Siedziałem w pociągu do Międzyzdrojów, w którym tak naprawdę nie powinno mnie być. Przedział nabity w opór zupełnie obcymi ludźmi i tymi, których znałem aż za dobrze. Noc raczej z tych ciepłych, ale świst hulającego po wagonie wiatru i stukot kół uniemożliwiał sen. Z Opola nad Bałtyk szmat drogi, miałem więc dużo czasu na przemyślenia.

Prawo ironii losu to szatański wynalazek. Choć o ironio, bardziej przypisywałbym go Stwórcy, niż diabłu. Ponoć Bóg na swoim wysokim tronie tak zanosi się śmiechem z ludzkich logicznych planów i pragnień, że dopiero składanka „Karol Strasburger The Best Of”, jest w stanie Go uspokoić.

Logiczna byłaby podróż w zeszłym roku. Już w styczniu czułem, że sprawy zmierzają w dobrym kierunku. Forma wykuwała się w oparach taniego wina i drogiego piwa podczas pamiętnego obozu w Jarnołtówku. Styl nie najlepszy, ale skuteczność już niezła. Z początkiem marca pewnie wygrałem wojewódzkie przełaje i co ważniejsze potwierdziłem też dyspozycję w wymagającej obsadzie chłopaków z Górnego Śląska podczas Crossu Trybuny w Mysłowicach. Dobiegłem trzeci, wioząc przez ponad dwa z trzech kilometrów gości na swoich plecach – jak to dzisiaj się ładnie nazywa. Na makroregionie choć przydarzyła się już lekka zadyszka formy finiszowałem na 4 miejscu niedużo tracąc do liderów. Należały mi się wtedy Kielce. Spełniłem wszystkie wymagania. Dlaczego ominęły mnie tamte mistrzostwa? Nie wiem. Pamiętam tylko krótkie – „i tak niczego tam nie nabiegasz”, rzucone przez trenera.

To może jeszcze wcześniej i rok 2000? Nie można powiedzieć, żeby było to poważne bieganie. Miałem 13 lat, kategoria – dziecko starsze, nawet nie mieliśmy własnych mistrzostw. Była jednak szansa startowania z młodzikami i na to liczyłem. To były najlepsze miesiące mojego biegowego życia, jak zacząłem wygrywać 3 grudnia 1999 w Opolu, tak nie zaznałem porażki do marca 2000. W końcu jednak przyszedł Myszków, trasa jakby żywcem wyjęta z planu filmu o II wojnie, mżawka i przejmujący chłód. Moje pierwsze Makro i pierwsza porażka od wielu miesięcy. Dobiegam drugi, a na podium nie wystarcza dla nas nawet medali. Drugi 13 – latek na dwa województwa, myślałem, że to wystarczy na Mistrzostwa, stało się jednak inaczej.

„Masz jeszcze czas na Mistrzostwa Polski” mówi trener i pewnie ma rację.

Czas wcale nie zleciał szybko, ale w końcu 3 lata później siedziałem w pociągu na Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży 2003, na którą wcale się nie zakwalifikowałem. Już wojewódzkie wyszły blado, a podczas Makroregionów w Mysłowicach rywalizując o miejsce premiujące dobiegłem w okolicach 20 pozycji. Za daleko. Było jednak coś takiego jak lista rezerwowa. I tę furtkę miał na myśli trener, gdy spytał „Chcesz jechać na mistrzostwa Polski?”. „Chcę” – odpowiedziałem twierdząco i tydzień później wsiadałem do pociągu, w którym pierwotnie wcale nie czekało na mnie miejsce.

Moje pierwsze mistrzostwa Polski i choć nie tak sobie to wyobrażałem, czuję dużą ekscytację. W końcu będę miał okazję powalczyć o naprawdę ważny medal. Bo właśnie po to tam jadę, po medal. Najlepiej złoty, bo dlaczego nie? I tak ktoś go zdobędzie. Jestem w najgorszej formie od lat, między Opolem a Katowicami mieszka co najmniej 20 gości lepszych ode mnie jak pokazały Makroregiony, ale to może tylko działać na moją korzyść. Ja nic nie muszę, co najwyżej mogę. Nikt nie oczekuje po mnie niczego więcej jak tego, że nie przybiegnę ostatni. Idealna pozycja do ataku, żadnej presji. Zawsze łatwiej wyskoczyć z drugiego szeregu. Dlatego póki co– morda w kubeł, nikomu ani słowa.

  • Staszek, jak forma?
  • Byle dobiec.

Więcej się ode mnie nie dowiecie.

Realne myślenie o zwycięstwie jest o tyle łatwiejsze, że tak naprawdę nie wiem z kim będę rywalizował. Nie ma facebooka, ani enduhub, więc żeby czegokolwiek dowiedzieć się o człowieku trzeba z nim porozmawiać. Informacje o tym kto może być mocny roznoszą się jedynie drogą pantoflową. Wiem, że szybcy są chłopcy ze Śląska zwłaszcza Skoczyński i Kokot, ktoś inny rzucił, że nad morzem biega jakiś Chabowski, a cholera wie jaki poziom mają na wschodzie, bo akurat ze sforsowaniem Wisły nasze przecieki miały problem.

Po nocnej podróży docieramy na miejsce. Jak na marzec pogoda nawet znośna, a sam widok Bałtyku działa na mnie ożywczo. Kwaterują nas w hotelu wieżowcu nieopodal plaży. Winda, komfortowy pokój, morze za oknem, a jutro walka o tytuły. Robi się naprawdę profesjonalnie. Reprezentujemy województwo Opolskie, ludzie są rozsiani z różnych klubów i miejscowości. Niezawodny Korfantów, jak zwykle mocne Głuchołazy, Opole jak przystało na stolicę i trzech chłopaków z Kędzierzyna. Jacek, Dawid i ja najmłodszy z całego towarzystwa. Obiektywnie patrząc największe nadzieje pokładane są w Dawidzie, ale nikt nie wie, że to ja już od kilkunastu godzin permanentnie i poważnie myślę o zwycięstwie.

Popołudniu wychodzimy na rozruch. Biegnie mi się inaczej niż jeszcze dzień wcześniej setki kilometrów stąd. Lepiej. Pomorze mi służy, odkąd pamiętam tak właśnie było. Kwestia jodu? Nie wiem, ale jest świetnie! Truchtamy, odciskamy ręce w alei gwiazd.

No właśnie, co do gwiazd. W poniedziałek w szkole będą zaskoczeni. Wezmę medal ze sobą. Wyskoczy mi niby przypadkiem podczas wyciągania na ławkę podręczników.

  • Krzyś, coś ci wypadło. Podpowie koleżanka.
  • Och, to tylko złoty medal mistrzostw Polski. Odpowiem mimochodem.

Na długiej przerwie dyrektor zaprosi mnie do siebie. Powie, że jest dumny i zapyta – jak było? Powiem, że choć nie należałem do faworytów, to bardzo chciałem tego zwycięstwa i wierzyłem w nie mocniej niż inni. Powiem, że trzymałem się pleców lidera przez cały dystans i choć głowa wołała, żeby odpuścić to nie chciałem jej słuchać. Opowiem o finiszu, który zacząłem jeszcze na plaży a dokończyłem na ostatnich porośniętych trawą metrach. Kiedy będę wychodził dyrektor z uznaniem poklepie mnie po plecach i doda:

  • Słuchaj Krzysiek, przegłosowaliśmy rankiem na specjalnie zwołanej radzie pedagogicznej, że szkoła zmieni patrona. Publiczne Gimnazjum im. Biegacza Krzysztofa, podoba Ci się?

Odpowiem, że bardzo, choć wolałbym zostać wymieniony też z nazwiska.

Tak będzie, tylko niech w końcu się zacznie.

Tymczasem jest wieczór, na hotelowym korytarzu jeden z trenerów przygotował dla nas odprawę. Dostajemy numery i końcowe instrukcje. Na sam koniec zaczyna się jednak prawdziwe motywacyjne przemówienie.

Nie znaleźliście się tutaj przez przypadek. Każdy z was przeszedł długą drogę, żeby móc jutro wystartować w mistrzostwach. Jesteście najlepszymi zawodnikami z całego województwa, wybrani, wyselekcjonowani przez swoich klubowych trenerów i międzywojewódzkie eliminacje. Pamiętajcie, że jutro walczycie nie tylko dla siebie, ale też dla całej drużyny. Każde wasze miejsce, nieważne czy pierwsze czy ostatnie oznacza punkty. Dlatego nawet jeśli dosięgnie was wielki kryzys, nie schodźcie z trasy, ale dokończcie bieg. Liczę na was jako trener, który przyjechał tutaj setki kilometrów razem z tą drużyną i liczą na każdego z was wasi koledzy. Nie zawiedźcie jednak przede wszystkich samych siebie.

Skan_20170724 (3)

Następnego dnia wstaję dość wcześnie. Jestem wypoczęty i pełny energii. Czuję duży spokój, bo przecież wszystko już sobie w głowie ustaliłem. Mocny start, sklejenie liderów i atomowa końcówka. A potem cały ten splendor i udawanie, że wcale się tego nie spodziewałem.

Na starcie dzielą nas w strefy ustalone na podstawie macierzystego województwa. Mój boks znajduje się w skrajnej części. Linia startu ciągnie się dobre kilkadziesiąt do stu metrów i przez pierwszy kilometr trasa zapowiada się na bardzo szeroką. Dobrze, powinno być wygodnie. Gorzej, że tłum jest głupi, więc doskonale wiem jak to będzie wyglądać. Kilku wariatów wyrwie mocno do przodu, a reszta automatycznie rzuci się za nimi, przez co pierwszy kilometr wyjdzie ostry jak finiszowe metry. Ale niech i tak będzie. Muszę ten początek przetrzymać.

Jeszcze ostatnie podskoki. Kilka uderzeń pięścią po udach. Trzy głębsze oddechy.

Na mieeeeeeejscaaaaaa !!!

Nie słyszę już nic. W głowie mam wszystko rozplanowane. Niech się dzieje.

Bum!!!

….

Pół godziny później. Stoję przed tablicą ze świeżo wydrukowanymi wynikami. 78 miejsce. No i chuj.

….

Następnego dnia w szkole dzień zaczynam od matmy. Ledwo zdążyłem rzucić plecak pod ławką jak przysiada się do mnie Kaśka. Jest wyraźnie podekscytowana.

  • Mówili o Tobie!
  • Kto?
  • Słyszałam pod sekretariatem, że byłeś na mistrzostwach.
  • Ale co dokładnie?
  • No, że byłeś i że dobrze poszło.
  • Tak?
  • No, mówili, że dobrze poszło.
  • Poważnie?
  • No tak. To opowiadaj!

Dobrze poszło? Nie rozumiem. Może wygrałem jakaś kategorię o której istnieniu nie miałem pojęcia. Może coś przeoczyłem…

  • Słuchaj Kaśka, a ta nasza szkoła to jakiego ma patrona?
  • Chyba Polskich Olimpijczyków.
  • I nic się nie zmieniło?
  • Nie, a co?
  • W sumie nic. Tak tylko myślałem…

Na to wszystko do klasy wchodzi Markowska, nasza matematyca.

  • Masz zrobione zadanie panie biegaczu?
  • A co było?
  • Prawdopodobieństwo.
  • Małe. Bardzo małe, ale zawsze jakieś.
  • Markowska ci chyba takiej odpowiedzi nie zaliczy. Może i małe, ale dokładnie jakie?
  • Dokładnie? 1 do 13 983 816.
Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+