Wiem, miałem od listopada zacząć coś biegać ale spaliłem, na niebieskiej. Trochę chorowałem, potem były inne ważne sprawy. Ważne – znaczy ważniejsze niż bieganie, a wiele ich nie ma. Kiedyś sobie coś skrobnę o priorytetach w życiu.
Ruszam więc z prawie dwutygodniowym opóźnieniem. Poprzednio pisałem o treningu, jak będę wprowadzał organizm w reżim treningowy. Chcę tez jednak zwrócić już od teraz uwagę na dwie sprawy, bez których nie wyobrażam sobie mocnego treningu: sen i dieta.
Snu ma być 6,5 godziny na dobę plus godzina za każdą godzinę treningu biegowego. W mojej sytuacji to jest bardzo trudne do osiągnięcia. Mam mało czasu. Naprawdę.
Dieta – najważniejsze to regularne posiłki i owoce. Najtrudniej właśnie o tę regularność. Ale bez tego ani rusz. A wiadomo, że po solidnym obiedzie to trochę trzeba przed treningiem odczekać. Zdecydowanie lepiej więc zjeść obiad a trening zrobić po ciemku niż odpuścić obiad i się katować na głodnego albo zastąpić obiad ciastkami, batonikami i „enerdżajzerami”.

No więc biegam. Plany uległy zmianie ale idę do przodu. Zeszły tydzień to całe 42 kilometry w czterech prawie równych dawkach. Jest ok. Ciągle myślę jak to zrobić, żeby pobiec maraton w okolicach 4’00 na kilometr trenując średnio do 80km/tydzień. Komuś się udało dojść do takiego poziomu przy tej objętości? Jakieś rady?