Ostatni wpis z początku lutego, mamy początek kwietnia, a ja wracam myślami do początku marca.

Moje dwa starty docelowe w pierwszej części wiosny (Wrocławska Dycha 2016 i 3. Dziesiątka WROACTIV) wypadły poniżej oczekiwań. Do życiówki na 10km zabrakło niewiele. Nie mogę zrzucić winy na pogodę, pecha lub inne czynniki zewnętrzne. Ba, nawet na przygotowania nie mogę narzekać! O wszystkim zadecydowało jedno nieodpowiedzialne zachowanie, a właściwie zaniedbanie.

Dziesięć szczebli do (braku) sukcesu
Końcówka lutego. Wstałem żwawo z łóżka. Za oknem czwartkowy, chłodny, pochmurny i wietrzny poranek. Rozpocząłem codzienny rytuał obchodzenia domu. Kuchnia – szybka herbatka, pomieszczenie gospodarcze – wyciągnąć karmę i siano dla królika, salon – wielkopostne dwadzieścia minut nad brewiarzem i wreszcie pokój – zakładam na siebie treningowe ciuchy. Jest świeżo wyprana bielizna termiczna, dres, bluza i tylko czapki brak. Przegapiłem ją ściągając dzień wcześniej rzeczy z suszarki, została na antresoli. Żeby tam się dostać musiałbym pokonać dziesięć szczebli po drabinie budowlanej (schodów jeszcze się nie dorobiliśmy). Jest stosunkowo ciepło na dworze – dam radę, nie będę hałasował, nie chce mi się przeszukiwać sterty ubrań, szkoda czasu.

Czterdzieści osiem godzin później obudziłem się ze znajomymi objawami zapalenia zatok – ból głowy, zwłaszcza przy pochylaniu oraz potwornie zatkany nos. Choroba trwała łącznie ponad dwa tygodnie. Ustąpiła całkowicie w dwa dni po drugim starcie. Czasem katar dawał możliwość wyjścia na luźne truchtanie, czasem ledwie wytrzymywałem siedząc w pracy. Zawodów jednak nie odpuściłem.

Wrocławska Dycha 2016
Jak wysiadłem z auta na parkingu, to przypominał mi się udział w Biegu Firmowym 2014 i moje starty juniorskie w przełajach. Pogoda delikatnie mówiąc nie rozpieszczała. W nocy spadł solidny deszcz i Park Tysiąclecia stał się jedną wielką kałużą. W dniu zawodów mżyło, wiał zimny wiatr. Błoto było dosłownie wszędzie. Były fragmenty trasy, gdzie nie dało się ominąć przeszkód i lodowata woda wlewała się do butów. Do tego moje zatoki. Gdy biegłem w tempie około 4:05/km czułem się w miarę komfortowo, ale gdy tylko prędkość wzrastała katar mnie „zalewał”. Dosłownie – lało mi się przez nos na zewnątrz i spływało mi po gardle do wewnątrz. Dlatego z wyniku 40:46 jestem umiarkowanie, ale jednak, zadowolony.
No i debiut jako kibic zaliczył mój syn! Siedział w wózku i z zainteresowaniem oglądał finiszujących zawodników. Tatę podobno przegapił, chociaż tłumów w tym czasie na mecie nie było, ale za to później z dumą podziwiał medal.

3. Dziesiątka WROACTIV
Pogoda bez zarzutu, organizacja imprezy również. Choroba powoli odpuszczała. Pierwsze pięć kilometrów w tempie na życiówkę, kolejne trzy-cztery biegłem z przytkanym nosem i zupełnie opadłem z sił. Przy znaczniku dziewiątego kilometra, tuż przed podbiegiem na esplanadę Stadionu Wrocław miałem aż trzydzieści sekund straty. Wiedziałem, że z życiówki nic nie będzie, ale dałem z siebie wszystko – ostatni kilometr w 3:40. Starczyło tylko na wynik 40:09. Zaliczyłem poprawny bieg. Do zejścia poniżej czterdziestu minut zabrakło świeżości, luzu, lekkości, tego charakterystycznego uczucia rozsadzającej nogi energii, tej swobody, gdy wiesz, że biegniesz po swoje. Zabrakło formy!

Trzeci raz nie wypada popełnić tego samego błędu!
Przygotowania były dobre – to pokazały wyniki. Z poziomu 12:27 na 3km zszedłem w piętnaście tygodni do 40:09 na 10km. U Danielsa to sześć poziomów VDOT!
Teraz cel mam jeden – kontynuować ciężką pracę i nie zachorować po raz trzeci z rzędu przed zawodami docelowymi! Dokładnie w taki sposób zmarnowałem przygotowania na jesieni zeszłego roku. Jedno wyjście bez czapki na trening  w chłodny, październikowy poranek i przed najważniejszą imprezą dopadło mnie zapalenie zatok. Niczego mnie to nie nauczyło, zachowałem się nonszalancko i znów ponad trzy miesiące ciężkich treningów nie dały upragnionej życiówki. Czas to zmienić, czas na sukces. Nie zniosę drugiego sezonu bez progresu na choćby jednym dystansie!

P.S. Dziękuję Żonie, dzięki której powstał ten wpis. To Ona zmotywowała mnie krótkim „Jakubie! Proszę napisać coś na blogu.” ;-)