Antylopy Gnu mają przerąbane życie. Przemierzają setki kilometrów w poszukiwaniu pożywienia, często pokonując rwące potoki, w których czają się krwiożercze krokodyle. A kiedy już antylopy, którym uda się przeskoczyć nad szczękami drapieżnych gadów dotrą na łąki i zielone pastwiska i tak nie mogą spokojnie skonsumować posiłku. Szybko stają się bowiem atrakcyjnym kąskiem dla gepardów, lwów czy hien. I tak w kółko, potem znowu wędrówki przez niebezpieczne rwące rzeki, nowe pastwiska i biegowe sparingi z dzikimi kotami. Jedyną bronią Gnu przed drapieżnikami jest brykanie i ucieczka. Brykając dają sygnał przyglądającym się z daleka lwom, że są w dobrej formie fizycznej i nie opłaca się ich gonić, ponieważ i tak dadzą radę uciec. Los antylop Gnu jest dość przykry jeszcze z jednego powodu. Niecodzienne i nieco niezsynchronizowane brykanie antylop sprawia, że wyglądają podczas tych pląsów dość zabawnie, z tego też tytułu ludzie ochrzcili Gnu prześmiewczym mianem – błaznów równin.

Kiedy na trzy godziny przed startem w Onico Gdynia Półmaratonie oglądałem w telewizji materiał o tych kopytnych ssakach nie wiem czemu ale poczułem do nich jakąś dziwną, metafizyczną sympatię. Może dlatego, że Gnu mają generalnie rzecz ujmując – przesrane, ale mimo tego nie łapią doła, tylko robią swoje. I z takim właśnie nastawieniem udałem się na gdyński Skwer Kościuszki – aby ZROBIĆ SWOJE.

A co to znaczyło dokładnie? Chciałem utrzymywać tempo 3:30/km tak długo jak to będzie możliwe. Samopoczucie dopisywało, słoneczna wyżowa pogoda, niska temperatura, wszystko pięknie, tylko ten wiatr od morza mącił mój spokój. Dzień wcześniej sprawdzając w prognozach siłę i kierunek wiatru ubzdurałem sobie, że podmuchy nie powinny być problemem, ponieważ trasa biegu jest tak usytuowana, że na przeważającej części wiatr nie będzie napierać centralnie w japę, ale raczej zachodzić z boku. Jak bardzo nietrafione były moje przewidywania miałem się jednak dowiedzieć później. Tymczasem….

START!

No lodzio miodzio, oko się szkli, pierwsze metry idą jak na rozbieganiu. Nie gonię, lecę luźno niejako rozgrzewkowo i rozpoznawczo, biegowa sielanka co się zowie. 1 km łapię na znaczniku w 3:26 – gra i buczy. Na drugim kilometrze od początku czuję pod nogami, że zaczął się sensowniejszy podbieg, dlatego żeby skontrować ewentualne spadające tempo zaczynam trochę mocniej pracować kolankiem. Biegniemy. I biegniemy. Dalej biegniemy a tej cholernej flagi z 2 km ani widu ani słychu! Jest! W końcu jest łaskawa pani…tylko że dobiegam do niej dopiero w 3:50!?

No i w tym momencie sielanka się skończyła a zaczął wyścig z czasem. Zacząłem coraz mocniej napierać, żeby nadrobić te stracone już na samym początku sekundy. 3 km – 3:37…na niewiele to się zdaje, bo do planowych 3:30 wciąż brakuje…Przez chwilę mam mętlik w głowie – czy to ja jestem dziś tak słaby, czy to jednak ten podbieg aż tak daje się we znaki. Na 4 km – 3:24, a więc wracam do gry. To chyba jednak był ten podbieg, teraz nadgonię! Tak, teraz już pójdzie jak po sznureczku. Na 5 km mam trochę zagadkę, bo najpierw mijamy matę pomiarową i tutaj międzyczas mam coś w 3:13…flaga jest jednak wyraźnie dalej i do niej dobiegam w 3:37 (czyli 5 km w 17:56, ale już w oficjalnych wynikach zapisali mi 5 km w 17:33…Wrr, jak ja nie lubię takiego burdelu ze znacznikami!). No ale dobrze, lecimy dalej, a leci się fajnie, z mocą, energią, ten wiatr gdzieś tam się kręci, ale teraz jest z górki więc sprawy wiatru schodzą na dalszy plan. Napieramy razem z dziewczyną z Ukrainy, która już od trzeciego kilometra biegnie ze mną ramię w ramię. 6 km 3:21. 7km – 3:25. 8 km – 3:31 i wciąż lecimy z kobitką wyprzedzając kolejne osoby. Na tym odcinku z 29 miejsca awansuję na 23. 9km – 3:19. Łooo panie, tak to można biec! 10 km w 3:41 ale tam było trochę pod górkę więc nie przejmuję się tym za bardzo, ważne że pierwszą dychę zamykam w 35:15 a więc niewiele gorzej od założonego tempa. Można lecieć dalej. 11Km – 3:22 całkiem dobra inauguracja drugiej połówki dystansu! 12 km i…i koleżanka zza Buga zaczyna mi odjeżdżać. 3:35/km ale zostaję sam. Po długiej nudnej prostej gdzieś na obrzeżach Gdyni zbliżam się do nawrotki. Nawracam. Jeb. Wiatr. To jeszcze nie jest jakiś straszny podmuch, to jeszcze da się przetrawić. 13 km – 3:32. Strata do Ukrainki jest już porządna, ona rzeczywiście robi swoje, pierwsze 10 km otworzyła średnim tempem po 3:31 i nie zamierza zwolnić ani na sekundę. Ja tymczasem zwalniam i to porządnie. 14 km – 3:39…No co Wam będę mówił, no wiało a ja z każdym metrem zaczynałem się z tego powodu coraz bardziej mazgaić. 15Km – 3:42 i tutaj zaczynam już pochlipywać jak mała dziewczynka, której starszy brat urwał główkę….główkę ulubionej lalki Barbie rzecz jasna. Na 15 km jestem w 53:06 i jest to moje PB na tym dystansie…próbuję się jakoś pocieszać, jakoś odegnać te negatywny myśli. 16 km – 3:38. 17km – 3:31. Trochę trasa zmienia kierunek, teraz już nie będzie wiało, prawda? Powiedzcie mi że już nie będzie…A chuja tam…nie dość, że dalej wieje to jeszcze droga zaczęła wspinać się Świętojańską jakby prowadziła na Śnieżkę, Śnieżnik, albo inne Śnieżne Kotły. Tu już wyglądam źle, robię miny o których istnieniu nie miałem pojęcia (ciekaw jestem fotek).

fot. Agata Masiulaniec

fot. Agata Masiulaniec

Walczę, próbuję, staram się coś jeszcze z siebie wycisnąć, ale wychodzi kupa…18km – 3:48…Ale teraz będzie już dobrze, prawda? Już będzie lepiej, podbieg się skończył a my skręcamy w stronę linii brzegowej, teraz będzie dobrze, co nie? Zbieg, no niby zbieg ale pod wiatr i totalnie nie mam radochy z tego całego zbiegania. Nie idzie mi to, skaczę jakimś dziwnym krokiem i czuję, że jeśli ten zbieg zaraz się nie skończy to rozwalę sobie łydki. 19Km – 3:18. Teraz w końcu będzie dobrze. Została końcówka, jeszcze tylko nawrócić i wzdłuż morza bulwarem, turystycznie, z widoczkami…tak, teraz już będzie okej…Ale cholera nie jest, jest źle, jakby zepsuły mi się łydki, nie umiem lądować, nie umiem się wybić, jakaś dziwna mięśniowa niemoc, której jeszcze nigdy w życiu nie przeżyłem. 20Km – 4:00…Jestem zrezygnowany. Wyprzedza mnie facet z Malborka, tracę jedną pozycję i obracając się widzę, że nadciągają kolejni. Co się stało z tymi łydkami?! Nie mogę tego pojąć, frustruję się, bo oddechowo jest naprawdę luźno, nie czuję wysokiego tętna, tylko nie potrafię się już zmusić, nie potrafię się już zerwać, jestem przybity. W końcu zakręt na molo, w końcu widzę tę cholerną metę, nie jest tak daleko, jeszcze trzeba popracować, ten ostatni raz, nie dać się już nikomu więcej wyprzedzić, dowieźć te miejsce i ten czas. Dowożę. Dowożę 24 miejsce OPEN i 1:15:15 (netto).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No dobrze, a teraz czas na chwilę szczerości. Czy ja jestem zadowolony z wyniku?

Najgorsze co można zrobić to się na coś nastawić i się rozczarować. Ja się usrałem na 1:13 z przodu. Tak się mówi, prawda? Usrać się na coś, czyli nastawić. Kiedy po 16 km uzmysłowiłem sobie w swojej małej główce że z 1:13 nici już mi zaczęło być trochę wszystko jedno.

Nie ma 1:13, nie ma 1:14, jest 1:15 – no cóż, dystans mnie zweryfikował, widocznie aktualnie jestem gotowy tylko na takie bieganie. Na następny półmaraton trzeba będzie się po prostu przygotować lepiej. Innej drogi nie ma i nigdy nie było.

16 z 16 MISSION COMPLETE

;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+