Różnie ludzie nazywają Kędzierzyn-Koźle. Jedni mówią – stolica polskiej siatkówki. Inni – stolica polskiej chemii. Ja mówię – dom. W Sobotę 10 grudnia w domu właśnie wystartowałem w V Biegu Mikołajkowym.

Na pomysł startu wpadłem już w październiku.

– Jedziemy w grudniu do KK, odwiedzimy rodziców.

– Zawody są?

Zapytała żona, tym samym szybko demaskując mój chytry plan.

Do stolicy wszechświata dotarliśmy w piątek o 8 rano, po 14 godzinach podróży. Odespałem raptem 3 godziny i ogarnąłem się na tyle, żeby wyjść jeszcze przed zmrokiem na mały rozruch. Biegło się świetnie, aklimatyzacja na Śląskiej ziemi przebiegła bezproblemowo. Pozwiedzałem dawne biegowe ścieżki i z dobrym nastawieniem mogłem wyczekiwać sobotniego startu.

Do Koźla, gdzie miały odbyć się mikołajkowe zawody dotarliśmy z eM. na półtorej godziny przed startem. Ledwo weszliśmy na salę gimnastyczną przy ul. Skarbowej, a już dało się usłyszeć głośne – Stasiek! Nikt inny nie mówił na mnie „Stasiek” jak mój były trener. Siedział przy stoliku razem z całą kilkuosobową grupką znajomych, w tym z moimi rywalami w nadchodzącym biegu. Jacka znam od roku 1999, więc szmat czasu. Z resztą – kto nie zna Jacka? ;-) Trenowaliśmy razem, z tymże on trochę efektywniej i dziś może się pochwalić PB na 10k na poziomie 32:00. Piotra poznałem dopiero podczas tegorocznych świąt Wielkanocnych, kiedy pobiegliśmy większą grupą na długie wybieganie w okolice Góry Św Anny. Podpytałem ekipę czy przyjechał ktoś jeszcze kogo można by się obawiać w kontekście walki o podium. Okazało się, że raczej poza naszą trójką nie ma na widoku biegacza, który mógłby wskoczyć na pudło.

Nie ukrywam, że byłem przygotowany na taki właśnie wariant. Od jakiegoś czasu przeglądałem listę startową mierząc siły na zamiary i prognozując możliwe scenariusze biegu. Jacek był poza konkurencją, pozostało więc jedynie albo aż – powalczyć o 2 plac. O Piotrku wiedziałem tyle, że 3 tygodnie wcześniej pobiegł na ateście 35:00 na 10k. Dużo szybciej niż moja życiówka (36:20). Nie czułem się jednak na straconej pozycji z dwóch powodów. Po pierwsze myślę, że aktualnie jestem w formie na życiówkę, a po drugie dobrze biega mi się ostatnio w przełaju, a taki charakter miała mieć trasa mikołajkowego biegu. Co jeszcze wiedziałem o sobie? Nie chcę biec czajonego biegu z mocnym finiszem, więc zależało mi na tym, żeby tempo było w miarę żwawe.

fot. festiwalbiegowy.pl

fot. festiwalbiegowy.pl

Jak przewidywałem tak się stało. Od samego początku wysforowaliśmy się z chłopakami na czoło. Jeszcze nie minął 1 km, jak mieliśmy znaczącą przewagę nad kolejnym zawodnikiem. Pomyślałem sobie – fajnie, miejsce na podium to dziś formalność. Trasę (dwie pętle po 5km) wyznaczono z pomysłem, punkt dla organizatorów. Dużo się działo – ostre zakręty o 180 stopni, krótkie ale ostre podbiegi, częściowo utwardzona nawierzchnia, ale też długimi fragmentami po prostu trawa, miękka ziemia, klasyczny przełaj.

Jacek wziął się za nadawanie tempa, które raczej było dla mnie całkiem szybkie. Jak się okazało w okolicach 3km – za szybkie. Wybiegliśmy z przełaju na asfalt i tutaj puściłem chłopaków. Uciekli na kilka sekund. Pomyślałem – lipa, jadę 500 km na zawody, żeby jeszcze przed połówką oddać bieg. Starałem się jednak trzymać na tyle, żeby panowie nie odjechali za daleko. Po pierwszej pętli miałem dokładnie 6 sekund straty do prowadzących. Czułem się już jednak mocno zmęczony, bo trasa zdecydowanie była z kategorii tych – wysysających z energii. Nie było więc mowy o jakimś przyśpieszaniu na drugiej „piątce”. Pozostało tylko napierać i liczyć, że ktoś z przodu umrze bardziej ode mnie.

fot. Marta i Aleksander Waligóra

fot. Marta i Aleksander Waligóra

Oczywiście pisząc – ktoś, raczej liczyłem na Piotrka, niż Jacka, dla którego ten bieg to podejrzewam II zakres z elementami III niż prawdziwe ściganie. Lider szybko za 5 km odczepił wagonik z drugim zawodnikiem od siebie. Między nim a Piotrem robiła się coraz większa przestrzeń, ale między mną a drugim miejscem dla odmiany coraz węższa. Napierałem, a im trudniejsza robiła się trasa, im więcej pagórków było do pokonania, tym bardziej niwelowałem stratę. To motywuje gdy widzisz, że dystans do rywala mocno się zmniejsza. Gorsze są sytuacje, gdy ostro pracujesz, żeby nadrobić, a strata ani drgnie. Tym razem było dobrze i już koło 7 km wyprzedziłem Piotra. Poszło gładko, nie napotkałem na większy opór ze strony konkurenta. Z każdym krokiem moja przewaga zaczęła rosnąć. Ale niestety rosło też i zmęczenie, które dopiero naprawdę odczułem niedługo po wyjściu na 2 pozycję. Znowu wybiegliśmy na kawałek po asfalcie, a ja zacząłem dyszeć już jak na finiszu. Do mety pozostały jeszcze dwie kilometry. Nie chciałem myśleć o tym co z tyłu, ale potrzeba kontrolowania przewagi była silniejsza. Zacząłem się obracać – raz i drugi. Miałem wrażenie, że Piotr biegnie bardzo szybko, że właśnie pokonał kryzys i biegnie po mnie, że to kwestia sekund jak powinien się ze mną zrównać. Jakaś biegowa fatamorgana, bo sekundy mijały a wcale nie czułem przeciwnika na plecach. Stwierdziłem, że już się nie będę obracać, bo tylko wprowadzało to we mnie niepotrzebną nerwowość.

fot. festiwalbiegowy.pl

fot. festiwalbiegowy.pl

Chwilami odbierało mi oddech, innym razem czułem, że nogi zaraz przestaną się kręcić. Ale było już blisko, tak blisko. Jeszcze tylko agrafka na której minąłem się z Jackiem, kawałek po miękkiej ziemi, ostry zbieg po błocie i będę na ostatnim łuku do mety. Pozostało już tylko uważać żeby nie zaliczyć efektownej wywrotki na którymś ze śliskich zakrętów, bo 2 miejsca już nic nie było mi w stanie odebrać. Wbiegłem na metę z czasem 35:28, witany przez speakera, który trudził się nad rozszyfrowaniem nazwy mojego klubu – MFOAT. Pomogła mu koleżanka Asia z dawnych klubowych lat, która odczytała – Majugs Federation of Athletics Team.

Potem to już wiadomo – gratulacje, uściski dłoni, wywiady, cały ten splendor ;-)

Na mecie podszedł do mnie jeszcze nastolatek który też startował z pytaniem:

– Który Pan był?

Poczułem się tak staro jak jeszcze nigdy wcześniej. Chyba po raz pierwszy ktoś nazwał mnie „panem”. Pora umierać ;P

Drugą pętlę udało mi się pobiec jedynie 10 sekund słabiej niż pierwszą, więc to co przewidywałem to się sprawdziło. Wygrałem wytrzymałością, którą budowałem przez ostatnie 6 miesięcy. W przypadku biegu na tzw. końcówkę, podejrzewam, że byłbym bez szans.

….

W Niedzielę wyszliśmy jeszcze z ekipą na długie rozbieganie. Tempo oscylowało w granicach 5:30/km… ;-) Udało się przebiec 18 km i cały tydzień domknąć z kilometrażem – 73 km. Poza startem i longiem robiłem znowu same rozbiegania, raz w środę dodałem do treningu 8 rytmów po 20 s na ożywienie.

Tym samym 2 tydzień przygotowań minął. Mam nadzieję, że sobotniego startu nie będę długo odchorowywał, ale póki co jestem zmęczony. Zwłaszcza, że wczoraj znowu spędziliśmy 14 godzin w podróży, więc o klasycznej poniedziałkowej regeneracji, raczej nie było mowy.

Przez kolejne 4 tygodnie skupię się już wyłącznie na treningu. Następne zawody to odległa perspektywa, bo dopiero City Trail w połowie stycznia.

Aj! Czuję, że będzie moc!

;-)

Elo, elo, 3, 2, 0!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+