Daleko jeszcze do zimy?!

Trochę się śmieję, ale też trochę pytam na poważnie, bo ewidentnie wysokie temperatury mi nie służą, a niestety sezon na krótkie gatki i okulary słoneczne uważam za wstępnie otwarty.

Wiosna 2017

Wiosna 2017

To już 18 tydzień realizacji planu i jeśli ktoś kojarzy 24 tyg wg Danielsa to wie, że po nocy przychodzi dzień, po burzy spokój, a po 3 fazie jest faza nr 4. Ostatnie 6 tygodni według autora planu miały być najcięższe i rzeczywiście takie były. Zdarzały się przebłyski formy jak i treningi mocno nieudane. W samym marcu zrobiłem 439 km, czym pobiłem swój dotychczasowy rekord miesięcznej objętości o 40 km. Zauważyłem też pewną zależność. Cała 3 faza składała się z 2 mikrocykli po 3 tygodnie w formacie: 1 – 0,9 – 0,8 i 1 – 0,9 – 0,7, gdzie JEDYNKA oznacza maksymalną objętość, a kolejne cyfry jej cząstki. Wychodziły więc tygodnie z kilometrażem odpowiednio – 110, 100 i 90 km oraz 110 – 100 – 80 i w obu tych mikrocyklach najgorzej biegało mi się podczas tygodnia regeneracyjnego w którym objętość spadała.

Taki był też ostatni tydzień. Już we wtorek po paru krokach zacząłem się autentycznie dusić. Śmiałem się sam do siebie, że po tylu miesiącach pracy tlenowej mam problem z…oddechem. Zwolniłem i organizm złapał „jakiś” rytm, ale już wiedziałem, że to będzie trudny tydzień. Zrobiłem tego dnia parę km rozbiegania i siłę biegową (pierwszy raz od 31 stycznia).

W środę 4 x 3 km p. 2′, czyli trening progowy. Z dobiegiem na stadion i schłodzeniem wyszło 20 km. Szło nawet nieźle, zacząłem spokojnie od tempa 3:50/km, żeby na kolejnych odcinkach przyśpieszać:

1. 11:30 (3:50/km, śr hr 163)

2. 11:26 (3:49/km, śr hr 165)

3. 11:20 (3:47/km, śr hr 166)

4. 11:12 (3:44/km, śr hr 168)

Najgorsze było jednak ostatnie powtórzenie, gdzie szczerze powiem tempo 3:44 było dla mnie w odczuciu mocno zaporowe. Czułem jakbym biegł swoją maksymalną prędkością.

Czwartek, piątek, sobota – chodzę na krótkie rozbiegania po 8-9 km oswajając się z upałami.

W niedzielę wstaję na budzik o 4:30. Po godzinie szóstej i lekkim śniadaniu z kawą biegnę na bieżnię. Czekało mnie tego dnia tempo maratońskie i jak to mam w zwyczaju chciałem całość wybiegać po tartanie. 50 okrążeń, czyli równe 20 km. Wiem, że to niezdrowe ale lepszych warunków do tego, żeby trzymać zamierzone tempo nie znajdę. Strategia podobna do tej którą zastosowałem podczas ostatniej tego typu sesji – pierwsza dycha po 4:00, a na drugiej stopniowe przyśpieszanie w kierunku 3:47, czyli tempa w które celuję na kolejnym maratonie:

20km śr po 3:54, śr tętno 160, max hr 174:
1. 4:00
2. 4:00
3. 3:59
4. 3:58
5. 3:59
6. 3:58
7. 3:58
8. 3:58
9.3:58                                                                                                                                                                                       10. 3:58 (39:48) śr 3:59
11. 3:57
12. 3:56
13. 3:53
14. 3:52
15. 3:52
16. 3:50
17. 3:51
18. 3:48
19. 3:47
20. 3:37 (1:18,15) śr 3:50

Dopóki biegłem bliżej 4:00 tętno kręciło się na poziomie 154-156 bpm, ostatni km wypadł już na śr tętnie 171 i maksymalnym 174. Problemem znowu był oddech, podobnie jak we wtorek. Ostatni kilometr przebiegłem ni to oddychając, ni to się dusząc. Na plus, że mięśniowo nie odczuwałem większych problemów. Pamiętam, że we wrześniu od takiego biegania po bieżni zaczęła mnie w pewnym momencie mocno pobolewać łydka, tym razem pod tym kątem jestem zupełnie zdrowy.

Daniels pisze, że kończąc 3 fazę możesz czuć, że łapiesz formę, albo że trenujesz za mało. Mi jest bliżej do tego drugiego stwierdzenia. Nie czuję się zajechany po tej całej zimowej pracy i w zasadzie mam apetyt na większe przebiegi latem. Póki co trzeba jednak zrobić ostatnie szlify, poszukać świeżości i zweryfikować na ile ten trening realnie mi pomógł. Do swojego pierwszego maratonu przygotowywałem się 3 miesiące, teraz praca trwała dwa razy dłużej, dużo będzie więc zależało od tego jak przebiegnie wyostrzanie, które zacznie się praktycznie już na 5 tygodni przed startem docelowym.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+