Trener miał dużo powiedzonek. Większość z nich nie nadaje się do cytowania w czasach wszechobecnej poprawności politycznej. Wtedy nikt się jednak nie obrażał. Seksizm, szowinizm? Myśmy nawet nie wiedzieli, że takie pojęcia w ogóle istnieją. Dopiero media przez ostatnią dekadę nas w tym temacie mocno wyedukowały.

Wspomnę tylko jedną sytuację, która ugrzęzła mi w pamięci wyjątkowo mocno. To było zimą. Tak się zdarzyło, że nikt (ani związek, ani szkoła) nie organizował wtedy obozu, więc musieliśmy zostać w mieście. Trener wymyślił – obóz dochodzeniowy. Niektórzy więc dochodzili do podstawówki gdzie znajdowała się nasza baza, inni w tym ja dojeżdżali MZK-a, a jeszcze pozostali samochodami z podmiejskich wiosek. Spędzaliśmy tam dobre pół dnia. Najpierw szło się w teren, potem ćwiczyliśmy na sali, a na sam koniec trener załatwił obiady w szkolnej stołówce. Obóz dochodzeniowy – potrzeba matką wynalazku.

Mieliśmy koleżankę Sabinę, która dojeżdżała na treningi z niewielkiej miejscowości wraz z bratem. Gdy siedzieliśmy na stołówce kończąc pierwsze danie trener zaczął nalegać, żeby wziąć dokładkę zupy. Najbardziej naciskał właśnie na owe rodzeństwo. Początkowo się opierali, ale ostatecznie wstali od stołu i ruszyli po repetę. Wtedy trener skonstatował:

– Oni są ze wsi, więc na pewno lubią sobie zupy pojeść.

Trener zazwyczaj mówił bez ogródek, a że bywał impulsywny, więc czasami się nam obrywało, ale jakoś wszyscy mieliśmy do tego dystans.

Jak komuś się coś nie podobało – a to dresy nie takie, a to pogoda zła, a to jedzenie na obozie niesmaczne, to trener chrzcił takiego delikwenta imieniem – francuski piesek.

Ja raczej nigdy nie grymasiłem na tzw – warunki. Dresy choć pamiętały jeszcze PRL nigdy mi nie przeszkadzały, z jedzeniem nie miałem problemu poza tym, że trener zawsze wmuszał we mnie więcej niż mogłem, żebym był silny. Ale z pogodą od zawsze miałem problem w momencie gdy spadł śnieg. Nic się przez te lata nie zmieniło. Nie mogę zdzierżyć biegania gdy noga grzęźnie, lub ślizga się na lodzie. Totalnie wyprowadza mnie to z równowagi a trening staje się mordęgą podczas której uszkodziłbym każdego trąbiącego o biegowych endorfinach.

No więc jaki był ten pierwszy zimowy tydzień?

Trochę taka droga z piekła do nieba, żeby w niedzielę znowu spaść w dół:

Poniedziałek – regeneracja

Wtorek – 12,5km w tym SB – 10x100m skip A + 5x100m podbieg

Środa – 12,2km śr po 4:55/km

Czwartek – 11,2km śr po 4:54 w tym 6 x 20s R

Piątek – 15km śr po 4:44

Sobota – 12,5km śr po 4:38 na śr tętnie 135 w tym 7x20s R

Niedziela – 21km śr po 4:49 na śr tętnie 135

Suma - 84km

z wymuszonym uśmiechem po wymęczonym longu

z wymuszonym uśmiechem po wymęczonym longu

Wtorek był ostatnim dniem bez śniegu i to był dobry dzień. Od środy wszystko się zawaliło – sypnęło mokrym śniegiem i prawie się na tej nawierzchni w lesie zabiłem. W czwartek ta śnieżna woda przymarzła i zaczęło się bieganie po lodzie. W piątek wiatr ustał, wyszło słońce i to był dobry dzień, biegało się sympatycznie. W sobotę na rytmach targałem jak dzik. W niedzielę na longu w pewnym momencie tak osłabłem, że marzyłem już tylko o tym, żeby się w końcu zatrzymać. Szklanka na chodnikach była tragiczna. Przy okazji długiego wybiegania wybrałem się nad Długie gdzie biegamy City Trail, coby obadać trasę. Wnioski? Nie biegam City w przyszły weekend. Czekam na lepszy czas i lepsze warunki.

W bieżącym tygodniu nie dość, że kilometraż będę musiał ociupinkę podnieść to jeszcze w środę planowo mam pierwszą zabawę biegową. Oj coś czuję, że się w tym śniegu pobawię…;-)

Chyba odpuszczę sobie Siłę Biegową we wtorek, bo już z samego biegania po tej nawierzchni myślę, że mi siły wystarczy na jakiś czas.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+