Gdy tylko miasta obrastają szyldami z informacją o rekordowej kumulacji, zdarza mi się ustawiać w kolejce do kolektury. Po kupon wchodzi zwykły Krzysztof, ale gdy opuszczam kanciapę przez następne kilka, kilkanaście, albo kilkadziesiąt godzin staję się innym człowiekiem – potencjalnym multimilionerem. I chociaż zdrowy rozsądek próbuje podrzucać teksty o prawdopodobieństwie szóstki jak – 1 do 13 983 816 to gdzieś tam w potylicy zaczynają prężyć się myśli o tym co zrobię z wygraną.

Dom? A może lepiej dom na peryferiach i kilka mieszkań gdzieś w centrum? W każdym razie nieruchomości, tak to będzie dobra inwestycja. Reszta na jakąś lokatę i niech puchnie. A co jeśli zwariuję? Nieee. Mnie to nie grozi, przecież myślę zdroworozsądkowo. Ale co innego rodzina, znajomi, jak oni dowiedzą się że wygrałem – problem gotowy. Krzysiu pożycz, Krzysiu podziel się, Krzysiu podżyruj. Patrzcie go wielki pan Milioner a tysiaka mu żal szwagrowi kopsnąć…Lepiej będzie zbytnio nie rozpowiadać. Co najwyżej żonie. Chociaż. W sumie. Ona może zwariować. Rzuci pracę, zachce jeździć na jakieś wczasy w tropiki, a ja za upałami to niekoniecznie. Ja ją znam, dziewczyna lubi się opalać. Może lepiej jak zostawię to dla siebie. Oszczędzę bliskim ciężaru, bo pieniądze mogą człowieka przerosnąć. Ja sobie z tym poradzę. Przyznam się max do 200 tyś i tak będę „wygrywał” na niby co pół roku, żeby nikt się nie zorientował. To jest dobry plan. Tak, tak zrobię. O ile w ogóle wygram, bo przecież:

1 do 13 983 816

Póki co strzegę kuponu jak oka w głowie i co chwila sprawdzam w portfelu czy aby mnie z mojej szansy nie okradli. W tramwajach bywa niebezpiecznie. Macam. Jest, ciągle jest i puszcza do mnie oko. Kupiłem sobie tytuł potencjalnego milionera na następną dobę za głupie 3 zł i niech mi ktoś powie, że nie mam głowy do interesów.

Z każdą godziną napięcie stopniowo wzrasta. Bo niby dlaczego nie ja? Ktoś musi wygrać. Mam dobre liczby, za każdym razem puszczam te same i jeszcze nigdy nie trafiłem nawet „Jedynki”, więc tym bardziej moje szanse rosną. Nikomu ani słowa. Biorę tę wygraną na siebie. Zawsze miałem dystans do pieniędzy. Albo to bardziej one do mnie. W każdym razie – nie zwariuję. Wezmę tę wygraną na chłodno. W końcu oswajam się z nią już od 12 godzin, więc nie będzie to aż taki szok jak dla tych, którzy nie traktowali swoich szans zbyt poważnie.

Rozmawiam z szefem. Mówi, że będzie miał dla mnie dużo dodatkowej roboty za te same marne pieniądze. Uśmiecham się i na wszystko przytakuję. Ale w głowie mam chochlika, który złowieszczo zanosi się śmiechem. Sesese! Sesese! Od jutra to ja mogę być szefem dla firm deweloperskich, linii lotniczych i dealerów Fiata…tfu! Porsche. Sesese!

Tik tak, tik tak, słyszę dygot wskazówek, ale czas jakby stał w miejscu. Żona krzyczy z łazienki, że przydałaby się nowa pralka. Stara tak tłucze bębnem jakby od proszków dostawała niestrawności. Odkrzykuję – kupimy! Kochanie, całą pralnię Ci kupię a Chajzer z Vizirem w ręku już od progu każdego dnia będzie witał klientów – dorzucam pod nosem.

Bim bom! Bim bom! Dzwonią na mszę. Może by rzucić coś na tacę? Nie. Nie będę oszukiwał, niech wszyscy mają równe szanse. Wygram to bez Boskiej interwencji. Z resztą handlować z Bogiem – nie wypada. Co najwyżej jak już będzie po wszystkim, może postawię jakąś nową Świątynię Opatrzności, albo chociaż opłacę kurs śpiewu organiście.

Dryn!!! Dryn!!! Ktoś dzwoni do drzwi. Sąsiadka chce pożyczyć jajka. Oddaję jej całe dziesięć, które kupowaliśmy dwa dni temu od baby z targu za 1 zł od sztuki. Żona nie mówi nic, ale po kącikach ust poznaję, że następną Ligę Mistrzów obejrzę sobie w najlepszym wypadku na telegazecie.

Kochanie – myślę – gdybyś wiedziała, co może się wydarzyć tego wieczora, sama doniosłabyś sąsiadce jeszcze szklankę cukru, kanapę i tę szafę w sypialni której tak nie cierpisz. Spokojnie. Kupimy nową.

21:00, wtorek, do godziny Wu, albo raczej godziny eM – jak miliony, zostały niecałe trzy kwadranse. Wiercę się na wersalce i pilnuję Polsatu, żeby tylko nie przeoczyć. Zawsze ta komisja musi zebrać się w przerwie filmu czy meczu, między reklamą gadających parówek a świstakiem co zawija w sreberka. Jak jakieś potajemne stowarzyszenie, byleby nikt ich nie przyuważył. Ale nie ze mną te numery Solorz!. eF – 828 znowu nadaje. Jestem. Czuwam.

21:20. Szczęśliwe liczby rzecz jasna mam wykute na blachę. Napiszę Ci o nich tylko dlatego, że gdy to czytasz prawdopodobnie finalizuję właśnie umowę na zakup nieruchomości przy warszawskim Nowym Świecie.

3 – mój numer w dzienniku, mieszkałem pod trójką, trzy razy skreślali mnie z listy studentów.

7 – tyle miesięcy miał Czesław jak zginął w katastrofie lotniczej. Czesiek był chomikiem. Spadł z balkonu.

11 – dwie pały obok siebie. W czasach szkolnych zwiastowało lanie pasem. Wybrałem tę liczbę z przekory. Niech chociaż raz kojarzy się dobrze.

31 – cel na 10 km. Po wygraniu tych milionów powinno być łatwiej go osiągnąć. Panie Salazar – jest pan brany pod uwagę! Proszę tego nie spartolić.

33 – to chyba oczywiste. Jakby zmrużyć oczy i przechylić głowę o 90 stopni w prawo, trójki wyglądają jak podwójne cycuszki z lotu ptaka. Szczęście bardzo!

35 – w tym wieku oficjalnie przechodzi się do kategorii weterana. A wiadomo, że w Wietnamie mieli pojęcie jak celnie strzelać do „ping pongów”. Tej nocy muszę ustrzelić tylko sześć sztuk.

21:40. Najpierw czołóweczka. Lubię ten dżingiel. Piłeczki pląsają w wesołej zabawie. Najazd na pana przyprószonego siwym włosem, mówi, że nazywa się Ryszard i zaprasza na losowanie. Pełna kultura. Gość odwalony w gajer, spięty krawatem, widać, że będą się dzisiaj działy ważne rzeczy. Oho, teraz komisja kontroli gier i zakładów. Zacni Państwo w zaawansowanym wieku. Też odwaleni jakby zaraz po nagraniu dymali na chrzciny syna sąsiada. Ja siedzę o gołym laciu, w koszulce z biegu Mleczarza w Piątnicy i zaczynam czuć się nieswojo, ale nie ma czasu na zmianę odzienia. Przyprószony zaczyna od Multilotka i będzie stopniowo dawkował napięcie. Pocę się, a lewa powieka zaczyna skakać jakbym puszczał oko do telewizora. Boże! Już zwariowałem, zarywam do kineskopu! Nie, to tylko nerwy, zwykła fizjologiczna reakcja organizmu. Nie zwariuję. Przyjmę wygraną na zimno. Rozsiadam się wygodnie, zarzucając ręce na ramiona, nogę na nogę a wzrokiem zaczynam omiatać sufit, tak jakby wydarzenia na szklanym ekranie wcale mnie nie interesowały. Pełen spokój, luz i swoboda. Takie wygrane trzeba przyjmować na chłodno. Z resztą, wszystko mam obcykane. Nie zmarnowałem ostatnich 24 godzin. Po pierwsze, nikomu ani słowa. Po drugie, nieruchomości i lokata. Po trzecie, nowa pralka, obóz w Oregonie, treningi z Mo i Galenem – chyba mogę już ich tak nazywać, w końcu będą mi prowadzić tysiączki. Już wkrótce. Pozostały tylko formalności, więc niech się w końcu zacznie:

Komora maszyny jest pusta. Następuje zwolnienie blokady. Zaczynamy losowanie Dużego Lotka.

32 – trzydzieści dwa,

10 – dziesięć,

49 – czterdzieści dziewięć,

8 – osiem,

14 – czternaście,

9 – dziewięć.

 

No i chuj. Ale żeby tak ani jednej?

W ten sposób poznaliśmy wszystkie liczby wylosowane dziś w poszczególnych grach. Powtórzę je teraz Państwu…

Nie powtarzaj. Zamilcz!

Wyłączam odbiornik. Zakładam skarpetki. Buty. Poprawiam przed lustrem włosy, ręką przeprasowuję lekko wymiętą koszulkę. Jeszcze wyszczerzam zęby w udawanym uśmiechu, żeby wyciągnąć ewentualne resztki z obiadowego szpinaku. Okej, jestem gotowy. Wychodzę z mieszkania. Pukam pod trójkę.

– Tak?

– Zostało coś jeszcze z tych jajek co to pani pożyczałem?

….

CDN. (W II części postaram się wyjaśnić jaki to wszystko ma do cholery związek z bieganiem)

;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+