Kwiaty Zła – ktoś, coś? Kwiaty Zła to nazwa tomiku wierszy francuskiego „poety” Charlesa Baudelaire’a i raczej tego typu lektury nikomu bym szczególnie nie rekomendował. Ale na szczęście Kwiaty Zła to również nazwa solowego albumu białostockiego rapera PIH-a i akurat tę produkcję swego czasu uwielbiałem i katowałem w opór. Jeden z kawałków na playliście Kwiatów Zła (z gościnnym udziałem Rycha Pei) nosi jakże znamienny tytuł – Zawsze muszę coś spierdolić i właśnie tego utworu słuchałem przez ostatnie dni najwięcej. Jak więc nietrudno się domyślić – nie było ze mną dobrze.

Chodziło o stopę. Od 10 dni odczuwam ból pod dużym palcem, paskudny ból który uniemożliwia mi swobodne lądowanie, wybicie, grzebnięcie….wszystko. Na szczęście czuję z dnia na dzień lekką, drobną, malutką ale jednak poprawę. Mocno ograniczyłem w międzyczasie treningi ścinając objętość bardziej niż zakładał plan. Wszystko po to żeby stopa przed City Trail a potem półmaratonem była w stanie się zregenerować. Ale mimo tych wszystkich prewencyjnych zabiegów czułem i czuję niepokój. W głowie krążą mi myśli o tym, że jak zwykle przed samą metą, przed samym zakończeniem przygotowań się załatwię, że już niemal widząc start docelowy wyeliminuję się z biegu jakąś głupią kontuzją, której można było uniknąć.

Nerwy rwą się spod kontroli, zawsze muszę coś spierdolić – rapuje PIH. Na szczęście gdzieś tam z tyłu głowy równolegle do białostockich rymów kołaczą mi też frazy Wojciecha Młynarskiego.

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy,
jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia plany,
tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom
bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją.

Nakręcałem się na sobotni start w City Trail jak głupi, jak chory, jak jebnięty. Chciałem za wszelką cenę uniknąć powtórki z poprzedniego biegu, kiedy przeszedłem zupełnie obok całej rywalizacji. Kiedy dawałem się wyprzedzać bez śladu reakcji, bez żadnego weta, z motywacją na poziomie – wszystko mi jedno. Tym razem miało być inaczej, miałem być skupiony, zły i nieustępliwy, miałem od startu do mety lecieć jakby to była sprawa życia lub śmierci, a nie hobbystyczna rekreacja od której nic nie zależy. Na tę okoliczność wyciągnąłem z szafy kolce. Stare Adidasy, które przeleżały w zamrażarce całą dekadę. Dzień wcześniej sklejałem podeszwę „kropelką” starając się doprowadzić te leciwe kapcie do ścigaczej użyteczności. Jednak w dniu startu po jednej przebieżce okazało się, że nic już z moich starych kolców nie będzie, że jednak nie udało się ich reanimować. Tak więc stanąłem przy startowej macie w zwykłych butach i mimo że przed nami malowała się błotna jak nigdy trasa, miałem zamiar od początku lecieć tak jakby jutra i błota miało nie być.

START!

fot. Tadeusz Stefański

fot. Tadeusz Stefański

Może oglądaliście film Jesteś Bogiem o Paktofonice? W jednej ze scen Magik mocno obstaje przy swoim krzycząc – Nie, kurwa! Przez całe życie robię rzeczy, których nienawidzę, a jak wreszcie chcę zrobić coś co chcę, to mi kurwa nie wolno?!

Nie, kurwa! Było moim hasłem przewodnim na bieg. Powtarzałem sobie ten tekst w głowie od pierwszych metrów, a trzeba przyznać, że ruszyłem ostro. Od razu rzuciłem się za prowadzącą trójką mocarzy cisnąc jakbyśmy rywalizowali w zawodach na milę a nie 5km. 1 km łapię w 3:17 i mimo że błoto kładzie się gęsto ja otwieram City Trail najszybciej w życiu! Ale nie ma czasu na świętowanie, bo wiem, że za chwilę spotka mnie kara za zbyt szybki początek. Kara nadciąga w połowie drugiego kilometra, zbliżają się pierwsi rywale. To jest to samo miejsce w którym miesiąc temu puściłem Rafała i Sławka, tym razem wyprzedza Jakub (bezpośredni rywal z kategorii M30).

Nie, kurwa! Mówię do siebie i instynktownie chwytam się pleców rywala. Nie puszczę, tym razem nie puszczę – powtarzam w myślach. Trzymam się tak przez kolejne kilkaset metrów jednocześnie słysząc że na plecach mam towarzystwo. Między 2 a 3 km wyprzedza mnie dwóch Rafałów i tym samym spadam na ostatnie 4 miejsce w naszej grupce i 7 miejsce w ogóle. Ale piłuję, jeszcze w zielone gramy podśpiewuję w duszy i tak toczę się za chłopakami przez kolejne kilkaset metrów. Tabliczka z 3 km i błotny zbieg. Ustałem. I to jest ten moment żeby poszukać swojej szansy.

Goń, kurwa! Powtarzam w kółko. Goń, kurwa!

I gonię, o Boże jak ja pięknie gonię! Wpadam w szał, trans, czy jak tam sobie to ktoś nazwie. Dla mnie to jak podłączenie pod specjalne zasilanie z lepszej jakości prądem, który kopie, tak pięknie kopie, że rozum zaniemówił, rozumu w tym wszystkim nie ma za wiele jest za to szaleństwo, jest improwizacja, jest chory przymus wyprzedzania, na zakręcie, po wciągającym jak bagno błocie, obiegając po zewnętrznej i co?! I jestem przed nimi! Biegnę na czele naszej grupki prawie zabijając się na błocku, ale nie szkodzi, nic nie szkodzi!

Oj kosztował mnie ten manewr, a Oni wcale nie chcą odpuścić, wcale nie chcą odklepać poddania tylko znowu napierają, znowu wyprzedzają nic sobie nie robiąc z mojego Avanti! A niech to szlag, a przecież został jeszcze ten podbieg…ten koszmarny podbieg na ostatnim kilometrze…Na podbiegu jednak wcale nie jest tak źle, jest lepiej niż się spodziewałem! Przede mną Rafał w czarnej koszulce, za mną Rafał w czerwonej, a ja zrównuję się z Jakubem moim rywalem w bezpośredniej walce o miejsce w wiekówce i wykorzystuję swoją szansę! Na górce jestem przed nim, ale z kolei tracę miejsce na rzecz Rafała, który ciągle wydaje się mieć duży zapas sił na mocną końcówkę. Zbieg, ostry zbieg po kostce który kiedyś mnie wyglebił, ale tym razem trzymam pion. Gdy jestem już na dole na długiej brukowej prostej do mostku uruchamiam swoje zapasowe silniczki.

Na pohybel! Krzyczę i wyprowadzam ostateczny cios. Jestem wściekły, skupiony i cholera na dodatek wychodzi na to, że w formie, bo pędzę a chłopaki z przodu zdają się wcale nie mieć ochoty, żeby odeprzeć ten atak. Rafał gestem ręki zachęca, żebym w końcu zapierdolił na finiszu jak trzeba i tym razem nie trzeba mnie do tego dwa razy namawiać. Wyprzedzam Rafała a zaraz potem drugiego Rafała i zaczyna się robić ciekawie.

Tylko że ten pierwszy Rafał co jeszcze chwilę temu motywował mnie do biegu sam też wyprzedził i po chwili pokazuje mi już dumnie swoje plecy. Kolejny raz. Znowu. Ostatni raz wygrałem z Rafałem w 2016 roku, zdarza się to tak rzadko, że niedziwne, że pamiętam….Wbiegamy na mostek, doping jest genialny, czuję się jak za starych czasów gdy trener krzyczał – Grzeeeeeeej! Tak głośno że obudziłby niedźwiedzia.

Normalnie straciłbym już nadzieję, że dogonię rywala. Jesteśmy na mostku, zostało ostatnie kilkadziesiąt metrów. Normalnie już bym w to nie wierzył. Ale tym razem…ale tym razem…

Ale tym razem mówię sobie – Nie, kurwa! I ta sztuka W KOŃCU mi się udaje. Wyprzedzam Rafała na ostatnich metrach.

Wbiegam na 4 tym miejscu OPEN z czasem 17:16. Drugi czas w historii mojego City Trail i gdyby dziś było sucho to 17 by pękło jak nic – wierzę w to mocno. Najwyższe miejsce w ramach City Trail, odkułem się, W KOŃCU się odkułem.

Całe półroczne trailowe zmagania zakończyłem na 7 miejscu OPEN i 2 miejscu w M30.

….

Skyfall? Done – odpowiedział James Bond w jednym z filmów o agencie 007.

City Trail? Done – odpowiadam ja, też swoją drogą niezły agent :P

Zrobiłem w tym ostatnim starcie wszystko co miałem zrobić, wszystko co sobie założyłem. Przegrałem tylko z najlepszą trójką biegającą dychę w przedziale 31-32 więc taką porażkę mogę zaakceptować. Dla takich biegów się trenuje, to była prawdziwa batalia, z której W KOŃCU wyszedłem przyzwoicie.

Za tydzień o tej porze będę robił w rajtuzy przed startem w PÓŁMARATONIE. Pogoda prawdopodobnie nie dopisze, ale jak widać forma jest, treningi nie poszły na marne, stopa wygląda po dzisiejszym biegu całkiem dobrze. Pozostało już tylko pobiec. Tylko i aż. :)

PODSUMOWANIE 14

Kilometraż – 78km

Akcent – 4x1km P + 12 km BS + 4x1km P

PODSUMOWANIE 15

Kilometraż – 75 km

Akcent – 8 x 200m R p. 200m tr.

Hasło – „DON’T TRY” Nie rób rzeczy na próbę, jeśli już cokolwiek robisz zawsze idź na całego…w przeciwnym razie, nawet nie zaczynaj. (by Bukowski)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+