Miałem od kilku dni jakieś irracjonalne poczucie, że czeka mnie dobry bieg. Jakieś dziwnie głębokie przekonanie, że powalczę, jak dawno nie walczyłem. Bieg Uniwersytecki, bo o nim mowa to specyficzna impreza. Trasa jest trudna technicznie, ze zróżnicowaną nawierzchnią, wiedzie alejkami Kortowa wokół uczelnianych budynków i studenckich akademików, startuje i kończy na kortowskim stadionie. Dystans raczej przekracza 10 km niż miałby być niedomierzony, pogoda co roku jest wymagająca, stąd wyniki zwycięzców z ostatnich lat są dalekie od tych – życiówkowych. Zapowiadała się więc typowa walka o miejsce, z czym mam od jakiegoś czasu dość duży problem. Oczywiście mówię o rywalach w moim zasięgu czasowym, z którymi od kilku miesięcy regularnie przegrywam w bezpośredniej konfrontacji. W marcu pisałem o porażce z Rafałem podczas City Trail – 7 sekund w plecy, w kwietniu z tym samym Rafałem przegrałem na Orlenie – 20 s straty, tydzień temu w Giżycku przegrałem z panem Przemkiem – 15 s w tyłek. We wszystkich przypadkach wychodziłem z założenia, że dojdę rywala w drugiej części dystansu. Puszczałem w okolicach 2-3 km licząc, na to, że odrobię straty pod koniec biegu. Misterny plan za każdym razem jednak brał w łeb. Jakieś kilkanaście lat temu dużą popularność na arenie międzynarodowej robił rosyjski zespół Tatu ze swoim największym hitem – Nas ne dogoniat. Moja taktyka na biegi brzmiała przez ostatnie miesiące – Ja go dogonia. Gdy na liście startowej dzisiejszego biegu znalazłem pana Przemka, postanowiłem, że tym razem będę się trzymał rywala jak rzep, nawet jeśli miałbym w połowie dystansu zejść z trasy.

fot. Wyborcza Olsztyn

fot. Wyborcza Olsztyn

To był pojedynek w samo południe. Kilka minut po godzinie 12 – tej, starter dał znak. Ruszyliśmy! Jestem zmotywowany, ruszam energicznie, przesuwając się stopniowo w górę stawki. Po 200 metrach wybiegu ze stadionu kształtuje się 6 osobowa czołówka. Mocna czwórka faworytów spośród których tak naprawdę każdy może wygrać ten bieg, poza tym ja i pan Przemek. Wszystko się zgadza, jest tak jak to sobie wyobrażałem. Ciśniemy. Całą szóstką biegniemy około 1,5 km po czym mocniejsi zawodnicy stopniowo odjeżdżają. Zostałem sam z panem Przemkiem, powtarza się między nami tasowanie z zeszłego tygodnia. Raz ja wychodzą nieco w przód, raz On, trudno powiedzieć kto jest dzisiaj mocniejszy. Mija 2 km, potem 3 km i kończymy pierwszą pętlę. Jeszcze wspólnie, ale powoli robi mi się ciężko. Nogi robią się miękkie, na pewno znacie to uczucie jakby mięśnie mdlały. Przed nami długa prosta zwieńczona podbiegiem a ja powoli pękam. Powtórka z Giżycka, z tym że wtedy odpadłem od rywala około 3 km tym razem dobiegamy już w okolice 4 km. Zbieg i przeciwnik coraz wyraźniej się oddala. Nie jestem w stanie skontrować, miękkie nogi wcale nie zmieniają swojego stanu. Na domiar złego słyszę za sobą stukot butów. Ale jak to?! Kto to?! Przecież wszyscy mocni są z przodu…Wyprzedza mnie starszy mężczyzna…Już wiem kto to, to pan Marek Dzięgielewski, zapomniałem o nim, bardzo mocny zawodnik z kat M50. Tracę pozycję, zyskuję za to dystans do p. Przemka, który przez dłuższy moment dotrzymuje kroku panu Markowi i wyraźnie odjeżdża. To jest koniec! Już tej wiosny nigdzie nie startuję! Mówię do siebie w myślach. Biegnę jak paralityk machając rękami na oślep, trudno moją postawę nazwać – biegową. Sunę do przodu napędzany bardziej głową niż mięśniami. Myślę o nieszczęsnym podbiegu po piasku pod koniec pętli i tym jak bardzo mnie zmasakruje. Jestem słaby ale pociesza mnie to, że się nie duszę, oddechowo radzę sobie z biegiem dość znośnie. Tylko te nogi, po raz kolejny mnie zawodzą.

fot. D. Mitkowski

fot. D. Mitkowski

Kończy się druga pętla, wciąż jestem siódmy i tracę do pana Przemka kilka, a może kilkanaście sekund. Nie wiem, nie kontroluję. Wiem, że jest wyraźnie przede mną, ale strata się nie powiększa. Skrzywiony ruszam na ostatnią 3 pętlę, więc długą prostą z podbiegiem na końcu. Biegnie mi się ciężko, ale stabilnie, nie zaczynam diametralnie zjeżdżać z tempem. Napieram. Wdrapuję się pod górkę i w tym momencie zbieram pierwsze większe grupy dublowanych zawodników. Póki co jest szeroko, ale po chwili droga staje się węższa. Mijanka na szczęście wychodzi bezkolizyjnie. Patrzę na pana Przemka i w głowie pojawia się iskierka nadziei. A może jednak dogoniat? Na półtorej kilometra przed metą przy macie kontrolnej sprawdzam ile czasu tracę do rywala. 5 sekund! Jeden zakręt, drugi zakręt, leśna ścieżka, mocna nawrotka. Chyba go mam. Przeciwnik jest na wyciągnięcie ręki. Za chwilę powinniśmy biec ramię w ramię. Na 1 km przed metą tak właśnie się staje. Biegnę i nie wierzę że to się udało. Przecież w połowie dystansu chciałem rzucić to wszystko i jechać do Radomia, a tymczasem…Lecimy równo a ja czuję, że mam zapas! I już wiem, że ten finisz mogę rozegrać jak tylko będę chciał. Zaczekać i puścić nogę na mojej ukochanej bieżni na 200 metrów przed metą? A może ruszyć już teraz i uniknąć nerwówki? Robi się naprawdę ciasno bo dublowanych jest coraz więcej. To jednak będzie dobry moment, żeby urwać się przeciwnikowi – myślę i chwilę później przyśpieszam. Czuję moc, czuję spokój i lekkim slalomem omijam kolejnych biegaczy. Jeszcze tylko ten piaskowy podbieg…Ale wchodzi jak marzenie i jestem na wygodnym asfalcie. Kilkaset metrów dobiegu do bieżni. Obracam głowę – przewaga jest wyraźna. Jestem na stadionie, zapach tartanu unosi się w powietrzu skąpanym słonecznymi promieniami. Pięknie! Pewnym krokiem zmierzam do mety. Na ostatnim kilometrze udaje mi się wypracować jeszcze 12 sekund przewagi nad panem Przemkiem.

20170603_124234

Rollercoaster, to jest teraz popularne słowo jeśli ktoś chce celnie nazwać huśtawkę emocjonalną. Pasuje jak ulał do mojego biegu. Dziwne, że dopiero od 9 km nogi zaczęły pracować jak należy, podczas gdy wcześniej ewidentnie składały wniosek o bezpłatny urlop.

W końcu wygrałem bezpośrednią rywalizację, choć nie w taki sposób jak sobie to wymyśliłem przed biegiem. Znowu puściłem i liczyłem, że dogonię. Dogoniłem, ale na ostatnią chwilę.

Rywalizacja z panem Przemkiem była o tyle ważna, że obaj jesteśmy w kat M30, więc dzięki tej wygranej stanąłem na 2 stopniu podium w M30, OPEN natomiast finiszowałem na miejscu 6 – tym. Czas 36:18, do zwycięzcy straciłem 2 minuty, natomiast do podium nieco ponad minutę, więc czas na tej trudnej trasie uważam za dość przyzwoity.

Mam duży dylemat czy biegać za tydzień HM w Ostródzie, czy jednak sobie darować. Zapowiada się upał, a jak widać moja forma jest mocna tylko że niestabilna i różnie może ze mną być podczas tak długiego biegu jak 21 km.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+