We wtorek były interwały, w czwartek progowe. W piątek miałem mecz, który mnie bardzo zmęczył. Jak zwykle zresztą. W sobotę wyszedłem biegać dopiero 12:15, co jest późną porą jak dla mnie. Lubię biegać z samego rana. W planie 20km spokojnym tempem. Na sporym zmęczeniu. Czemu tak? Czemu nie zostawiłem tego na niedzielę? Bo w niedzielę jechaliśmy na komunię.

Wracając do soboty. Skumałem się z bratem, który chciał biec 14-15km. Stała trasa w lesie. Spokojne tempo ~5:30. Tak było do 8km, kiedy to brat zawrócił i już każdy z nas biegł sam. Wtedy wszedłem na swoje tempo i tak leciałem do 17km, kiedy to zabrakło mi energii. Po drodze przebiegałem koło działek i unosił się stamtąd zapach jedzenia, co spotęgowało głód i modliłem się, żeby być już w domu ;) A tu trza biec. Końcówka lekko pod górkę. Czasem lubię takie treningi. Męczą fizycznie, budują psychikę. Nie możesz, ciężko jest, zatrzymałbyś się i położył, ale mimo wszystko biegniesz.

W domu rozciąganie i zaraz dorwałem się do wodopoju i jadła. Dawno tyle nie zjadłem i nie wypiłem, jak tego dnia. Przespałem się godzinę w ciągu dnia i całkiem szybko poszedłem spać wieczorem. Regeneracja ważna rzecz.