Przyglądałem się tej górce od ponad roku. Startuje w pobliżu KFC gdzie smród smażonego tłuszczu łaskocze nozdrza, a kończy przy samym wjeździe do Szpitala. Dostrzegacie życiową metaforę krajobrazu? Kilkaset metrów  dość łagodnego wzniesienia, gdzie równolegle po torowisku suną zielone tramwaje. Dopiero u szczytu teren załamuje się ku górze z większym przekonaniem. Idealne miejsce żeby nieco sponiewierać nogi podczas treningu siły biegowej. Przyglądałem się tej pół kilometrowej górce od dawna, ale jednak konsekwentnie wybierałem las i skip A po nierównościach. Dopiero w ten wtorek stwierdziłem, że pora skonfrontować się z tym wydłużonym podbiegiem śladem wygodnej kostki brukowej.

6 x 450 metrów + OWB1 = 15 km

Po czym poznać, że trening wszedł jak szpadel w czarnoziem? Kiedy każde kolejne powtórzenie samoczynnie biegniesz szybciej niż poprzednie. Najbardziej dusiłem się na pierwszej przebieżce, nogi mdlały jakby odzwyczajone od takich eksperymentów. Ale już od drugiego podbiegu zmęczenie robiło się coraz przyjemniejsze, a strużki potu ryły sobie wygodną drogę w pomarszczonych od wysiłku rysach twarzy. 1:39/1:38/1:37/1:36/1:35 i kiedy ruszyłem na ostatnią rytmówkę wcale nie miałem zamiaru specjalnie cisnąć, tymczasem na szczycie wyłapałem 1:31  – organizm się rozgrzał, a ja wiedziałem, że to było naprawdę dobre.

Nigdy wcześniej nie robiłem tak długich odcinków na podbiegu i bardzo mnie ten trening podbudował. Jednak pierwszy prawowity akcent tego lata miał nastąpić dzień później – w środę.

Fartlek – po szwedzku.

Zabawa Biegowa – po polsku.

Nie od wczoraj bardzo bawi mnie polskie sformułowanie. Musiał je stworzyć ktoś o niecodziennym poczuciu humoru. Zabawa? Może i zabawa ale bardziej stylu sado maso, niż weselnym.

6 x (2′ p.1′ w tr. + 1′ p. 30” w tr. + 30 ” p.1′ w tr.)

Już samo rozszyfrowanie tego zapisu stanowi niemałą zabawę dla umysłu.

Miałem wątpliwości czy po tak mocnej sile biegowej w ogóle robić środowy trening, ale o dziwo od początku czułem się dobrze. Podjechałem na Leśną i po 2 km rozgrzewki i krótkiej gimnastyce ruszyłem na pierwszą 2 minutową przebieżkę. Krótkie przerwy, żwawe odcinki i w końcu genialna chłodna pogoda, z rześkim jak poranek powietrzem – bawiłem się przednio. Po 36 minutach trening zasadniczy dobiegł końca, sęk w tym, że byłem jakieś 8 km od domu. Stwierdziłem, że wytupię te kilometry i tak też się stało. Wtorek – 15 km, Środa – 19,5 km – tak zaczął się mój biegowy tydzień.

Chyba rzeczywiście coś w tym jest, że jesienią odżywam. Im bliżej do pierwszych wrześniowych dni tym z większą lekkością kręcą się nogi. Obym tylko nie zapeszył. Tymczasem w sobotę trening R – 10 x 200m + 5 x 400m, dawno nie robiłem takich cudów.

Szukanie prędkości rozpoczęte!

PS.

W poprzednim tygodniu w końcu objętość przebiła szklany sufit 100 km. W tym i kolejnym będzie nieco mniej, a w pierwszy weekend września powinienem przetrzeć się na 10 km. Pierwszy start od ponad 2 miesięcy! Trasa w Braniewie miała być z atestem, ale nie będzie. Może i lepiej.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+