Zima była dla mnie koszmarem. Syn w listopadzie poszedł do żłobka i zaczął przynosić do domu różne świństwa, które nie ruszały jego samego, ale wykańczały mnie i żonę. Dzielnie znosiłem jelitówki, gorączkę, ale nie mogłem pokonać jednej choroby. Przewlekłego zapalenia zatok. Mój trening oparł się więc na interwałach – dwa tygodnie truchtania z tygodniową przerwą w smarkaniu.

Wiosna była kontynuacją zimy, zarówno pogodowo, jak i trenigowo. Wystartowałem w dwóch półmaratonach, w których miałem rywalizować z moim wujkiem z Niemiec oraz kolegą z czasów treningu na bieżni. W obu biegach nie było jednak ani walki o dobry czas, ani rywalizacji. Z pierwszych zawodów wykruszył się wujek, bo przyjechał do Wrocławia i rozłożyła go grypa. W drugim przypadku rywal za mało trenował i nie był dla mnie wyzwaniem. Czułem się fatalnie psychicznie, bo nie lubię startów bez wyzwań. Są dla mnie bezsensowne, nie umiem biegać imprez „na zaliczenie”.

Powrót! Planuję go po raz kolejny w ostatnim półroczu. Muszę wziąć się za siebie, bo zbliża się impreza docelowa, w której będę bronił zdobytego w zeszłym roku podium w klasyfikacji mieszkańców gminy. Przy okazji dobrze byłoby połamać czterdzieści minut na dychę.
Nie mam siły myśleć nad układaniem treningu. Zdałem się na gotowy plan, który znalazłem w Internecie. Chyba pierwszy raz od ośmiu lat zamierzam wykonać wszystko – bez jakiejkolwiek modyfikacji. Najpierw trzy tygodnie wprowadzenia, a później trzy tygodnie bezpośredniego przygotowania do zawodów.

Jak najdzie mnie wena (jak dziś) to i na blogu zostawię jakiś ślad.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+