Na początkowych stronicach Zbrodni i Kary opisana została niezwykle ważna dla całej opowieści Dostojewskiego rozmowa Marmieładowa z Raskolnikowem. W jednej z zatęchłych Petersburskich szynkowni stary zapity Siemion tłumaczy młodemu Rodionowi kilka życiowych prawd. Jedna z nich brzmi – najgorsze w życiu to nie mieć dokąd pójść.

Bo jeśli nie ma się już do kogo iść, jeśli iść już nie ma dokąd – to koniec! Przecież chociaż tak powinno być, żeby każdy człowiek miał przynajmniej dokąd pójść!(…) Czy pan wie, szanowny panie, co to znaczy nie mieć dokąd pójść? Na pewno pan nie wie! I na razie nie zrozumie pan tego…

Fiodorowa powieść to opasłe tomisko – zwłaszcza jak na moje czytelnicze możliwości, które sięgają co najwyżej rozmiarów Latarnika i podobnych nowel – ale jakimś sposobem właśnie spośród tych setek kartek, tysięcy słów, genialnych dialogów właśnie owo proste i krótkie spostrzeżenie Marmieładowa szczególnie ugrzęzło mi w pamięci i sercu.

Nie mieć dokąd pójść to dla mnie – nie mieć celu, ale z drugiej strony to także pozbawić się możliwości powrotu. Człowiek stoi w miejscu bez szans na jakikolwiek ruch – ani wprzód, ani do tyłu. W tym wpisie będzie o wracaniu, mentalnym, duchowym – do dobrych doświadczeń, wspomnień, wydarzeń, ludzi, oczywiście w kontekście biegowym.

Nie wiem jak Wy ale ja lubię wspominać dobre biegi, zawody w których dałem radę pobiec lepiej niż oczekiwałem. Zwłaszcza w momentach kiedy nie idzie, gdy w głowie pojawia się zwątpienie i rozterki takie dobre doświadczenia z przeszłości działają jak łagodzący balsam. Przynoszą ważną informację, dobrą nowinę – że przecież potrafię, bo już raz, może dawno, ale się udało.

400 m, Warszawa 2007 (52,17)

To były Akademickie Mistrzostwa Polski, albo Mistrzostwa Polski Szkół Wyższych – w każdym razie zawody uczelniane. Trzy dni biegania i dla mnie trzy starty (400/800/400 w sztafecie). Zajechaliśmy z Lublina do Warszawy jakimś ciasnym busikiem i ledwo co zdążyłem wysiąść z samochodu na warszawskim AWF-ie jak usłyszałem czyjeś zawodzenie. Kiedy raaaanneee wstaaaaają zorzeeeee….To kolega z wrocławskiej Akademii Medycznej, która zdążyła przyjechać przed nami przywitał mnie robiąc sobie z KULowej reprezentacji małe jaja. Trzymałem się potem z Grześkiem przez całe mistrzostwa, motywował, doradzał, był dobrym duchem tamtych dni. Sam czułem że jestem w życiowej formie co zresztą potwierdziłem dwa tygodnie wcześniej PB na 800 m. Na pierwszy strzał poszła jednak czterysetka. Uwielbiałem ten dystans, choć moja sylwetka tak samo wtedy jak i teraz daleka była od sprinterskiej. 63 kilo żywej wagi przy 187 cm wzrostu i studenckiej diecie pasztetowo – chińskiej. Na dodatek Grzesiek twierdził, że strasznie grzebię się w blokach. Ja z kolei miałem poczucie, że wychodzę ze startu jak strzała. Wylosowano mi jeden ze skrajnych torów – fachowcy mówią że łagodne łuki, ale dodają też, że nie wiesz co dzieje się z tyłu. Miałem tremę przed pierwszą czterysetką od roku i do tego na inaugurację mistrzostw więc zacząłem spokojnie. Powoli doganiałem gościa z najbardziej zewnętrznego toru, co udało się dopiero w okolicach 200 metra. Jedno kółko zazwyczaj wyglądało w ten sposób, że 300 metrów lecę a potem zostaje ostatnia prosta i walka z coraz gęściejszym powietrzem i sztywniejącym ciałem (przy czym, wtedy sztywnieje akurat nie to co trzeba). Tamtym razem było inaczej. Czułem że z każdym metrem nabieram prędkości (co było zapewne tylko złudzeniem), a na pewno że nabieram mocy (i to już był fakt). Na ostatniej setce odjechałem wszystkim w bardzo efektowny sposób tym samym wygrywając serię i poprawiając PB o 1 sekundę. Na mecie zero bólu, tylko siła i wielka euforia. Zbiłem się klatami z Grześkiem niczym czarnoskórzy madafaka z raperskich teledysków i miałem ochotę na kolejne wyścigi. Spiker wycedził, że zwyciężył zawodnik z KUL-u, a dziewczyny z drużyny (bynajmniej nie zakonnice) do końca dnia gratulowały mi świetnego biegu. Tamta ostatnia setka zrobiła furorę na trybunach, odjechałem jak Schumacher w czasach dominacji.

800 m, Warszawa 2007 (1:58,67)

Wracam do tej osiemsetki choć nie do końca chcę. Szanuję ten bieg bo przyniósł życiówkę, ale po żadnym innym starcie nigdy wcześniej i nigdy później nie czułem takiego niedosytu. Był ostatni dzień mistrzostw a ja po rekordowej czterysetce chodziłem jak pod prądem. Iskry leciały gdy zakładałem kolce. Dogrzewające rytmówki po wirażu wylatałem jak szatan. Grzesiek powtarzał – Mocno! Ma być mocno! Oczy mi się świeciły z tej wewnętrznej energii jaka się we mnie wtedy skumulowała. Plan na bieg był prosty i nie miałem żadnych wątpliwości jak to wszystko powinno wyglądać. Pierwsze koło w 56 s a na drugim niech się dzieje. I rzeczywiście ruszyłem ostro zupełnie nie kalkulując. Zegar po 400 metrach pokazywał idealne 56 sekund, z tymże ja już byłem ugotowany. Doleciałem do 700 metra jeszcze jakoś wyglądając, piekło rozpętało się chwilę później. Na tym finiszowym stu metrowym odcinku zawsze stawiało, jednak tamtym razem gorący beton rozlał się po mięśniach z taką siłą jak nigdy wcześniej. Jeszcze na samych kratach przegrałem z chłopakiem z konkurencyjnego UMCS-u, dolatując na 4 pozycji w serii. Bite pół godziny leżałem potem za bandami próbując wyrównać oddech. Dług tlenowy jak w Providencie. Trzeba było się jednak zebrać bo jeszcze tego samego dnia czekała czterysetka w sztafecie i o dziwo – zebrałem się.

fot. Szwajkowski

fot. Szwajkowski

Tempo Maratońskie, Olsztyn 2016 (24 km)

Wróciłem z tego treningu mówiąc eM, że ja maratonu w tym roku to jednak nie pobiegnę. 24 km po bieżni na średnim tempie 4:03/km umordowało mnie straszliwie. Wsteczne odliczanie zacząłem już gdzieś w okolicach 16 km – pomyślałem, okej byle do osiemnastki wytrzymać, na 18 km, okej byle do dwudziestki, na 20 km, okej byle do dwudziestu dwóch…Doleciałem do 24 km kończąc na autentycznie miękkich i drżących nogach. Ludzie, toż do maratonu to jeszcze 18 kilosów bym musiał doklepać, never ever…Powiedziałem sam do siebie na prawie pustym stadionie. Tamto tempo maratońskie było dla mnie prawdziwym kamieniem milowym, z każdym następnym dniem czułem się coraz lepiej i od tamtej niedzieli do samego maratonu przez kolejne trzy tygodnie samopoczucie już tylko rosło.

42,195 km, Poznań 2016 (2:48;30)

Nie mam wątpliwości że to był najlepszy bieg w mojej historii. I dokładnie w taki sposób podchodziłem do maratonu, jak do egzaminu z całości biegowego życia. Świetnie udało mi się zbalansować podejście mentalne do startu. Dużo motywacji i skupienia, a jednocześnie luz, uśmiech i cała beczka optymizmu – to właśnie towarzyszyło mi w głowie tuż przed strzałem. Podczas przygotowań – nie goniłem, nie było pośpiechu w treningu. Starałem się słuchać organizmu i trenować cały czas na lekkim niedosycie. Kurczę…ja tysiączki na miesiąc przed maratonem biegałem po 3:55-4:00, naprawdę wolno (fakt, że na 1′ przerwie) ale jednak. W samym biegu zagrało absolutnie wszystko, miałem idealne prowadzenie na całej trasie, żołądek nie fiksował, a pogoda z lekkim pomrukiem deszczowych chmur na 30 km – miodzio warun.

orlen-out-mor17_11_lks_20170423_093641.jpg-14026

10 km, OWM Warszawa 2017 (34:18)

Niesamowity był to dla mnie bieg. Zaraz za półmetkiem wydawało się, że nic z tego nie będzie, zacząłem tracić kolejne cenne sekundy, tempo spadało, wiatr się wzmagał aż tu nagle koło 8 km odżyłem, złapałem entuzjazm i moc w nodze. I pędziłem do samego końca jak byk w płachtę torreadora. Pamiętam zwłaszcza ten 9 km, w mordę Wind miotał jak oszalały i nie robiło to na mnie praktycznie żadnego wrażenia. Prawdziwe nitro odbezpieczyłem jednak dopiero na ostatnim tysiącu metrów zamykając dychę kilometrem w 3:10.

To tylko część pozytywnych biegowych wspomnień do których czasem lubię wrócić choćby przeglądając zdjęcia z zawodów, albo tracki z treningów. Ogólnie zdrowo jest nie pamiętać złego, (że powołam się na Pawła z Tarsu i jego Hymn o Miłości) a bardziej pielęgnować w sobie dobre doświadczenia. Chociaż z drugiej strony biegowe zgony też zawsze sobie chętnie powspominam.

Uwielbiam opowiadania Marka Hłaski, w jednej chwili śmiejesz się przy nich szczerze i głośno, żeby akapit niżej mieć łzy w oczach. W opowiadaniu List śmiechu akurat nie ma zbyt wiele. Jest za to człowiek, który od lat czeka na ten tytułowy list, czeka a listonosz konsekwentnie odpowiada – Nie, nic dla pana dzisiaj nie było. Może jutro będzie. I tak codziennie. Kiedy jednak finalnie korespondencja dociera, nasz bohater z przejęciem i podekscytowaniem rozdziera kopertę licząc że to list od dawnej miłości, starego przyjaciela, kogokolwiek kto jeszcze o nim nie zapomniał. Okazuje się niestety, że ów wyczekany latami list to jedynie łańcuszek szczęścia wysłany losowo przez anonimowego człowieka który wcale nie chce mieć z adresatem nic wspólnego.

Gdybym dostał w końcu list – nie umierałbym samotnie. Konstatuje w pewny momencie bohater opowiadania.

Ten wpis nadaję dzisiaj sam do siebie, żebym w chwilach biegowego zwątpienia i rezygnacji mógł wrócić myślami do dobrych momentów i znalazł w nich motywację żeby pójść naprzód.

PS.

Trochę pompatycznie to wszystko wyszło, ale liczę że zostanie mi wybaczone ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+