O rany Juliusz jaki to był ciężki tydzień…Ło Bożesz ty mój Władku po prostu czyste zło…Olaboga, ale fajnie! ;-)

W skrócie – 140 kilometrów, 6 dni, 9 jednostek treningowych, 2 akcenty.

A rozwijając, wyglądało to tak:

Oddając cesarzowi co cesarskie, a zimie co….zimne – w końcu nadeszła ONA, mroźna, śnieżna i wymagająca jak znienawidzony nauczyciel, który zaczynał każdą lekcję od niezapowiedzianej kartkówki. Ale jednocześnie przyszła w swojej najpiękniejszej odsłonie – wyżowej, słonecznej, stosunkowo bezwietrznej i suchej jak niejeden biegający Suchoklates. Ale zanim zima rozgościła się na Warmii na dobre zdążyłem zrobić w środę akcent na stadionie – 20′ BS + 5km P + 20′ BS + 5 km P + 4km BS. Poprzednie „piątki” biegałem w dość wietrzny dzień w 17:55 obie. Tym razem pogoda była lepsza, ale pierwsze powtórzenie otworzyłem ledwo w 3:39/km i zrobiło mi się z tego powodu nieco ciepło w rajtuzach. Gnałem a tutaj taki międzyczas? Tak być nie może, toż to ujma dla mej formy! Dlatego czem prędzej zabrałem się za odrabianie strat – 3:35-3:33-3:31-3:30 dzięki czemu 5 km zamknąłem w 17:49. Potem 20′ spokojnego krążenia po bieżni i można było ruszać po raz drugi. Biegło się lepiej, otworzyłem w 3:33 a potem kontrolowałem, żeby równo dolecieć do mety – 3:35-3:35-3:34 i podkręciłem jeszcze ostatnie 400 metrów co dało mi 3:26 na finiszowym kilometrze. Dość przyjemny trening, najbardziej umordowałem się podczas 20 minut Beesowania pośrodku.

A potem spadł śnieg i spadła też temperatura. Nagle z dnia na dzień zaczęły mnie pobolewać biodra, zupełnie od czapy. W sobotę pocierpiałem trochę na rozbieganiu z tego tytułu, wyrąbałem na tym bólowym dyskomforcie 22 km po 4;10/km i miałem serdecznie dość biegania na ten tydzień, a przecież czekała jeszcze niedziela i danie główne. Wróciłem do domu, pojadłem, odespałem i w niedzielę rano czułem się już dużo lepiej. Niesamowicie poprawiła mi się regeneracja w ostatnich miesiącach. Rok temu wiecznie biegałem zmęczony, permanentnie brakowało mi sił, a przecież trenowałem mniej, wolniej, lżej co się zowie. Teraz wygląda to w ten sposób, że pod wieczór jestem zmęczony, ale rano po 6 – tej mogę już zrobić zupełnie bezproblemowo dowolny trening.

Na niedzielę rozkład jazdy przewidywał taki oto ciąg znaków – 4km BS + 2x3km P (p.2′) + 12km BS + 4km P + 4 km BS. Łącznie 30 km jak bum cyk cyk. Pierwszorzędna młócka pod maraton.

Zrobiłem ten trening 2 lata temu przed maratonem w Poznaniu i to właśnie w tej jednostce upatrywałem źródła sukcesu podczas samych zawodów. Wtedy progi biegałem po 3:56-3:58, tym razem plan zakładał kręcenie się w okolicach 3:30/km. Wtedy robiłem ten trening sam, tym razem ze Sławkiem.

Minus 12 stopni na termometrze, 8:45 rano a my ruszamy wzdłuż Leśnej na rozgrzewkowe 4km po 4:10-4:15….Nie rozpisując się za bardzo bo nie ma o czym – zrobiliśmy tego przedpołudnia uczciwą robotę. Pierwsza trójka średnio po 3:29/km, druga trójka śr po 3:28, 12 km po jakieś 4:25 i mając już 22 km konkretnej roboty w nogach robimy 4km śr po 3:29, a potem jeszcze ostatnie 4 km BS znowu w okolicach 4:20.

Zostały 3 tygodnie do startu, więc pod względem obciążeń treningowych będzie już tylko lżej. W zasadzie zrobiłem wszystko co było do zrobienia, zdrowie dopisywało, a głowa miała napęd w postaci regularnych postępów, które działały jak paliwo. W lutym co prawda do 500 km objętości nie dobiję, ale zabraknie mi do tej granicy jedynie 20 km, co oznacza, że luty pod względem średniej tygodniowej objętości będzie najmocniej przepracowanym miesiącem w moim życiu.

Nie ma co ukrywać, że jeśli w Gdyni nie zrobię porządnej życiówki to w pewnym sensie wyjdę na głupka, co to „na treningach idzie w trupa, a na zawodach biega jak dupa” – że tak zacytuję klasyka. Ale nie przeszkadza mi to. Prędzej czy później jeśli zdrowie dopisze, starty też zaczną wychodzić.

PODSUMOWANIE 13 z 16

Kilometraż – dużo.

Akcenty – dużo.

Rytmy – x20

Hasło – Ja mam czas, ja poczekam /Fogg/

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+