4 jajka
2 gorzkie czekolady
masło
3/4 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki
szczypta soli
orzechy/rodzynki/czy inne ulubione bakalie

robiłam to dziesiątki razy
gdyby mnie ktoś obudził w nocy i zażądał przepisu wyrecytowałabym go natychmiast
topię masło i czekoladę w kąpieli wodnej, studzę
miksuję żółtka z cukrem, dodaję do zimnej czekolady i masła, mieszam, przesiewam mąkę, łączę z resztą, na koniec ubijam białka, delikatnie mieszam z ciastem, na koniec bakalie, albo nie
przelewam do blaszki, wstawiam do piekarnika, piekę 35 minut
gotowe

wersja 1
ciasto gotowe do pieczenia, zostało dodać tylko rodzynki, kurcze, gdzieś tu były…..o cholera! moje masło orzechowe! patrz no synek, że tak schowałam sama przed sobą, że nie znalazłam, no! przyda się do ciasta zamiast rodzynek
ochoczo zagarniam potężną łychę i siup do ciasta, mieszam….k.rwa, coś straciło konsystencję…hmmm…no nic, NA PEWNO będzie dobre po upieczeniu!
mija 35 minut
zabójczo pachnie orzechami, lecę w te pędy do piekarnika-wyjmuję i…. coś mi tu nie gra….cały tłuszcz wypłynął na wierzch i tworzy niejadalną warstwę, FUCK!
nie no, nie wyślę w daleką Polskę takiego gniota!
dzieciom nic nie mówię, że nieudane, zjadają, narzekają tylko, że coś mamo zgaga pali (ups)

wersja 2
mija 2 dni
przygotowuję składniki, zabieram się nieśpiesznie do pracy
o, Ania, dzwoni, haloooo??? w międzyczasie mi się myli i cukier sypię do gorącej czekolady, mieszam, coś sztywne, no nic, dodam żółtka, na pewno taka kolejność nie zaszkodzi
teraz mąka, zanim się obejrzałam wsypałam zamiast 1 szklanki, 2, zamieszałam, ja pierdzielę! z Anią cały czas na łączu…. cholera! taki gniot, że w życiu nie wmieszam tam jeszcze białek, matkokochana…ciasto przypomina zaprawę betoniarską, wiem, znam się, bo mój ojciec betoniarzem był, eeeeee….uklepię to w blaszce i upiekę, najwyżej KTOŚ zje
mija 35 minut….boję się otworzyć piekarnik….niespodzianka! tym razem na wierzchu osadził się cukier, a ciasto nie urosło nawet 1 milimetra…hmmmm dobrze, że do syna przychodzą chłopaki robić prezentację, chwalą! wszystko się zgadza, tylko nie to, że wstyd wysłać to ciasto w POLSKĘ!
dziś już za późno, żeby iść do sklepu po czekoladę gorzką, bo zapasy wyczerpałam, ale jutro, jutro znowu zrobię!

wersja 3
zabieram laptopa do kuchni
odpalam przepis
wymierzam wszystko za pomocą kalkulatora kuchennego
wykonanie czytam dokładnie 6 razy, postępuję DOKŁADNIE tak, jak w przepisie, krok po kroku, precyzyjnie, starając się tym razem nie kombinować i zrobić wszystko jak należy, chucham, dmucham, miksuję, mieszam, piekę
mija 35 minut….z duszą na ramieniu otwieram po raz trzeci piekarnik…iiii sukces!
tak, to BROWNIE można wysłać w Polskę!

sukces!

na sukces składa się wiele zmiennych
czasem zawodzi plan, czasem jego realizacja, czasem proporcje, czasem coś niezależnego od nas, czasem przekombinujemy z jednym składnikiem, czasem o czymś zapomnimy, czasem zwyczajnie zabraknie serca i woli walki, wiary w sukces, a czasem zmęczenie jest tak duże, że po drodze nie zauważymy sukcesu, tej wisienki na torcie, do której dążymy, gdzieś pędzimy zaślepieni wynikiem-efektem końcowym

odkąd biegam próbuję różnych ścieżek w drodze do określonych wyników
kupuję książki, czytam, wertuję forum, czytam mądre artykuły, kombinuję na sobie różne plany, różny kilometraż, różne ćwiczenia, czasem coś zmieniam, czasem się wkurzam, czasem cofam, czasem tracę wiarę, czasem mnie coś zaskakuje, a sukces przychodzi zazwyczaj wtedy, kiedy uwalniam głowę, pozbywam się ciśnienia, że coś muszę, że zrobię wszystko, itd…

po zawodach w Sławnie, gdzie stoczyłam walkę o złamanie 50minut ;-) troszkę się podbudowałam, że w sumie jak tempo 4.44 min/km mnie nie zabiło, to może spróbuję troszkę szybciej ;-)
na eksperyment nie trzeba było długo czekać
20 maja pogoda była idealna
idealna ma się rozumieć dla mnie-zimno, 12 stopni, wiatr o dobrym kierunku
wystartowałam z myślą, żeby biec spokojnie, swoim tempem i nie kontrolować zegarka, zresztą coś mi się w garminie poprzestawiało i pokazuje mi zamiast tempa chwilowego tempo średnie z całego biegu, więc o kontroli co do minuty nie było mowy, i bardzo dobrze!
początek dość lekko, w zasadzie do 4km bez większych historii, na 5km, w połowie biorę kubek, piję mały łyk, wbiegamy do Darłówka Wschodniego i czuję tą wodę w brzuchu, spinam się i na chwilę przechodzę do marszu, cholera jasna, musiało teraz?! no nic, biegnę dalej, czuję w brzuchu cegłę, może się doturlam….chwilę po przekroczeniu 7km znów to samo, zwolnienie nic nie daje, staję, mocno wyciągam rękę w górę, na chwilę ulga, lecę dalej
8 i 9 km troszkę zwalniam, jest z górki, ale wieje w twarz
został ostatni kilometr, brzuch boli na tyle, że zatrzymuję się 600m przed metą, ogrywa mnie Bożenka ;-) ale podrywam się i ostatkiem sił wbiegam na metę
spodziewam się dużej straty z powodu marszu, ale patrzę na zegarek-wstydu nie ma 46.09, raptem 40 sekund gorzej od życiówki, więc naprawdę się cieszę!
udaje się wywalczyć 9msc open K
2 msc wśród Najlepszych Darłowianek
kolejny puchar do kolekcji :-) ;-)

A jeszcze bardziej cieszą rekordy moich znajomych! wielu z nich pobiło życiowe rekordy (wart wspomnienia Bartek-37.55 po zaledwie 18 miesiącach biegania :O [serdeczne pozdro!] )

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+