybko złapałam rytm i parłam do góry. Wiedziałam, że będzie stromo i ciężko, dlatego nie szarżowałam na początku. Szłam swoim rytmem jak maszyna i choć oczywiście brakowało mi treningu, byłam też zdecydowanie za ciężka i ciut utrudzona biegiem poprzedniego dnia, to wiedziałam, że pod górę mam większe szanse zbliżyć się do czołówki niż na marszu NW poprzedniego dnia. I rzeczywiście – metę osiągnęłam po ok. 33 minutach (wciąż nie mogę znaleźć dokładnych wyników) i byłam 9-tą kobietą open. Z tego co widzę, nie byłoby też wstydu, gdybym startowała w Biegu na Jaworzynę i osiągnęła taki czas (tam naprawdę nie da się biec). Bardzo mi się podobało i może za rok wrócę tam lepiej przygotowana…?

Marsz NW na Jaworzynę