Po ostatnim starcie dostałem bardzo dużo gratulacji i innego typu wyrazów wsparcia. Samych Waszych komentarzy na blogu pojawiło się kilkanaście. Podobnie sytuacja wyglądała na moim Facebooku, a czarę SŁODYCZY przelał LubelskiBiegacz*, który na swojej stronie w ramach przeglądu najważniejszych wyników z weekendu wspomniał również o moich 34 minutach z ogonkiem.

Autentycznie poczułem presję. Jest coś w tym, że tak naprawdę nie boimy się naszych porażek, ale tego jak wielcy możemy być i jak dużo możemy osiągnąć. Ja poczułem, że jestem w stanie biegać dużo lepiej i chyba to mnie spięło. Nie oszukujmy się, ale dycha w 34:18 to wynik raptem przyzwoity. Przede mną w tym samym biegu było jeszcze 77 osób, z czego 5 kobiet, ale mimo tego jeden z niewielu razy w życiu naprawdę jestem zadowolony z wyniku i pozwoliłem sobie na cieszenie się nim cały poprzedni tydzień.

Wariatkowo?

Jeśli ostatni tydzień byłby chorobą psychiczną to na pewno czymś ze spektrum zaburzeń afektywnych dwubiegunowych.

Wtorek to mania, czuję moc w nogach, lekki oddech, mam poczucie, że start podbił formę i z każdym dniem będzie już tylko lepiej. Kiedy jednak wracam do domu i odczytuję dane coś mi nie pasuje – śr tętno 138 przy śr tempie rozbiegania 5:08/km…Ale o co chodzi?! Nie miałem takich złych parametrów od roku.

Środa, czyli czysta depresja. Mam w planie 2x4km w tempie Progowym, przeplatane 20 minutowym spokojnym biegiem. Już od rozgrzewki czuję się średnio, obiadowy ryż zalega w trzewiach, jest mi niedobrze. Pierwsze 4 km zaczynam jednak z impetem. Biegnę mocno i już po tętnie widzę, że powinienem wejść dość szybko na żywszą prędkość. Odbijam 1 km w…4:07/km!? Na drugim dociskam jeszcze mocniej, tętno na dobre zadomowiło się na poziomie 165 uderzeń na minutę, ale czy przełoży się to na lepsze tempo? Ledwo 3:57/km, zegarek z wielką łaską pokazuje międzyczas poniżej 4’/km. Mam ochotę przerwać tę męczarnię, ale z drugiej strony i tak muszę nabić dzisiaj trochę kilometrów, więc nie ma sensu zwalniać i wydłużać czasu trwania tego dramatu.

Czwartek, piątek i sobota to okres bezobjawowy. Tupię odpowiednio 8 – 8 i 12 kilometrów rozbiegań. Nie rozumiem skąd ta niemoc. Czyżby zawody na 10 km aż takim echem odbiły się na moim samopoczuciu? Dlaczego tak długo wracam do siebie po stosunkowo krótkim starcie? Inni zawodnicy potrafią tydzień po maratonie startować już na dobrym poziomie, a ja jestem wrażliwy na byle jaki bodziec jak mimoza.

Ale za to niedziela, ale za to niedziela! Powrót mani! W planie tempo maratońskie i to takie z wyższej półki bo 24 km. Daniels lubi człowiekowi dowalić ponad miarę, także z góry wiedziałem że aż tyle biegać nie będę. 24 km zostawiam sobie na lato i bezpośrednie przygotowania pod maraton. Do Połówki biegałem maksymalnie 20 km TM w okresie największych obciążeń, więc jako że zacząłem już luzować to w tę niedzielę chciałem jeszcze skrócić objętość do 16 km TM. Biegałem w terenie na płaskim jak stół odcinku ale w otwartej na wiatr przestrzeni. Głównie sugerowałem się tętnem, które już od początku było stosunkowo niskie i rzadko przekraczało 160 bpm. Na drugiej ósemce zacząłem lekko przyśpieszać co przełożyło się na tętno w zakresie 162-164 bpm. Udało się przebiec całość tempem balansującym między 3:55 a 3:50/km.

Wnioski

1. Po biegu OSHEE jednak potrzebowałem więcej czasu niż statystyczny Kowalski żeby wrócić do równowagi. Mimo bardzo dobrego samopoczucia zaraz po samym starcie, 10K odcisnęło jednak na mnie piętno. I od razu przypomniał mi się rok 2015 kiedy dwa dni po Maniackiej też czułem się dziwnie dobrze, ale z każdym kolejnym dniem pojawiało się coraz większe zmęczenie, które wtedy zbagatelizowałem. Skończyło się totalnie nieudaną „piątką” na City Trail tydzień później.

2. Na Niedzielę łapię dobre samopoczucie. Nie pamiętam, żebym przez ostatnie pół roku w niedzielę czuł się źle. Środowe akcenty bywały różne, ale w niedzielę jednak miałem moc. To dobrze wróży przed Białymstokiem.

3. W ubiegłym tygodniu przebiegłem 80 km. Ostatnie 5 miesięcy w cyfrach – grudzień 346 km, styczeń 378 km, luty 358 km, marzec 439 km, kwiecień 392 km. Jest stabilnie ;-)

 

 

* Znamy się z Pawłem od mojego średnio udanego epizodu w Starcie Lublin, a potem jeszcze razem siedzieliśmy…w ławce na ćwiczeniach z Katolickiej Nauki Społecznej :-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+