Rok temu pod koniec marca byłem pełen dobrych emocji i pozytywnego nastawienia przed rozpoczynającym się sezonem. Jednak na początku kwietnia przyszedł pierwszy start i klops. Nie wiedziałem jak się nazywam. Bieg skończył się dla mnie mniej więcej po dwustu metrach, czyli o dobre 9800 m szybciej niż liczyłem. Przecież trenowałem. Wychodziłem biegać w najgorszą szarugę, w odbierającą ochotę do życia śnieżycę, przemaczałem buty w ulewne dni. Robiłem longi, ciągłe, siłę, interwały, robiłem wszystko co trzeba, żeby w pierwszy weekend kwietnia dobrze zacząć wiosnę. Stało się inaczej. Cała wiosna wyszła miernie, na szczęście w czerwcu wymyśliłem sobie maraton, zwiększyłem objętość i krótko mówiąc – odżyłem.

Jak jest teraz – 12 miesięcy później? Znowu jest koniec marca i ponownie w dobrym nastawieniu wyczekuję pierwszego startu, który już za tydzień. Coś się jednak zmieniło. Przede wszystkim trenuję według planu, objętość nie jest przypadkowa, podobnie jak środki treningowe. Ponoć spontan jest fajny, ale w przypadku trenowania jakoś mi się nie sprawdzał. Tym razem staram się być precyzyjny jak aptekarz i nie przekraczać ani parametrów dotyczących objętości, ani intensywności treningowych.

Poprzedni, czyli 16 – ty już tydzień przygotowań do HM Białystok, był bardzo owocny. Przede wszystkim do wybiegania miałem 110 km, czyli maksymalny tygodniowy przebieg jaki założyłem sobie w listopadzie i podstawiłem pod plan. Przy moim 6 dniowym tygodniu treningowym, żeby wylatać taką objętość musiałem robić rozbiegania co najmniej 16 kilometrowe i dokładnie tak to wyglądało:

Wtorek – 16,3 km po 4:48

Czwartek – 16,1 km po 4:49

Piątek – 16 km po 5:00

Sobota – 16,5 km po 4:57

Poza rozbieganiami tradycyjnie wplotłem dwie bardziej wymagające jednostki:

Środa – 18km w tym: 5km P + 2km BS + 5 km P

według wskazań gps pierwszą piątkę wybiegałem po 3:41/km, a drugą po 3:38/km, cała dwunastka wyszła śr po 3:50/km (śr tętno 165). Jeśli te dane byłyby realne to byłoby świetnie, ale wiadomo, że z satelitami to różnie może być.

Niedziela - 28 km LONG. Tym razem nie było biegania w progu, ale klasyczne długie wybieganie. Udało się większość treningu wykonać w lesie co zdarza mi się ostatnio niestety bardzo rzadko. Po drodze minąłem rozkładające się truchło sarny, albo innego zwierza podobnie dużych gabarytów z którego wystawały długie żebra. Ciągle się zastanawiam co tam się mogło wydarzyć, że tak duże stworzenie padło przy samej ścieżce. Tak czy owak – mimo biegania w terenie i dużego wiatru niespełna 30 km zrobiłem śr po 4:49/km.

dikembe

W sobotę startuję w City Trail gdzie będzie dobra okazja aby się przetrzeć po wielu tygodniach treningu. Szczerze powiem, że jestem trochę poddenerwowany przed tym biegiem. Człowiek trenuje coś miesiącami, a potem ma ten jeden start trwający kilkanaście minut, w którym trzeba udowodnić, że inwestycja w trening miała sens. Uciekałem całą zimę przed CT bo śnieg, bo lód, bo błoto. Wszystko wskazuje na to, że przed błotem jednak nie ucieknę, bo cały tydzień zapowiada się deszczowo. Ale nic to, trzeba zaciągnąć rękawy, poprawić gacie i dzida do przodu! ;-)

W tym tygodniu schodzę do 100 km objętości, także trochę sobie odpocznę przed startem ;-)

Z takich jeszcze spraw bieżących – nic mnie nie boli, przeziębienia omijają, a jeszcze na początku lutego prawie nie mogłem stąpnąć z uwagi na ból w łydce. Widać – większy kilometraż mnie podleczył.

Pozdro 600!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+