Już po wszystkiemu, po wszystkiemu już. Asfalt Endrju oszukał…Powiedział lata temu w swoim słynnym monologu Marcin Daniec. Na mnie też już nastał koniec, wiosenne starty uważam za oficjalnie zamknięte. Chciałbym w tym wpisie zrobić małe podsumowanie tego co działo się ze mną od początku roku i rozpisać plany względem jesieni.

Ambiwalencja

Przez ostatnie 6 miesięcy wystartowałem łącznie 9 razy. Zacząłem w lutym od nocnej Dychy w Lublinie, gdzie na atestowanej choć pagórkowatej i wymagającej trasie nabiegałem 36:29 co dało mi 8 miejsce OPEN. Trwałem w mocnym treningu z objętością na poziomie 90-110 km.

Nocna Dycha, Lublin

Nocna Dycha, Lublin

Miesiąc później 25 marca pobiegłem crossową piątkę na City Trail, którą udało się pokonać w rekordowym dla mnie czasie 17:29 i zająć 6 pozycję OPEN. W tym momencie byłem przekonany, że trening idzie w bardzo dobrym kierunku. Zaraz po samym starcie zrobiłem jeszcze 8 km rozbiegania, a następnego dnia 25 km tempem poniżej 4:40/km i czułem się świeżo. Kolejny miesiąc później, 23 kwietnia nastał pierwszy z ważniejszych testów tego półrocza, a więc 10km na Orlenie. Mimo że, w tygodniu poprzedzającym zawody czułem się kiepsko to w dniu startu byłem już lekki i mocny. 34:18, PB poprawione o 2 minuty. Sądziłem, że jeśli tylko nieco odpocznę to w docelowym starcie wiosny będę w optymalnej dyspozycji. 14 – tego maja stało się jednak inaczej i z Białegostoku wracałem zdecydowanie na tarczy. 1:19;14 choć rekord życiowy to ogromny niedosyt, ponieważ wynik totalnie nie korespondował z 10 km, a przecież trenowałem właśnie pod dłuższy bieg i to wytrzymałość powinna być moim największym atutem. Po Białymstoku kolejne 2 tygodnie odpoczywałem zbierając siły na serię wiosennych biegów. 27 – go maja wybrałem się do Giżycka, gdzie rywalizując na dystansie 10km zająłem 2 miejsce OPEN z wynikiem 35:17. Odebrałem te zawody jako przetarcie i liczyłem na to, że w kolejnych biegach będzie już tylko szybciej. I rzeczywiście tydzień później 3 czerwca podczas IV biegu Uniwersyteckiego w Olsztynie czułem się lepiej. Na końcówce pokonałem pana Przemka, który to w Giżycku był z kolei górą. Miałem więc poczucie że sprawy zmierzają w dobrym kierunku. Chcąc pójść za ciosem zapisałem się na następny start już 7 dni później – Ostródzki Półmaraton św. Jerzego. To był błąd z dwóch powodów.

Ostródzki Półmaraton

Ostródzki Półmaraton

#1, w połowie biegu Uniwersyteckiego urodził się jakiś ból w okolicy achillesa który dzień później praktycznie uniemożliwił mi normalne chodzenie. Ból ciągnie się do dzisiaj, choć jest dużo słabszy.

#2, nie jestem mistrzem regeneracji. Trzeci start pod rząd, a co gorsza tak ciężki jak półmaraton to nie był mądry pomysł.

Skończyło się na wyniku 1:20;49 i odległym 10 – tym miejscem OPEN. Po tym starcie nastawiłem się na odpoczynek, ale kolejne dni mijały a ja wcale nie czułem się lepiej. Krótkie rozbiegania oscylujące między 10-12 km, objętość między 50-60 km/tydz. i nic. Co dnia czułem się ciężko, słabo, a tętno szybko wędrowało w górne granice 1 zakresu.

Dobitka

Jak to powiedział Tomasz Hajto komentując ostatni mecz seniorskiej reprezentacji – „Rumuni są jak ranne zwierzę i trzeba ich dzisiaj dobić. Dopóki żyją mogą jeszcze nas ugryźć”. Postanowiłem skorzystać z tej metafory i w poprzedni weekend wystartować dwa razy na tak zwane – dobicie.

fot. Grand Prix Granicy Warmii i Mazur

fot. Grand Prix Granicy Warmii i Mazur

Na pierwszy rzut poszedł Olsztynek i atestowane 5 km w sobotę 24 czerwca. Nie miałem jeszcze żadnej życiówki na takiej trasie, więc co bym nie pobiegł to moje. Start późnym popołudniem albo jak kto woli wczesnym wieczorem – punktualnie o 18 tej. Pogoda bez słońca ale z ciężkim dusznym powietrzem. Ustawiłem się w trzecim rzędzie i zaraz po wystrzale startera chciałem stopniowo przesuwać się ku czołówce. Bum! Strzał! Biegnę…ale jakbym do pasa zanurzony był w basenie z wodą. Tu nie ma mowy o jakimkolwiek przesuwaniu się, raczej staram się nie stracić pozycji niż cokolwiek zyskiwać. Co jest grane? Czy to ONI biegną tak szybko, czy ja tak wolno? Natychmiast okazało się, że to jednak ja mam dzisiaj problem z prędkością. Większa grupa stopniowo zaczyna się rozrywać, wbiegamy na pierwszą z dwóch pętli. Biegnę za chłopakami, którzy jeszcze 3 tygodnie temu kończyli Bieg Uniwersytecki prawie minutę za mną. Biegnę za nimi i nie mogę dogonić. Oddycham jako tako, ale noga jest ciężka, noga jest słaba, noga jest miękka, noga boli, a jedyne co się kręci to kołowrotek myśli w mojej głowie. Na początku drugiej pętli słyszę za sobą sporą grupę, jestem pod presją. Tylko że u mnie nie jest problemem wytrzymałość, czuję, że odeprę ten atak, o ile nikt jakoś diametralnie nie przyśpieszy. I tak się dzieje, biegnę jak biegłem, ani szybciej ani dużo wolniej. Pozwala mi to nieco rozciągnąć grupkę za plecami i zbliżyć się do jednego z chłopaków przede mną. Wyprzedzam i choć te jedno oczko przesuwam się w klasyfikacji. Zawsze coś. Długa prosta z łagodnym zbiegiem a ja próbuję gonić kolejnego, jednocześnie słysząc, że ciągle mam na plecach ogon. Nie tak długi jak 2 km wcześniej, ale jednak. 500 metrów do mety i zaczynam już pędzić finiszowo szarpiąc ciałem do przodu jak starą Ładą, która chce się szybko zebrać spod świateł ale nie ma do tego argumentów pod maską. Ostatnia prosta – atakuję zawodnika przed sobą, jednocześnie uciekając przed goniącym. Na kresce sytuacja pozostaje jednak bez zmian. 17 miejsce OPEN, 17:13 netto (w sumie PB).

Jak nietrudno się domyślić ten wynik jest zaledwie moim międzyczasem z Orlenowskich 10 km, nie ma się więc za bardzo z czego cieszyć. Ale z drugiej strony mam jakąś irracjonalną satysfakcję po tym biegu. Powalczyłem, z kimś przegrałem, z kimś wygrałem, uczciwie się zmęczyłem a że wynik nie taki? Nie miał prawa być lepszy.

Jak to powiedział Jupp Heynckes – jeśli nie robisz czegoś w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek i sobotę. To nie zrobisz tego w niedzielę. :) Jestem ewidentnie bez formy od kilku już tygodni, więc nie dziwne, że z dnia na dzień się to nie zmieniło. Wynik więc nie był zaskoczeniem a to chyba boli najbardziej, gdy oczekiwania rozjeżdżają się z rzeczywistością. Tym razem nie miałem specjalnych oczekiwań, więc i czas biorę bez pretensji.

Zaledwie 17 godzin później już na miejscu, bo w Olsztynie na Starym Mieście wystartowałem w XV Biegu Jakubowym na dystansie 10 km. Trasa bez atestu, pagórkowata, urozmaicona. Na starcie stawiło się wielu znamienitych lokalnych biegaczy..no i ja chcący się po prostu dobić. Pogoda identyczna jak dzień wcześniej – chmury i powietrze tak ciężkie, że powinno zapisać się na dietę do pana Gacy. Wyjątkowo postanowiłem pobiec z pulsometrem, a ten od początku wskazywał dość niskie wartości. Ostatni raz biegłem z paskiem rok temu w maju i wówczas średnie tętno biegu zatrzymało się na 181 uderzeniach. Tym razem przez większą część biegu trudno było mi rozruszać serducho chociażby do 180 bpm. Puls między 172 – 174…jeszcze nie tak dawno na takich wartościach robiłem biegi ciągłe. Próbowałem biec mocniej, ale nogi nie chciały pozwolić na więcej. Jedynie przy podbiegach tętno wskakiwało na wyższe wartości, a na finiszowej prostej pod górę osiągnęło max 184, co finalnie dało średnie tętno z biegu na poziomie 174. Doleciałem na 11 miejscu OPEN z wynikiem 37:01 netto. Na osłodę stanąłem na 3 miejscu podium w kategorii wiekowej odbierają pucharek i dyplom z autografem bardzo poważanego w mieście prezydenta ;-)

Podsumowując – 9 startów, krew, pot i łzy, porażki i małe zwycięstwa, duże oczekiwania i rozczarowania, mokre sny o potędze i mocne lewe proste na twarz sprowadzające na ziemię – było wszystko w tym półroczu. I mimo słabszych ostatnich tygodni jestem dobrze nastawiony przed latem i jesiennymi biegami. Te ostatnie dwa starty paradoksalnie dały mi chyba najwięcej.

Autumn Runner

Maratonu raczej jesienią nie pobiegnę. Za to jakiś półmaraton już raczej tak, a najbliższy jestem startu w crossowym Ukiel Półmaratonie, który przypada na dzień 17 września. Oby ten start nie wbił mi noża w plecy jak ZSRR Polsce 17 września 1939 roku. Najbardziej nastawiam się jednak na szybkie dyszki i piątki, gdyby tak znowu trafić na swój dzień i polecieć nową życiówkę na 10 km – byłoby sympatycznie.

Zamierzam trenować na objętościach max 100-110 km posiłkując się planem Danielsa dla dystansów 5-15 km. Póki co jednak robię sobie tydzień resetu, mam nadzieję, że nogi mi za to podziękują a płuca i układ krążenia szybko wrócą w lipcu do odpowiedniej kondycji.

To tyle ogłoszeń parafialnych! ;-)

Co przyniesie jesień? Tego dowiemy się…jesienią ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+