W sumie jakby się tak zastanowić to w Polsce przez większą część roku jest dość chłodno i pochmurnie. Zimno i pada, zimno i pada….a lato nie jest gorące – podpowiada Kazik. Cały wic polega jednak na tym, że najwięcej fajnych imprez biegowych odbywa się właśnie wtedy, gdy z nieba leje się żar ścinający szare komórki jak jajecznicę. I tą jakże przenikliwą konstatacją meteorologiczno-sportową chciałbym przejść do mojego startu w Ostródzkim Półmaratonie św. Jerzego.

Na początek – zagadka. Ale ostrzegam – będzie trudne.

34:18 na 10km, 1:19;14 na 21km, 1:20;49 na 21 km – znajdź niepasujące elementy. Proste? Myślę, że tak. Ale teraz odpowiedz dlaczego te 10 km tak mocno odstaje?

Jedyne co przychodzi mi do głowy, to to że w Warszawie na Orlenie mieli niedomierzoną tę dyszkę o jakieś 500 metrów, stąd taki wynik.

Dobrze się domyślacie, w Ostródzie ponownie moja konfrontacja z panem Półmaratonem skończyła się tym czym kończy się czołowe zderzenie Multipli z Pendolino. Z resztą…Multipla jeszcze przed zderzeniem wygląda źle. Po dwóch całkiem niezłych startach na 10km chciałem sprawdzić, czy Białystok był wypadkiem przy pracy, czy jednak zwiastunem jakiś większych problemów. Wyszło na to drugie. Nie leży mi połówka, zresztą odkąd pamiętam po „połówce” źle się czułem. Człowiek siedzi jakby nigdy nic, ładuje szota za szotem zimnego napoju i ma poczucie, że mógłby góry przenosić, po czym wstaje i zawirował świat.

Nie kupuję wytłumaczenia, że znowu było ciepło. Tydzień temu i dwa tygodnie temu nie było wcale inaczej. Na wszystkich – motyla noga! – słońce świeci tak samo. Nie przemawiają też do mnie teksty, że brakuje mi wytrzymałości, stąd ten rozrzut w wynikach. Niby logiczne, ale ja nic innego jak wytrzymałość przez ostatnie pół roku nie trenowałem. A bo trasa wymagająca, bo alergia, bo…no już sam nie wiem gdzie szukać odpowiedzi. Od początku biegu miałem ciężkie nogi co nie jest dla mnie nowiną, bo od października zeszłego roku luzu w kroku jeszcze nie uświadczyłem. I nawet mogę powiedzieć, że biegło mi się dzisiaj lepiej niż w stolicy Podlasia, choć zwolniłem po 10 km jeszcze mocniej. Według oznaczeń organizatora na dychę wymęczyłem 37:18 co by oznaczało, że drugą dziesiątkę zrobiłem w jakieś 39:30. Zjeżdżałem równiutko jak Alberto Tomba, Bode Miller, czy inny Hermann Maier po stokach, z tymże u nich zjazd oznaczał coś dobrego. Nogi słabły z każdym krokiem, a ja nie byłem w stanie utrzymać nikogo. Najpierw uciekli młodsi koledzy dla których ani szuter, ani smagające słońce nie stanowiło problemu. Na 10 km jeszcze dziarscy panowie z kategorii M40 dołożyli swoją cegiełkę, wyprzedzając mnie jak wyprzedza się worek ziemniaków i spychając na 11 pozycję. Na 13 km miałem pomysł, żeby zejść. Nie chodziło o zmęczenie fizyczne, ale to poczucie, że trenuję uczciwie pół roku, żeby potem biec po 4:20 / km odbiło mi siniaka na psychice. Na szczęście idea schodzenia z trasy dość szybko upadła. Biegłem z nadzieją, że ten koszmar szybko się skończy. Rzeczywiście kilometry nie ciągnęły się jakoś przesadnie długo. Kolejne tabliczki z oznaczeniami pojawiały się sprawnie. Szkoda, tylko że stoper nie podzielał mojego poczucia, że – szybko to idzie. Obstawiałem, że biegnę około 5 miejsca w kategorii M30, co przy pomyślnych wiatrach powinno mi dać 3 miejsce na pudle w związku z regułą – bez dubli. Kiedy gdzieś na 16 km zobaczyłem, że chłopak z mojej kategorii wiekowej około 300 metrów przede mną przechodzi do marszu, pomyślałem – o nie! Będę musiał go gonić, a totalnie nie mam do tego siły…Ale z drugiej strony, jak nie wykorzystać takiej sytuacji? Gdybym go dogonił to według moich obliczeń robionych naprędce przez zmęczony mózg powinienem już spokojnie znaleźć się na podium tego dnia, co byłoby miłą osłodą i małą nagrodą pocieszenia za tę umieralnię.

fot. Lider Animator

fot. Lider Animator

Kawałek w cieniu po kamierdolcach, zakręt w prawo w rozżarzoną szosę która zdawała się nie mieć końca. Potem znowu w lewo, mijam jakiś kościół i znowu kamierdolce. Znowu trochę cienia i najdłuższy na całej pętli podbieg. Uciekający biegacz znowu przechodzi do marszu a mimo wszystko ja ciągle tracę kilkadziesiąt metrów. Szczerze mnie to demotywuje, facet musiałby chyba zawrócić i zacząć biec w moim kierunku, żebym go dogonił…Tymczasem jest zbieg, puszczam nogi i liczę na to, że może chociaż tutaj odrobię parę metrów. Też nic. Wypłaszczenie, widzę w oddali punkt z wodą i uciekającego zawodnika, który kolejny raz przystaje. Kawałek za wodopojem w końcu go doganiam, jest 18 km. Chłopak próbuje biec ze mną kilkadziesiąt może kilkaset metrów ale ewidentnie ma tego dnia większe problemy niż ja, spowodowane jakimś bólem mięśniowym – bynajmniej nie chodzi o to, że przeszarżował, bo to mocny biegacz. Ja czuję lekką ulgę, jestem pewny, że właśnie zagwarantowałem sobie miejsce w kat. M30. Zostały 2 km do mety i naprawdę nie jestem w stanie już biec. Zgoła inaczej wyobrażałem sobie ten finisz. Jestem jeszcze bardziej zrąbany niż w Białym, nie mam pojęcia co mnie popycha w kierunku mety. Podłącza się jakiś rowerzysta, który jedzie bezpośrednio przede mną i toruje drogę pomiędzy tłumem, który odpoczywa nad Jeziorem Drwęckim w tę upalną niedzielę. Jeszcze tylko mostek, ostry zakręt w amfiteatr i chwiejnym krokiem ląduję na macie pomiaru czasu. Mówią mi, że byłem 10 – ty, obłąkanym wzrokiem szukam wody, po chwili jest przy mnie Monika i potwierdza, że zająłem 10 te miejsce OPEN. W tym momencie miejsca mnie jednak za bardzo nie obchodzą, szukam cienia, piję wodę, przepracowuję w głowie cały bieg.

fot. kingapulkowska.pl

fot. kingapulkowska.pl

Po jakimś kwadransie idziemy z Moniką w kierunku mety. Spotykam Bogumiła, który niesie wydrukowane wyniki.

  • No ładnie pobiegłeś. Ja za szybko zacząłem dzisiaj. – Mówi.

Pewnie ciągle pamięta mój poziom z zeszłego roku, stąd 1:20;49 jawi mu się jako dobry dla mnie czas.

Sprawdzam listę – 6 miejsce w M30, niestety pudło dzisiaj jednak nie dla mnie. Nawet licząc – bez dubli jestem czwarty. Na nic mi było to wyprzedzanie na ostatnich kilometrach.

Ta porażka już nawet nie boli. Nie ma się co obrażać na coś czego nie można zmienić. Ja zrobiłem wszystko, żeby być optymalnie przygotowanym na wiosenne półmaratony. Nie byłem – szkoda. Coś jest nie tak, ale nie od dziś wiadomo, że w sporcie najważniejsza jest konsekwencja, upór muła i anielska cierpliwość. Nie mam ani jednej z tych cech, ale to jest właśnie moja przewaga. Gdybym już był idealny to co miałbym rozwijać?

Jak śpiewał artysta muzyk – żadnego końca świata dziś nie będzie, bo w Tokio jest już jutro. Ach! To jest dopiero przenikliwe ;-) U mnie w tym roku maratonu też nie będzie. Latem chcę skupić się na nieco szybszym trenowaniu niż przez ostatnie 12 miesięcy. Więcej siły, więcej krótkich odcinków, ogólnie mówiąc biorę na warsztat znowu Danielsa, ale tym razem plan pod 5-15 km. Póki co nie strzelam focha na pana Jacka, choć nie ukrywam, że jeśli jesień nie wyjdzie, to trzeba będzie coś z treningiem pokombinować. Póki co myślę o lecie, chcę wykorzystać ciepłe miesiące pod szybsze bieganie, które zimą z wiadomych względów jest w naszym klimacie niewykonalne.

PS. Przed startem i po zawodach zagadał mnie człowiek, że kojarzy mnie z bloga. To chyba najprzyjemniejsza rzecz jaka mi się przydarzyła w ostatnim czasie. Jednak nie tylko żona z mamą tutaj zaglądają. Tato wczoraj dzwonił, że zacznie czytać jeśli popracuję nad interpunkcją…;P (żarcik).

PS2. Gratulacje dla Sławka, który znowu pozamiatał. Nie wiem co ten gość je, ale z pewnością nie są to małe kanapeczki..;)

PS3. Nie ma pękania na robocie. Jeszcze będzie dobrze!

Po takim starcie to tylko dobre bragga potrafi człowieka wrócić do żywych ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+