Mógłbym napisać tysiąc zdań o starcie w lubelskiej dyszce, ale to wszystko i tak nie oddałoby stanu w jakim byłem na trasie. Ale coś napisać wypada o pierwszych zawodach w 2017 roku i oficjalnym debiucie w kategorii M30.

No więc,

„wszedłem na komin elektrociepłowni i strzeliłem mu w łeb…Z Mausera 7.8 mm…Co tu jeszcze wyjaśniać?” Tak swoje relacje syntezował Franz Maurer.

Ja postaram się być bardziej wylewny. W sobotę o godzinie 7:34 wsiadłem na pokład pociągu TLK Intercity i dojechałem po 6 godzinach do Lublina. Od razu z dworca podskoczyłem do hali MOSIR po odbiór pakietu. Sam odbiór zabrał mi może 1,5 minuty – plus dla organizatorów ;-) Stamtąd zabrałem się trolejbusem do centrum, a dokładnie na przystanek – Lipowa Cmentarz. Może 300 metrów dalej znajdował się hostel, w którym zarezerwowałem sobie łóżko w pokoju wieloosobowym. Ktoś może bawił się w takie rzeczy? Ja pierwszy raz i raczej ostatni. W pokoju na jednej z pryczy przywitał mnie łysy Ukrainiec z wyraźnym tatuażem na przedramieniu. Skąd wiem, że miał tatuaż na przedramieniu, zapytacie? Ów dżentelmen leżał bowiem w samych gaciach w środku dnia, jak podejrzewam – lecząc kaca. Szybko wybiłem z hostelu na spotkanie z dawno niewidzianym kumplem. Przespacerowaliśmy na Stare Miasto coby zjeść jakiś obiad. Traf chciał, że w lokalu do którego zaprowadził mnie kolega mieli w większość dość ciężkostrawne rzeczy. Wybrałem grillowaną rybę z frytkami i surówką jako coś względnie bezpiecznego. Porcja była sroga i co gorsza był to mój pierwszy posiłek licząc od śniadania. A mieliśmy godzinę 16:30 jak skończyłem jeść. Potem znowu spacer, tym razem na kwadrat do kumpla, gdzie uraczył mnie jakże potrzebną w tych okolicznościach kawą. Powspominaliśmy dawne czasy, gdy jeszcze włos na głowie rósł gęsto, a najpiękniejsze dziewczyny w mieście chętnie ogrzewały się w naszym młodzieńczym blasku ;-)

Po godzinie 20 z powrotem byłem w hostelu, przebrałem się i jeszcze na jakiś czas zaległem na swoim górnym łożu, żeby zaczerpnąć ostatnich chwil na regenerację. Gdy wychodziłem parę chwil po 21 mój zagraniczny współlokator poprosił mnie o zgaszenie światła, gdyż widocznie mało wyspał się w ciągu dnia i ponownie zapragnął oddać swoje myśli w objęcia Morfeusza.

Szybki dobieg na Zygmuntowskie Aleje, gdzie wiatr wschodni wieje, wizyta w WC, wymachy, rytmy, skłony, a potem znowu rytmy i można  było ustawić się na linii startu. Samopoczucie podczas rozgrzewki było całkiem bojowe i generalnie nie spodziewałem się, że coś może być nie tak podczas samego biegu. Fakt, że gdy już stałem na minuty przed wystrzałem startera ciężko było mi wziąć pełny, swobodny oddech, ale…czasami tak mam.

A więc parę minut po 22, bęc i poszliśmy!

Wygodny szeroki start, po chwili ostry skręt w prawo i długa prosta aż do krzyżówki pod hotelem Victoria. Pod koniec prostej czekał pierwszy z 3 podbiegów, które zaplanowane były tego dnia dla biegaczy. Dla mnie nie skończył się jednak jeszcze 1 km, a ja już czułem się dziwnie źle. Zaczęło się od kłucia w mostku. Jakby jakaś niewiasta stąpnęła nań swoją skądinąd atrakcyjną dla oka długą szpilką. Na drugim kilometrze gdzieś na początku ul. Głębokiej poczułem jakiś ruch w płucach, jakby pęcherzyki powietrza zrobiły sobie demonstrację antyrządową…Niedobrze. 3 km i skręcamy w podbieg na Filaretów, a tym samym zaczyna się chyba najbardziej newralgiczny moment na całej trasie. Upiornie długie wzniesienie. Przed sobą widzę sylwetkę pana Darka Listopada, który wygląda jakby zwalniał. Myślę, więc nad gonieniem, ale po chwili to ja tracę pozycję na korzyść faceta w dłuższych włosach. Chwytam się pleców rywala, oczywiście w przenośni ;-) i razem zaczynamy szaleńczy pościg za p. Darkiem. Doganiamy go na szczycie już na ul. Zana. Tutaj długa prosta aż do skrętu w Wileńską – przez jakiś czas nie ma zmian terenu. Biegniemy w trójkę, wychodzę do przodu i ciągnę ten wózek. Po skręcie w Wileńską zaczyna się zbieg, tym razem to p. Darek przyśpiesza i jeszcze przed znacznikiem z 5 km przejmuje liderowanie. Gościa w długich włosach, czyli jak później ustaliłem Jaromira już jakby nie ma, zostajemy we dwójkę. Za krzyżówką z Głęboką jest ostatni podbieg na ul. Pagi. Moje problemy z płucami schodzą na dalszy plan, ale zaczynają się przeboje gastryczne, aż w końcu coś ściska w żołądku. Nieprzyjemny ból kilka centymetrów pod mostkiem a w głowie myśli o zwracaniu jedzenia. Kończy się w każdym razie podbieg, wybiegamy na Racławickie a ja mam kilka metrów  przewagi nad p. Darkiem. Skończyła się walka z górkami, ale zaczęła z innym żywiołem. Okrutny, zimny wiatr ciągnie się praktycznie przez całe Racławickie. Obracam się, żeby sprawdzić jak dużą mam przewagę nad rywalami, żółta koszulka pana Darka połyskuje dość blisko. Jakieś 15 sekund później na wysokości KUL-u przeciwnik znowu mnie wyprzedza. Już przestaję liczyć który to raz tasujemy się między sobą, ale chyba trzeci. Ależ uparty gość – myślę sobie. Od Racławickich biegniemy już bardziej ramię w ramię, aż do 9 km gdzie postanawiam ruszyć trochę mocniej. Na 500 metrów do mety wyprzedzam jeszcze jednego zawodnika i na 8 miejscu z cierpiętniczą miną wbiegam na metę. Mam ochotę wymiotować, ale jakoś udaje się zaoszczędzić kibicom tego typu widoków. Ostry ból w nadbrzuszu towarzyszy mi jeszcze przez parę minut, ale powoli ustępuje. Siadam w hali, jem banana, dzwonię do mojej eM, która została na Warmii.

Jestem zadowolony i dumny z siebie, bo jak rapował ktoś w czasach mojej młodość – „nie sztuką jest grać będąc w najlepszej formie, lecz w gorszej lub w normie.”

I rzeczywiście podczas tej Dychy, byłem w złej formie. Nie przeżyłem nigdy wcześniej biegu w którym od pierwszych do ostatnich metrów przewalałyby się przez mój korpus permanentnie różne rodzaje bólu. A mimo tego udało się nawiązać walkę, przybiec w pierwszej 10 – tce i przy okazji wskoczyć na 1 miejsce podium w kat M30 ;-) (policzyli bez dubli, bo normalnie to byłem 4-ty)

Jednak bieganie uczy pokory, mam nauczkę, że nie można do startu, a zwłaszcza do tak egzotycznego startu jak o godzinie 22 w środku zimy podejść z tzw. biegu. Odpowiednie jedzenie w sobotę pewnie by mnie od takich perturbacji ochroniło.

Czas 36:30, miejsce 8 OPEN (18;22 na pierwszej piątce, 18:08 na drugiej).

Po dekoracji, czyli w okolicach godziny 1 w nocy dotarłem do hostelu. Przekimałem się do 4 rano i o 5:00 wsiadłem w Intercity, żeby o 10:30 być już z powrotem w Olsztynie. Cały wypad podczas którego zrobiłem 800 km pociągiem, 13 km biegiem i kilka km na piechotę zajął mi równe 27 godzin.

Aha, BTW. Wygrałem pulsometr ONRhythm110…i o ironio ten sam model kupiłem sobie tydzień wcześniej, więc mam dwa. Jakby ktoś z Olsztyna potrzebował, to mogę oddać w dobre ręce. Wysyłać pocztą, pakować, stać w kolejce itp. to powiem szczerze, że z uwagi na moje lenistwo – nie chce mnie się.

Co do spraw bieżących, to ten tydzień był odpoczynkowy:

63 km, 5 dni treningowych – wypadł programowo poniedziałek, ale też pozaplanowo niedziela. W środę robiłem lekki akcent 4×5′ po śniegu, a poza tym same rozbiegania.

Wracając jeszcze do startu to czas 36:30 na tej trasie oceniam dobrze. Myślę, że jak najbardziej 34 jest w moim zasięgu wiosną, ale jak to mówi młodzież – nie strasz nie strasz bo się…

No! ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+