Jak nie należy biegać zawodów, czyli mój Bieg Powstania Warszawskiego

Po pierwsze dziękuję Ewelinie za opiekę po biegu. Gdyby nie ona nie wiem, co by się ze mną działo.

Po drugie, sam bieg  oceniam bardzo pozytywnie pod względem organizacji przed, w trakcie jak i po biegu. Ale do rzeczy:

Pakiet na bieg odebrałem tydzień wcześniej w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Duży plus za miejsce odbioru pakietów w bardzo dobrze skomunikowanym miejscu Warszawy. Z samym odbiorem nie było problemów.

Za to problem był z moimi treningami… Przez trzy tygodnie przed biegiem biegałem tylko dwa razy w tygodniu: w czwartek i w niedzielę. Czwartkowe treningi były różne, w niedzielę zawsze to były rozbiegania. W czwartek, dwa dni przed biegiem, zrobiłem ostatni trening: 20 min truchtu plus 4 przebieżki, aby rozruszać nogi. Po treningu czułem się nieźle, ale wiedziałem, że nie dam rady pobiec na 100% możliwości.

W dniu biegu wszystko poszło nie tak. Zamiast odpoczywać, cały czas miałem coś do zrobienia i nogi były dość zmęczone. Na dodatek miałem problem z odżywianiem, co miało się objawić już po samym biegu.

Tak wyglądaliśmy jeszcze przed biegiem

W Warszawie pojawiliśmy się półtorej godziny przed biegiem. Zanim doszliśmy do miejsca startu z CH Arkadia zajęło to nam ok. pół godziny. Jeszcze wizyta za potrzebą i możemy ustawić się w strefie startowej. Błąd nr 1 – ustawienie się w niewłaściwej strefie startowej. Ale po co się ustawiać w swojej strefie startowej jak można ustawić się w szybszej strefie. Jednak po 4 km przekonałem się, że popełniłem istotny błąd. A mogłem ustawić się za pacemakerem na 57:30 i myślę, że równym tempem dałbym to radę zrobić. A tak to pojawił się błąd nr 2 – „spalenie początku” czyli rozpoczęcie za szybko. O ile na początku, do 4 km udało mi się utrzymać tempo w okolicach 5:30-5:45 to potem zaczęły się prawdziwe męki i próba utrzymania średniego tempa poniżej 6 min/km. Błąd nr 3 – niezapoznanie się z profilem trasy. Oczywiście ten błąd też popełniłem. Trasa przez pierwsze 3-4 km prowadziła z górki to już potem z górki nie było, poza zbiegiem do tunelu, a wręcz przeciwnie: podbieg przy wybieganiu z tunelu, potem długa prosta i finisz też pod górę od 9 km. I na końcu – błąd nr 4 – złe odżywianie przed biegiem. To u mnie tym razem padło na całej linii. Po biegu odebrałem medal, wodę  i banana i czekałem na znajomą. Czułem się bardzo zmęczony, ale byłem świadomy. Kiedy znaleźliśmy się ze znajomą, coś zaczęło się dziać. Zacząłem się czuć słabiej. Znajoma kazała mi usiąść i zjeść banana. Zjadłem całego, popiłem wodą. Zanim poczułem się nieźle, zajęło to z 10 minut. Zanim wróciliśmy do domu było po północy.

Ale plan minimum wykonałem.

Po zatrzymaniu zegarka na mecie zobaczyłem na nim 59:59 i lekko się zaniepokoiłem, czy na pewno udało mi się pobiec poniżej godziny. Dopiero sms z wynikiem uspokoił mnie. Od dziś moja nowa oficjalna życiówka na 10 km wynosi 59:52 :D

13699976_850597911737622_1951184912904915503_n

A tu już po biegu ;)

Teraz do mojego startu w 6. Tarczyn Półmaraton zostało niewiele ponad miesiąc i mój plan na złamanie 2h postanowiłem przekształcić w plan na pobiegnięcie w okolicach 2:05-2:10. Zostało zbyt mało czasu, żeby aż tak się poprawić.

Ciężki trening

Dzisiejszy trening od początku zapowiadał się na ciekawy. W planie było 8 min biegu, 1 min marszu powtórzone 5 razy. Po około 5 minutach biegu zaczęła łapać mnie kolka. Zwolniłem prawie do marszu, przestało boleć. Później spotkanie z psami i szybka zmiana trasy, I może byłoby wszystko dobrze, gdyby nie ból z prawej strony na wysokości brzucha. Boli praktycznie przy każdym ruchu. Mam nadzieję, że to nic poważnego i uda mi się biegać dalej. Następny trening w nadmorskiej scenerii Zatoki Gdańskiej. Chyba zafunduję sobie bieg brzegiem morza ;)

© 2017 Bieglog — PLATFORMA BIEGOWA

Do góry ↑