Większość blogerów podsumowuje mijający rok albo snuje plany na przyszły. A ja (zgodnie z obietnicą, że nie będzie tu tylko tabelek z kilometrami) postanowiłem opisać coś, co dzieje się na peryferiach mojego biegania. Poznajcie moją świątynię dumania…

Zamykam drzwi na klucz i ruszam, wąską ścieżką oddalając się od domu. Trawa pokryta szronem skrzypi pod butami. Drobinki lodu obsypują się ze źdźbeł, gdy tylko podeszwa się od nich odklei. Obracam się i widzę, że zostawiam za sobą wyraźne ślady. Jestem pierwszą istotą, która dziś się tędy przemieszcza. To dobry znak, biorąc pod uwagę fakt, iż można napotkać tu dziki lub bezpańskie psy. Każdy krok jest wysiłkiem po nieprzespanej nocy, pełnej niespokojnego snu przerywanego co trzy godziny dziecięcym płaczem. Zimne powietrze owiewa moją twarz, powodując, że ciężkie powieki powoli unoszą się ku górze. Słońce wschodzi nad linią horyzontu i w oddali widzę sąsiednie osiedla, wioski i budzący się do życia Wrocław.

Oddech mam spokojny, miarowy. Nogi kręcą się z przyzwoitą kadencją. Jestem dokładnie w połowie wybiegania. Wpadam na asfalt i przyspieszam z każdym kilometrem, mijając znane mi charakterystyczne punkty na treningowej trasie – przydrożny krzyż, pochylone drzewo, kościół i dworzec PKP… Sam nie wiem kiedy znajduję się na ostatniej, dwukilometrowej prostej do domu. Biegnę poboczem, lewą stroną zatłoczonej o tej porze jezdni. Z naprzeciwka mijają mnie tabuny rozczochranych mamusiek z przedmieść. W swoich suvach, z kubkiem kawy przy ustach lub komórką przy uchu, wiozą dzieciaki do szkoły.

Wkładam klucz do zamka i przekręcam go dwa razy w odwrotną stronę niż czterdzieści pięć minut temu. Siedemnaście stopni do góry (ostatni wysiłek dla łydek) i już jestem w mieszkaniu. Uchylam drzwi do sypialni. Dlaczego tak skrzypią? Dlaczego jeszcze nie naoliwiłem zawiasów? Dlaczego pytam siebie o to każdego ranka zamiast kupić smar? Wsuwam głowę do pokoju i upewniam się, że żona z synkiem jeszcze smacznie śpią. Czas na najprzyjemniejszą część treningu – kąpiel.

Wpadam do łazienki i odkręcam ciepłą wodę pod prysznicem. Bieg był letargiem, snem na jawie, przyjemnym bodźcem dla ciała i umysłu, ale wykonywanym niejako z automatu. Natomiast teraz zrzucam z siebie przesiąknięte chłodem poranka, przepocone ciuchy, wchodzę do rozgrzanej, zaparowanej już kabiny i czuję niesamowite pobudzenie. Endorfiny krążą w organizmie, mięśnie rozluźniają się pod wpływem gorących kropel wody, a para wypełnia mój układ oddechowy. Stoję pod deszczownicą i szczerze, jak małe dziecko cieszę się. Tak po prostu! Ze wszystkiego! Z każdej myśli, która przepływa przez mój umysł. Ze wspaniałej rodziny, z wykonanego treningu, z kolejnego słonecznego dnia, z planów na zbliżający się weekend… W tym haju, uniesieniu, radości, dziękuję Bogu za to wszystko, co w życiu mam.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+