W wielkanocną niedzielę obudziłem się na budzik, o 5:30. Ten sam budzik, który nastawiałem raptem 5 godzin wcześniej. Byłem zmęczony całą tą przedświąteczną krzątaniną, kolejkami w sklepach, myciem podłóg i krótkim snem. Leżałem patrząc w sufit i licytując się z samym sobą – wstawać, albo nie wstawać? Według prognoz miało lać, pomyślałem więc, że wstanę, odsłonię roletę w oknie i upewnię się, że na pewno pada, po czym wrócę pod kołdrę. Wymówię się deszczem i świętami – całkiem dobre argumenty, żeby sobie „darować”. Wstałem, zerknąłem przez roletę i rzeczywiście chmury wisiały gęste i niemal granatowe. Nie dostrzegłem jednak ani krztyny deszczu. Nic a nic. Na pewno domyślacie się co wydarzyło się dalej. Tak, tak, tak.

Tak. Założyłem dresy.

Tak. Wyszedłem z mieszkania.

Tak. Dwa kroki za drzwiami od klatki schodowej zaczęło siąpić.

Było już jednak za późno, żeby wracać. Ruszyłem w długi trening. 3,5 km rozgrzewki na stadion. Tam już padało regularnie. 2 x 1200 m progowo z przerwą 1′. Sam nie wiem co przeszkadzało bardziej – deszcz, czy wzmagający się wiatr. Po przebieżkach szybko opuściłem bieżnię i wyruszyłem na 1 godzinę BS w kierunku jeziora Ukiel. Gdy opuszczałem Kortowo powiedziałem w myślach – Panie Boże, skoro już ma padać, niech pada, byleby już tylko się nie wzmagało. Oswoiłem się z deszczem, padał równo, ale do wytrzymania. Nad Ukielem udało się nieco schować w lesie. W pewnym momencie jednak nawet liście drzew jakby przestawały dawać schronienie. Krople uderzały o głowę z coraz większą mocą a ja zacząłem rapować w głowie jak Mezo – „leje, wieje i ch$jowa pogoda, to bieganie wcale mi się już nie podoba”. Leciałem wzdłuż linii brzegowej i dopiero po tańczących na tafli jeziora kroplach zdałem sobie sprawę jak bardzo jest źle.

Zbliżałem się na stadion, został mi niecały kilometr, gdy wraz z deszczem pojawiły się przed moimi oczami jakieś białe punkciki. Pomyślałem, że w oczach mi się mieni od tej wody. Ale białych punkcików zaczęło robić się coraz więcej. Gdy wbiegałem na bieżnię w powietrzu trwała już prawdziwa burza śniegowa. Ku mojemu zdziwieniu w tych warunkach po tartanie poza mną biegały jeszcze dwie osoby…Zrobiłem kolejne 2 przebieżki po 1200 m. Na końcu byłem już tak mokry jakbym składał się z 99% wody zamiast z książkowych 70%. Na pewno domyślacie się co było dalej. Tak, tak, tak.

Tak. Gdy truchtałem do domu przestawało padać.

Tak. Dwie godziny później świeciło już słońce.

Tak. Od tego roku oficjalnie przestałem obchodzić Dingusa.

Łącznie wybiegałem w ubiegłym tygodniu 90km.

Za kilka dni, bo w niedzielę pierwszy poważny test w tym roku w postaci 10 km na Orlenie. To będzie moja chwila prawdy i weryfikacja dla treningu, który wykonywałem. Jeśli nie złamię 35′ będę – nieusatysfakcjonowany, posługując się tym eleganckim eufemizmem. A mówiąc wprost – będę wk%%wiony ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+