Jasna cholera… najgorzej jest się uśmiechać, a i tak kiepsko wygląda się potem w gazecie, powinni robić jakąś autoryzację zdjęć, czy co… no leginsy mam na sobie tragiczne, na pewno będę wyglądać grubo, kurcze, mogłam chociaż zdjąć chustę…W końcu mogę zejść ze sceny, majowe słońce mocno oślepia twarz, czuję, że ledwo widzę, a tu trzeba zejść w jakimś stylu ze schodków. Oby do ławki, no raz raz raz!
-halo, halo! Pani podpisze, że odebrała nagrodę!
O matko, skąd ona do mnie mówi? Aaaa, tu siedzi za sceną za szkolną ławką, ma zeszyt z tabelką, pokazuje palcem, gdzie mam się podpisać.
-ale proszę imieniem i nazwiskiem, czytelnie!
O matko…jaka biurokracja…
Docieram do ławki, do znajomych. Odkładam na blat 2 plastikowe puchary i 2 koperty, Darek pstryka jeszcze zdjęcie na naszą stronkę na Fb. Gdybym była tak fotogeniczna jak jestem ładna, to co innego, no nic, jakoś to zniosę, uśmiech-proszę bardzo!
-a co ty tam masz w tych kopertach?
-nie wiem, o-III miejsce w kategorii K30-dyszka! Huehue, a czekaj, co w tej II miejsce kategoria powiat? Oooo kurna, 20 złotych!
No…siedząc już w aucie w drodze do domu liczę, czy wystarczy mi dziś na gofry z Miśkami, na bank powyrywają mi wszystkie gadżety, będa oglądać puchary, Ad zapyta o wynik, i jak zwykle powie-mamo, stać cię na więcej. Nie przepadają za zawodami, dlatego ich nigdy nie zabieram, ale nagrody skubańcy lubią ;-)

Najbardziej lubię kategorię najlepszy biegacz powiatu. Jak to brzmi, co? PO_WIA_TU!!! Jak jestem w dobrej dyspozycji staję tuż za Kamą, byłą zawodniczką. Czasem jestem pierwsza, jak Kama nie startuje ;-) Można wygrać 20, 50, 100, czasem nawet 300zł i więcej. Ale nie, nie zawsze dostaje się kasę. Częściej chyba nagrody rzeczowe. Plecak, zegarek, jakieś talony, bidon, śpiwór. Zależy, kto organizuje bieg i jacy są sponsorzy, z reguły wiem z góry, na co mnie stać i zazwyczaj biegnę na dane miejsce, dlatego cenię sobie kółka i rogale/agrafki na zawodach, mogę liczyć po drodze kobiety ;-) Co bardziej zorientowani kibice liczą ilość kobiet i krzyczą, „dawaj, jesteś czwarta open!”. To napędza, zerkasz tylko przez ramię, jaką masz przewagę nad rywalkami i pędzisz do mety trzymając miejsce. Nie każdy bieg jest na najlepszy czas.
Jak po zawodach na drugi dzień przyjeżdżam do pracy, to zawsze składa mi gratulacje pan Bolek-masażysta, jako jedyny czyta Obserwatora Lokalnego i zawsze szuka mnie w rubryce „sport”. Niebywale się cieszy, ściska, gratuluje miejsca na podium. Reszta załogi w pracy raczej nie orientuje się w lokalnym, sportowym świecie.

Lokalne, małe biegi mają swój cudowny urok. Znasz w 90% swoje rywalki. Wiesz, za kim się ustawić, za kim biec, a kogo koniecznie ograć. Sukcesem jest dla mnie miejsce w pierwszej dziesiątce, czy dwudziestce, zależnie od ilości startujących kobiet. No nie powiem, ale lubię „wygrywać”, czy z roku na rok przesuwać się wyżej w ogólnej klasyfikacji. Przy odrobinie silnej woli i odpowiednim treningu kobieta w moim wieku może przybiegać na metę zaraz za czołówką. Może wygrać.
Większość biegających kobiet robi to po prostu dla samego medalu, traktuje jako radochę, oderwanie się od garów, dzieci, czy pracy. Są zawsze zadowolone, uśmiechnięte, w pełnym makijażu, nowych leginsach, z opaską ze smartfonem na ramieniu, zazwyczaj za grubo ubrane, na mecie ściskają ich dzieci, mężowie, rodzina, inne koleżanki. Robią siedemset zdjęć, żeby wkleić na Fb, czy Instagram.
Są kobiety, jest ich mało, które amatorsko trenują, po dobiegnięciu do mety padają na ziemię, barierki, trawę łapczywie oddychając zerkają kątem oka na dopiero zastopowany zegarek. Medal gdzieś tam się majta, a pierwsze kroki po osiągnięciu mety kierują po wodę i idą w kierunku stanowiska panów od pomiaru czasu. Jeśli się uda, pędem lecą do łazienki pod prysznic, jakoś doprowadzić do ładu włosy, żeby na „pudle” ładnie się prezentować. Czasem miejsce nie ma znaczenia. Czasem największe znaczenie ma wynik. Ciężko wypracowany męczącymi treningami, w chłodzie, upale, wietrze, deszczu, w samotności. Tylko ty znasz wartość tego wyniku. Wiesz, ile włożyłaś pracy, wiesz, że zasłużyłaś.
Mam dwie statuetki z takich zawodów. Za jednym zamachem świetny wynik i bardzo dobra lokata w generalce. To ogromnie cieszy, pomimo tego, że nie miałam nawet siły dojść do sceny, wdrapać się na podium a bolące mięśnie i ścięgna czułam przez ponad tydzień.

Do niewymiernych rzeczy należą też przyjaźń, znajomi, z którymi ścigasz się na trasie, z którymi trenujesz, spędzasz godziny na wybieganiach, razem cierpisz i razem godzinami milczysz marząc tylko o tym, aby na koniec paść na trawę i wypić puszkę koli, czy piwo. Pocieszą, opieprzą, trzymają kciuki, kibicują on-line, namawiają na starty, treningi, załatwią grochówkę po zawodach, pomagają odwiązać czip, wrzucą go do pudełka, podprowadzą do karetki, trzymają w pionie, są. Wartość nieoceniona.

Większość biegających i startujących kobiet nie lubi bólu. Nie chce trenować, pomimo świetnych na oko warunków fizycznych. Te trenujące, to często byłe zawodniczki, lub młode, zgrabne kobiety po AWFie, które znikają z list wyników po sezonie, dwóch. Wiadomo, studia, rodzina, mąż, dzieci, imprezy, kariera.
Ciało kobiety w moim wieku po 2 ciążach, prawie zerowej aktywności fizycznej, pracy, może zachowywać się różnie po rozpoczęciu biegania. Mało elastyczne mięśnie, stawy, ścięgna i więzadła reagują bólem po wybieganiach, czasem złapie rwa kulszowa, czasem zepnie się gruszkowaty i spina pośladek na kilka tygodni. Czasem zastrajkuje jakiś staw, a to kończąc stanem zapalnym,a to nieuzasadnionym bólem, który sam z czasem przechodzi. Przy odrobinie szczęścia i genetyki dostaje się w spadku zrotowaną miednicę i bóle słabszej strony, a to kręgosłupa, a to biodra, czy stóp, o, na przykład hallux-świetny przykład na niesymetryczną pracę ciała. Cholernie boli, kiedy zakłada się obcasy, ale biegać można. Bóle piszczeli, łydek po treningach tempowych, znane, co?
Odciski, schodzące paznokcie, zrogowaciała skóra na palcach stóp, to nie wygląda ładnie. Bolący paznokieć po zawodach, szczególnie maratonie nieźle uprzykrza życie, po jakichś 5-7 dniach sinieje, a po kilku tygodniach odpada. Otarcia od stanika, spodenek, pasa od pomiaru tętna powodujące blizny na całe życie.
Moim ostatnim hitem są jednak bóle brzucha, kolki, biegunki. To objawy totalnie zniszczonej flory bakteryjnej i nabłonka jelit. To się zdarza, godziny wstrząsów, niedokrwienia jelit robi swoje. Pozwólcie jednak, że w szczegóły wdawać się nie będę ;-) ale….chyba udało mi się znaleźć sposób.
Jestem w fazie eksperymentalnej. Za mną 2 biegi bez bólu.

*****

A teraz weź kartkę,
zlicz plusy i minusy,
dodaj, odejmij, pomnóż.

Nie ustawaj w poszukiwaniach.
Nie rezygnuj z walki.
Ból mija.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+