Kilka lat temu zainwestowałem w książkę – „Chodzenie metodą Gallowaya”…to znaczy „Bieganie metodą Gallowaya”. Zawsze mi się to myli. Pamiętam że reklamował tę pozycję sam Paweł Januszewski. Mój idol z dzieciństwa za którego ściskałem kciuki, gdy podczas ME 1998 zostawiał w tyle samego Rusłana Maszczenko. Skoro mistrz poleca książkę – musiałem ją mieć.

Był sierpień 2013 roku, trenowałem już drugi miesiąc od powrotu, wychodząc biegać codziennie, a czasami nawet i dwa razy na dobę. I właśnie wtedy przysiadłem nad Gallowayem bardzo zaciekawiony o czym ów trener będzie opowiadał. Otwieram pierwsze strony, czytam, robię duże oczy, znowu czytam, robię jeszcze większe oczy, zamykam książkę. O czym ten gość bredzi?!

Regeneracja, odpoczynek, zrób sobie wolne, trenuj co drugi dzień, startuj nie więcej niż 20 km w miesiącu, na 1,5 km startowego jeden dzień odpoczynku.

Chwila! Kupiłem książkę na temat treningu, czy technik relaksacji?

Czytam dalej.

Za dużo biegacie, warto zmniejszyć kilometraż. Mój znajomy jak biegał ultra to w tygodniu nie przekraczał 80 km, a inny znajomy jak biegał maraton w 2:14 to nie przekraczał 65km/tydzień…

No i jeszcze te przerwy na marsz…

Pamiętaj żeby przejść w marsz zanim poczujesz zmęczenie. Zachowasz siłę na bieg do samej mety unikając 7-15 minut spowolnienia na samym końcu maratonu.

Tego już było dla mnie za wiele. Zamknąłem książkę, odłożyłem na półkę gdzieś pomiędzy kucharskie i zamówiłem Danielsa.

Przez wiele lat mój pierwszy trener tłukł nam do głowy, że biegać trzeba codziennie, a im mocniej i więcej tym lepiej. Na to wszystko faszerowałem swój umysł filmami z serii Rocky, gdzie również trening miał charakter mocnej orki pod tytułem – albo przeżyjesz, albo zginiesz. A tu mi nagle jakiś pan z Ameryki 2/3 książki o treningu poświęca odpoczywaniu…Jednak coś sobie zapożyczyłem z tamtej lektury i wprowadziłem do tygodniowego planu jeden dzień wolny.

Wolne poniedziałki pasują mi najbardziej. Dzień po wymagającym treningu niedzielnym i dwa dni przed kolejnym akcentem środowym. Mogę poskładać myśli, wrzucić coś na bloga, bardziej niż fizycznie odpocząć psychicznie od treningu. Pamiętam, że ten tekst chciałem napisać w grudniu, na początku realizacji planu. Ale pomyślałem wtedy, że jeśli już na starcie będę pisał o tym, że nie mogę się doczekać wolnego poniedziałku to źle to będzie wyglądać ;-) Tylko że w kolejnych tygodniach wolne było mi jakby coraz mniej potrzebne i już poniedziałek przestawał się kojarzyć niczym haust powietrza wzięty przez tonącego w morzu kilometrów. Organizm się adaptował, coraz lepiej znosił obciążenia.

Dziś mogę powiedzieć, że czas największej pracy się skończył. Od tego tygodnia już do 14 maja będę powoli szukał świeżości. W kolejnych 5 tygodniach raczej nie przekroczę nawet 90km/tydz, akcenty też będą stopniowo się skracać. Nigdy wcześniej nie robiłem tak długiego planu ani tak długiego wyostrzania, więc tym bardziej jestem ciekaw wyników na mecie.

2 tygodnie do Oshee i 5 tygodni do Białegostoku ! ;-)

Wracając do samego tygodnia to był baaaardzo owocny. We wtorek zacząłem od 14 km rozbiegania i Siły Biegowej. Świetna pogoda, świetne samopoczucie a samą siłkę robiłem nad Ukielem po eleganckim, równym szutrze, na idealnym wzniesieniu. W środę na zmęczonych po sile nogach 2 x (20’BS + 5km P) + 3km BS. Pierwsza piątka w 18:57, druga w 18:37. Łącznie wyszło mi 22 km treningu. W niedzielę 31 km LONG, wg gps po 4:31/km w co aż mi trudno jest uwierzyć. W każdym razie biegło się dobrze, ponad 2 godziny wysiłku na sucho. A jeszcze rok temu na 20 km brałem żel…

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+