No dobrze, ale z kim ja tam w ogóle trenowałem? Był Tomek, Jacek, Adam, Rafał, Krzysiek, Tomek II zwany Elvisem, Mariusz, bracia Damian i Marcin, Asia, Natalia…było nas sporo. Wszyscy i każdy z nich składali się na ten dobry klimat jaki mieliśmy w klubie. Jedni przychodzili, drudzy odchodzili, ale trzon z którym spotkałem się na początku mojej przygody z bieganiem stanowili właśnie oni.

Mariusz kojarzy mi się z konfliktem. I chyba coś w tym imieniu takiego jest. Nie przez przypadek Mars to rzymski bóg wojny, a to właśnie jemu przypisuje się początek wszystkim Mariuszom. Odkąd pamiętam trener miał z nim na pieńku. Ani jeden ani drugi nie pozostawali sobie dłużni. Mariusz lubił dopytywać – Po co był ten trening? Jaki jest jego sens? Czemu to miało służyć? Co oczywiście wprawiało naszego kołcza w zdenerwowanie. Szpilą, którą wbijał trener było powtarzane w kółko – ech to nazwisko do ciebie pasuje. I tak sobie panowie dogryzali, ale chyba mimo wszystko z sympatią. Pod względem sportowym Mario był jednym z bardziej uzdolnionych spośród nas wszystkich. Łydki miał tak szerokie, że człowiek nie wiedział, czy to już łydka, czy to jeszcze udo się ciągnie. W jednym sezonie biegał 2 km w przełaju, żeby rok później skakać już przez płotki na bieżni. Typowy chłopak z Pogorzelca, czyli multi-utalentowany. Mariusz rocznik 85′, więc ze względu na różnicę wieku zbyt dużego kontaktu ze sobą nie mieliśmy i raczej nic nie wskazywało na to, żebyśmy się mieli kiedyś bardziej zakolegować. Chociaż pochodziliśmy z tego samego osiedla.

O Krzyśku (85′) legendy znałem jeszcze na jakiś czas przed tym jak w ogóle zacząłem trenować. To był czas 4 – bojów lekkoatletycznych. Drużynowa rywalizacja między szkołami, ale też szansa na indywidualne wyróżnienia za największą liczbę punktów. Co składało się na ten mini wielobój? 60 metrów, 1000 metrów, skok wzwyż lub w dal i rzut piłeczką palantową. Na moich pierwszych zawodach tego typu w 5 klasie podstawówki usłyszałem o Krzychu, choć jeszcze go nie znałem. Spiker na miejskich mistrzostwach wielokrotnie powtarzał jego nazwisko i liczbę punktów, które zgromadził. Wygrał klasyfikację indywidualną z ogromną przewagą. To był jakiś kosmita. Skakał w dal tak jak ci goście w telewizji, profesjonalnie wymachując w powietrzu nogami. Potem szedł na sześćdziesiątkę i wybijał się z bloków jak Maurice Green. Na koniec rzucał piłeczką tak daleko, że sędziom brakowało taśmy, żeby to wymierzyć. I ja zacząłem trenować z tym człowiekiem w jednym klubie. Nigdy nie wiedziałem skąd on dokładnie jest, ale wychodziło na to, że jakby zza miasta, albo w ogóle zza granicy. A on był po prostu z Żabieńca.

Elvis to był Elvis (85′). Chyba najbarwniejsza postać w całej naszej drużynie. Nosił charakterystyczną czerwoną chustę na głowie, a jak robił skip A, to potrafił wybić sobie kolanem szczękę. Zwinny, szybki, wytrzymały, w zasadzie mógłby trenować wszystko. Padło na 300 m. Nie było człowieka, który by go nie lubił. Zawsze uśmiechnięty, zawsze skory do żartów i tworzenia piosenek na każdy temat, choćby o polskich traktorach. Tomek mieszkał daleko poza miastem, w „słonecznej wsi”, której mieszkańcy na wjazdowej tabliczce dopisali – City. Widać, wszyscy tam byli bardzo dowcipni, więc Elvis nie miał innego wyjścia.

Sopot 2006 (albo 2005), ostatni obóz teamu

Sopot 2006 (albo 2005), ostatni obóz teamu

Z Adamem to jest w ogóle ciekawa historia, bo poznaliśmy się już w roku 1996 na kolejarskiej kolonii w Dębnie Lubuskim. Trzy lata później, gdy zobaczyłem go na płycie stadionu nie wiedziałem – że on to on. Adam był tylko rok starszy (86′), ale pod względem mentalnym to czułem jakby dzieliła nas przepaść. Miał dużo pasji i zainteresowań, bieganie było jedną z nich. Poza tym w pewnym momencie zajął się też tworzeniem zespołu muzycznego. Jak nie nietrudno się domyślić, podobał się dziewczynom. Miał swój styl i raczej spokojne usposobienie, ale krew nie woda, więc potrafił czasami wybuchnąć, o czym miałem się dowiedzieć później.

Historia z Tomkiem, jest trochę taka jak z Michaelem Johnsonem (młodsze pokolenia kojarzą gościa?). Lata 90 – te w światowym sprincie to był czas MJ. Z jego rekordem globu na 200 m z Atlanty rozprawił się dopiero Bolt…12 lat później. W naszym województwie przełom tysiącleci to był na pewno czas Tomka. Już jako 15 latek biegał 2:34 na 1km, żeby rok później na 800m rozmienić 1:55. Podobnie jak Johnson tak samo Tomek miał swój specyficzny styl biegania. Z Michaela śmiano się, że wygląda w biegu jak pędząca kaczka. Z Tomka, że jest strasznie pospinany. Jeden i drugi nie mieli sobie równych w swoim czasie. Chłopak bardzo zdyscyplinowany, zawsze wypełniał rozpisany przez trenera plan do ostatniej literki, nie pomijając żadnego przecinka.

Któregoś razu jechałem autem razem z Adamem i wuefistką na cross do pobliskiego Komorna. W pewnym momencie nauczycielka zapytała – a jak ten Jacek (85′), dobrze biega? Przyznam, że trochę mnie to pytanie skonsternowało, bo Jacek nie należał do najlepszych w naszej grupie. Na szczęście Adam jak na starszego przystało zachował spokój i odpowiedział dyplomatycznie – Jacek na pewno jest z nas najbardziej wytrzymały. Jak zacznie biec, to może tak biec i biec bez końca. Jakże prorocze to były słowa. Rzeczywiście Jacek z nas wszystkich najdłużej wytrwał przy bieganiu. Jak się nad tym zastanawiam, to on chyba jako jedyny z nas wszystkich rzeczywiście lubił biegać. Nie musiał wygrywać, nie musiał zbierać pochwał. Cieszył się z każdego treningu, z każdego obozu i zawodów, tylko dlatego, że mógł w nich w ogóle uczestniczyć. Dziś życiówki ma na takim poziomie, że bije nas wszystkich razem wziętych o kilka poziomów.

A dziewczyny? Nie było dziewczyn? Były. Ładne i wysportowane. Do wielu wzdychaliśmy swoimi nastoletnimi sercami, ale była jedna którą kochaliśmy chyba wszyscy bez wyjątku. Dominika. Któż nie lubił patrzeć jak ona pędzluje płotki? To była poezja ruchu, zawsze lekko i stylowo. Trenowała w innej grupie niż nasza, pod okiem trenera Józefa. Z tego też względu nie zawsze była okazja, żeby móc trafić akurat na jej trening. Co takiego było w tej dziewczynie, że wzbudzała tak dużą sympatię? Z perspektywy czasu myślę, że najlepiej pasuje tutaj słowo – gracja. Delikatna, łagodna, życzliwa dla wszystkich. Nigdy nie patrzyła na nas z góry, choć mogłaby. Byliśmy nastoletnimi chłopcami, więc nasze rozmowy o dziewczynach często były dość niewybredne. Jednak, gdy pojawiało się imię – Dominika, jakby łagodniały nasze słowa, a oczy robiły się coraz bardziej maślane.

I w tym wszystkim ja, zwany – Keniolem/Staszkiem/Faraonem (87′). Często nieśmiały i wycofany. Ale gdy słyszałem wystrzał startera w sercu pojawiała się iskra, żeby w oczach wybuchnąć ogniem do walki.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+