Nie pojechałem na Orlen. Jeszcze w środę biegało mi się znośnie, ale w czwartek i piątek cierpiałem. Nogi ciężkie, sapię, jestem totalnie zdezorientowany. W piątek na treningu chciało mi się płakać, jakby ktoś podmienił moje ciało z otyłym palaczem. To drugi tydzień z niższą objętością i zamiast łapać luz, łapię niemoc. WTF?! Gdzie ta pieprzona superkompensacja?!

Dużo nie brakowało, a właśnie tak brzmiałby wstęp do tego wpisu. Rzeczywiście czułem się źle i rzeczywiście chciałem odpuścić sobie wyjazd do Warszawy. Ale z drugiej strony – wpisowe opłacone, pokój zarezerwowany, deklaracje złożone, więc…

Pojechałem na Orlen. Załatwiłem transport dla mnie i dla eM przez Blablacar na sobotę o godzinie 6 rano. Żeby nie rezygnować z treningu wstałem dużo wcześniej i już o 4:00 byłem w biegu. Chciałem zrobić dychę, ale wiało niemiłosiernie więc zatrzymałem się na 7 km lekkiego rozruchu. Samopoczucie? Dobre, o ile można czuć się dobrze biegając o tak ciemnym świcie…?

W stolicy byliśmy około 9-tej, od razu z Młocin szybki skok na Narodowy po numer, a potem pobujaliśmy się jeszcze trochę po mieście nim rozpoczęła się nasza doba hotelowa. Udało się zjeść w międzyczasie dobrą pizzę w Ciao a Tutti, więc ładowanie węglami – odhaczone. Potem tylko leniuchowanie, sen i rano o 5 tej już smarowałem sobie dżemem bułki. Spaliśmy koło Metra Marymont także udało się sprawnie dotrzeć dwiema nitkami podziemnej kolejki do stacji Stadion Narodowy parę minut po godzinie 8 – ej. Tłum niesamowity. Od razu wspomnieliśmy z eM kameralny Poznań Maraton 2016, gdzie było zdecydowanie łatwiej się połapać – co jest gdzie i ewentualnie nie zgubić w tłumie. Jednak OWM łączy ogromny maraton z ogromnym biegiem na 10km, więc przedsięwzięcie kosmiczne jak na polskie warunki. Rozdzieliliśmy się i ruszyłem na rozgrzewkę.

Cholera! W końcu mam lekkie nogi! Truchtam i mimo że jestem naubierany jak sto pięćdziesiąt to biegnie mi się zaskakująco luźno i swobodnie. Uff…Czyli może jednak te 35′ dzisiaj pęknie. Pałętam się wkoło narodowego, wbiegam na koronę w poszukiwaniu drogi na start, udaje się trafić, wracam w okolice mety. Trucht zaliczony. Szukam eM i od razu zostawiam jej wszystkie rzeczy, żeby na chwilę przed startem oszczędzić sobie nerwówki. Ostatnie 20′ grzeję się już w stroju startowym, prawie na golasa. W deklaracji startowej zaznaczyłem strefę – mniej niż 35′ więc dokładnie przy tej zonie kończę rozgrzewkę. Na starcie ustawiam się dość daleko, bo wciąż nie mam w sobie przekonania na jaki wynik chcę dzisiaj biec. Jest niepewność. W końcu większość treningów robiłem nie szybciej niż po 3:40/km, a tutaj mam zmierzyć się z dychą co najmniej po 3:29/km. Ruszamy i już wiem, że stałem za daleko. Co chwilę muszę hamować, żeby nie wpaść na kogoś przed sobą. Zaczynam nerwowo szukać wolnych stref którymi można by przesunąć się nieco w górę. Zrywam tempo, przeskakuję, latam od jednej strony jezdni na drugą, gdziekolwiek pojawi się tylko jakiś pusty korytarz. Tak wygląda cały 1km i kawałek drugiego. Pierwszy km w 3:26, nieźle biorąc pod uwagę jak dużo musiałem szarpać tempem, wolno jak na pierwsze metry które z reguły leci się mocniej. Na 2 km odrabiam i kończę w 3:23. Miejsca jest już całkiem sporo. 3 km w 3:26. Na czwartym pojawiają się wątpliwości – 3:23 i obawa, czy nie przesadzam z tempem. 5 km 3:26 i po raz pierwszy obrywam wiatrem. Ale jest życiówka! 5 km w 17:03 ;-) Na szóstym dalej wieje, ale mimo tego trzymam prędkość – 3:26. W końcu jest siódmy kilometr. Tutaj zawsze umieram i tak jest też tym razem 3:37. Ale organizm bardzo fajnie reaguje. Gdy przechodzisz kryzys to przyśpiesz (pisał Daniels w swojej książce) – no więc przyśpieszam, 8 km w 3:27. Wylatujemy na długą prostą w kierunku Narodowego. Cisnę. 9 km w 3:33 a ja ciągle mam pod nogą gaz. No więc najwyższa pora, żeby z tej końcówki mocy skorzystać. Ostatni kilometr od początku ruszam mocno. Na finiszowych metrach staram się dać maksa ale czegoś mi brakuje. Mam gościa bark w bark, ale gdy tylko kontratakuje od razu puszczam. Meta. Zatrzymuję stoper – 34:18 (netto).

fot. przetartyszlak.pl

fot. przetartyszlak.pl

192.168.10.23_01_20170423093641237_TIMING

Chwilę za metą zamieniam dwa zdania z Jackiem, który wybiegał 32:09 czym potwierdził dobrą formę. Widać, że chłopaki we Wrocławskim Iten wiedzą co robią, bo Andrzej Witek z Grzegorzem Gronostajem też dali czadu tego dnia, z tym że na dystansie 42km. ;-)

Dopiero po dłuższej chwili sprawdzam międzyczas z ostatniego kilometra i wiecie co? 3:10!!!

Gdy wbiegałem na ósmy kilometr i czułem, że w nogach mam jeszcze sporo zapasu pomyślałem – panie Daniels, jak ja panu dziękuję. Przypomniały mi się moje wszystkie poprzednie dychy w życiu kiedy już po 6 km zaczynałem zgonować. Tutaj w końcu było inaczej. W końcu mam poczucie, że trening się finansuje, jest zwrot z tej inwestycji. Długo na tę życiówkę czekałem. Kiedy w 2013 zaczynałem biegać na ulicy i po kilku miesiącach złamałem 40′ od razu za cel obrałem sobie 35′. I wiecie co? Nigdy tego celu nie zrealizowałem. Najpierw w 2015 padło 36:20 na Maniackiej w Poznaniu i teraz po 2 latach jest 34 z przodu i realne perspektywy na 33.

No dobra, ale ja tu gadu gadu, a tymczasem Połówka sama się nie zrobi. Do Białegostoku zostały tylko 3 tygodnie. Ostatnie 7 dni już na przebiegu ledwie 74 kilometrowym, a będzie jeszcze mniej i obym rzeczywiście w końcu to luzowanie odczuł.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+