Jakiś czas temu pojawił się na portalu temat biegowych aksjomatów, twierdzeń uważanych za oczywiste w kontekście biegowego treningu. Aksjomatów się nie weryfikuje, tylko przyjmuje, że tak jest i koniec. Trochę podobnie jest z plotką, którą również mało kto poddaje jakiejś większej refleksji i sprawdzeniu. Gdzieś pośrodku między aksjomatem a plotką klarują mi się różne biegowe tezy. Powtarzane bezwiednie, bo ładnie brzmią, bo motywują, bo może są wygodnymi wymówkami? Nie ukrywam, że do wielu takich TEZ mam podejście mocno antypatyczne.

Nawet najgorsze zawody są lepsze niż najlepszy trening

Podpisujesz się pod tym stwierdzeniem? Jeśli tak, to mam dla Ciebie zindywidualizowany plan treningowy. Poniedziałek – start, wtorek – start, środa – start, czwartek – start, piątek – start, sobota – start, niedziela – start. Plan jest o tyle wygodny, że dystans zawodów można swobodnie modyfikować. Po co trenować, skoro start przynosi więcej korzyści?

Tak wiem, przesadzam. Twórcy tego hasła z pewnością chodziło o wagę jednorazowych startów, zamiast wprowadzania startowego ciągu w treningowy tydzień. I rzeczywiście podczas rywalizacji jesteśmy w stanie dać z siebie dużo więcej niż podczas najlepszego treningu. Ale jaki ma sens uczestnictwo w biegu do którego nie jesteśmy w danym dniu przygotowani? Nie rozumiem w jaki sposób miałoby to w czymkolwiek pomóc. Czy jednak nie lepsze będzie spokojne rozbieganie w I zakresie intensywności, albo regeneracyjny spacer z żoną i psem po okolicznym parku? Najgorsze zawody pognębią nas psychicznie, mogą sprowokować kontuzję natomiast spokojny trening przyniesie ukojenie mięśniom, a głowie pozwoli lepiej przygotować się mentalnie na następny treningowy tydzień i w konsekwencji kolejne starty.

Głowa biega

Nie powiem, żeby piana ciekła mi z ust gdy słyszę, że biega się głową, ale drgawek dostaję. Biega się nogami, płucami, tętnicami, kolanami, stawem skokowym, biega się biodrem, rękami…a głowa? Głowa jest według mnie w tym zestawieniu części ciała gdzieś na szarym końcu. Nie zrozumcie mnie źle, nie ma sportu, w którym psychika nie byłaby ważna, ale może zostawmy zawodowym sportowcom sesje z terapeutami. Tam jest presja, tam jest ciśnienie, tam są gwizdy na trybunach, hejt na forach i duże pieniądze.

Dla nas amatorów sfera mentalna nie jest nawet w ułamku procenta tak istotna. Inaczej mówiąc – czego nie wytrenujesz, tego nie pobiegniesz, nawet jakbyś miał głowę odporną jak Rocky w 10 rundzie walki z Apollo Creedem.

Ludzie mówią – głowa mi wysiadła, nie dałem rady powalczyć.

Nie, to nie głowa. To nogi nie poniosły, serce nie dopompowało, płuca nie wyrobiły, kwas się rozlał, trening się nie spłacił.

Jakość! Nie ilość!

To jest moje ulubione. Zazwyczaj teza wypowiadana jest przez oświeconych, młodych trenerów ale też ich pojętnych uczniów, powtarzających po swoich mistrzach na forach.

Nie znam może wszystkich programów treningowych i szkół świata. Ba! Nie znam nawet ich małego odsetka. Ale jeśli już trafi mi się w ręce czyjaś myśl szkoleniowa, to zawsze, ale to zawsze jej fundamentem jest pierwszy zakres. Sam trenowałem u trzech różnych osób i w każdym przypadku w tygodniowej objętości największy udział miały te bezużyteczne „puste kilometry”.

Co ma być tą jakością zarezerwowaną dla rzekomo bardziej świadomych biegaczy?

Interwały, biegi ciągłe w II zakresie, siła biegowa, a jeśli już skalać swoje nogi rozbieganiem to tylko w górnej granicy I zakresu?

Jakość! Nie ilość!

Tak jakby ilość, nie mogła też być jakością.

 

Bieganie jest źródłem endorfin

Może ja jestem jakiś dziwny, ale…Seriously?!?!

Błoto, słota, skwar, śliskie liście pod nogami, koleiny, noga ucieka, Orkan Ksawery w powietrzu, łamią się gałęzie, piorun rąbnął w trzy drzewa obok, zostało mi jeszcze 2 x 3km progowo, 16 km w I zakresie i 6x200m interwału, na bieżni po pierwszym torze spaceruje gość łapiąc Pokemony, cieć z kijem od mopa każe mi spierdalać ze stadionu, ktoś spuścił psa ale ten ponoć nie gryzie, metka z koszulki za to mocno gryzie po karku, boli mnie w kolanie, ciągnie w achillesie, z nosa cieknie alergiczna woda, ciśnie w żołądku, kolka pod żebrem, spiker przekręca moje nazwisko, w pierwszej linii ustawił się dziadek z kijkami, od 4 minut nie mogę złapać GPS-a, śnieg, na drodze szklanka, huragan Barbara odmraża mi jajka, kamyczek w bucie, krew na skarpecie, mucha w oku, komar na łydce, kiwam ręką dziewczynie, patrzy na mnie jak na zboczeńca, locha z młodymi, stoi i patrzy, też jak na zboczeńca, robię rytmówkę, baba zachodzi mi drogę w połowie i pyta którędy na Gietrzwałd? 5 minut do startu, setka ludzi przed toi toiem, numer odpadł, pękła sznurówka z czipem, nie ma mnie na liście wyników, zabrakło trzech sekund, żeby rozmienić 3h w maratonie, obliczam, że wystarczyło pobiec każdy kilometr po 0,0714 sekundy szybciej, żeby osiągnąć cel nad którego realizacją pracowałem przez ostatni rok, frustruję się, kupuję w ciemnej bramie od kibica Cracovii maczetę oraz dokonuję rytualnego Seppuku.

Endorfiny. Kurwa.

Wożenie się na czyiś plecach jest niesportowe

Nie rozumiem fizyki kwantowej. Ale tej tezy nie rozumiem jeszcze bardziej, a jak czytam relacje biegaczy to mam poczucie, że jest bardzo popularna i rozmnaża się jak Chiny przed wprowadzeniem polityki jednego dziecka.

Przykład – wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest niezamierzone.

Mistrzostwa Polski, walka o miejsce, taktyka, strategia, dyspozycja dnia, kilku faworytów, każdy chce wygrać. Po wszystkim czytam relację srebrnego medalisty: Prowadziłem cały bieg, nikt nie chciał dać zmiany, ja pobiegłem ambitnie, bo chciałem przy okazji zrobić dobry wynik i niestety przegrałem na finiszu z gościem, który przez cały bieg chował się za moimi plecami.

Chłopie! Chwalisz się, czy żalisz? To miło, że planowałeś zrobić podczas MP nową życiówkę, ale dlaczego inni mieliby mieć taki sam pomysł na bieg jak ty? Niby wszyscy wiedzą, że bieganie jest sportem indywidualnym, ale nagle okazuje się, że istnieje jakaś niepisana zasada wedle której należy dopasować swój pomysł na start z pomysłem osoby, która nadaje tempo. A jeśli tego nie zrobisz to ochrzczą cię mianem – kolesia, który się wiózł.

W większości przypadków łatwiej biec za kimś, łatwiej atakować zza pleców, ale to nie znaczy, że jest to gorszy, czy mniej fair play pomysł na bieg, niż choćby jego prowadzenie od startu do mety. Bieg krok w krok za liderem nie jest taktyką dla wszystkich, bo nie wszyscy to potrafią. Wielu ludzi jasno mówi, że lepiej im się biegnie, gdy nie mają nikogo przed sobą i mogą nadawać tempo.

No dobrze, a tak na poważnie. To faktycznie głowa biega, zwłaszcza w drugiej części dystansu, gdy ciało zaczyna coraz mocniej protestować. Mental jest ważny, gdy wracasz do treningu po kontuzji. Głowa biega, gdy podczas maratonu starasz się rozsądnie zarządzać energią.

Nawet najgorsze zawody są lepsze niż najlepszy trening. Tylko podczas zawodów można zmusić się do granicznego wysiłku. Atmosfera sportowej rywalizacji daje pozytywnego kopa do następnych treningowych tygodni. Zawody są dobrą odskocznią od żmudnie pokonywanych na co dzień kilometrów.

Wożenie się na plecach to siara. Zwłaszcza jeśli jesteś potężnym chłopem, wieje wściekle, a plecy należą do drobnej maratonki, która zbiera na siebie podmuchy już od 20 kilometrów.

Samo klepanie wolnych kilometrów to za mało. Szybko zakończy biegowy progres, przyzwyczai organizm do wąskiego zakresu ruchu, przeciąży, osłabi, zamuli.

Bieganie daje dużo radości. Dla mnie największą zaletą biegania jest poczucie pewnego typu wolności. Jeśli chcę dostać się z punktu A do punktu B, to po prostu to robię. Nie muszę czekać na autobus, pociąg, taksówkę, nie muszę wsiadać na rower ani odpalać rolek na których i tak nie potrafię jeździć. Nie muszę się bać, że gdzieś w połowie drogi dostanę zawału, że skoczy mi glukoza i skończę gdzieś w rowie. Endorfiny? Rzadko, bo rzadko ale są takie treningi, że można lecieć bez zmęczenia, bez zadyszki, na lekkich nogach, dziwnej euforii. W takich momentach, zawsze mam poczucie, że mógłbym zdublować Mo Faraha ale szybko hormony opadają i wiem, że to ja dostałbym od niego jakieś 6 dubli.

PS.

Odkąd pamiętam byłem radykałem. Radykalnie niezdecydowanym ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+