Dwadzieścia osiem tygodni
Tyle trwał mój sezon przygotowań i startów zima-wiosna. Kilometraż w porównaniu z poprzednimi latami był zdecydowanie mniejszy, ale jestem już bardzo zmęczony fizycznie. Jeden start na pięć kilometrów, trzy dyszki i dwa półmaratony. W tym wygrany ParkRun, drugie miejsce w klasyfikacji „Mieszkaniec Smolca/Krzeptowa” w lokalnej imprezie. I najważniejsze, czyli progres i długo wyczekiwana życiówka.

smolec

Smolecka (Za)Dyszka – 40:34 dało mi drugie miejsce w klasyfikacji mieszkańców Smolca/Krzeptowa i dobre przetarcie przed półmaratonem

Dwa lata
Tyle czasu musiałem żyć z podrażnioną ambicją, w oczekiwaniu na rewanż i spełnienie. Podczas drugiej edycji Nocnego Wrocław Półmaratonu byłem w wyśmienitej formie, pogoda była dobra, zając trzymał się międzyczasów wręcz idealnie. Niestety do siódmego kilometra nie mogłem złapać odpowiedniego rytmu, bo co chwilę zwalnialiśmy i przyspieszaliśmy wyprzedzając mniejsze i większe grupki wolniejszych zawodników. Brak stref czasowych spowodował wysyp „Januszy biegania”, którzy lecąc na łamanie dwóch godzin i piętnastu minut musieli ustawić się na starcie tuż za elitą, najlepiej w trzecim, no góra czwartym rzędzie. Nie zliczę dodatkowych metrów, które przebiegłem zygzakiem w trakcie wymijania.
Jednak punktem zwrotnym biegu był moment wbiegnięcia na Ostrów Tumski (około szesnastego kilometra). Piotr Ślęzak, prowadzący do tej pory bieg w miarę równo, musiał przystanąć. Z tego co pamiętam to rozwiązał mu się but, albo skoczył na bok za potrzebą. W tym momencie równy asfalt zastąpiła kostka granitowa, a w grupce zapanował chaos. Na czoło wyszło kilku gości i podkręcili tempo. Ja złapałem międzyczas na tym newralgicznym kilometrze 3:57. To w połączeniu ze zmianą nawierzchni spowodowało, że nogi mi zesztywniały i zupełnie mnie odcięło. Walczyłem do końca, ale osiągnąłem czas 1:30:01 – najgorszy możliwy, bo zabrakło tak niewiele

Moje zeszłoroczne perypetie ze zdrowiem nie pozwoliły mi na start w trzeciej edycji.

Nadszedł moment wyrównania rachunków z trasą. W tym roku trzymałem się Pacemakera do siódmego kilometra, wtedy delikatnie zacząłem przyspieszać. Od dziesiątego do piętnastego kilometra zbudowałem trzydzieści sekund zapasu. Kryzysową dla mnie piątkę (15-20km) pokonałem równo po 4:15/km i na dwudziestym kilometrze wiedziałem, że nic nie wydrze mi już upragnionej życiówki. Na metę wpadłem uzyskując rezultat 1:29:18!

Gdyby ktoś powiedział mi tydzień temu, że połamię dziewięćdziesiąt minut w półmaratonie, to bym go wyśmiał. Nie byłem w stanie (w trzeciej już w tym sezonie próbie) zejść poniżej czterdziestu minut na dychę! Po tych zawodach do środy cierpiałem, nogi były sztywne, praktycznie nie biegałem. W sobotę stanąłem jednak na starcie z ogromną determinacją, bo nie zniósłbym (o czym wielokrotnie już wspominałem) drugiego roku bez życiówki. Ale udało się!

Tydzień
Tyle daję sobie wolnego od biegania. Odpuszczam zupełnie i nic przez ten czas nie robię.

Dziękuję mojej Patrycji za kolejne pół roku znoszenia mojego biegowego nałogu.

Tym samym SEZON ZIMA-WIOSNA UWAŻAM ZA ZAKOŃCZONY!!!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+