fot. Filip Gomułkiewicz (wGlowieBiegacza.pl)

Wiem, że całe biegowe doświadczenie jest dopiero przede mną. Mimo, że od 2013 roku wybiegałam już trochę kilometrów, wciąż jestem ciekawa, czego ten sport mnie jeszcze nauczy. Co więcej, obserwując doświadczonych, inspirujących mnie biegaczy, uważam, że tak naprawdę ja sama umiem niewiele. Staram się korzystać z ich rad, ale wiadomo, że pewnych rzeczy trzeba doświadczyć na własnej skórze.

Taką rzeczą jest coś, co spotkało (w mniejszym lub większym stopniu) chyba niemal każdego, kto wkręcił się w bieganie – czyli kontuzje.

Sama przeszłam dwie, dosyć długie (4 miesiące przerwy przy pierwszej i 2,5 miesiąca przy drugiej). Co czułam przy tej pierwszej? Rozczarowanie, rozgoryczenie, niemoc, zazdrość wobec tych, co biegać mogą, a, co gorsza – robią życiówki! Kiedy ja z bólu nie mogę dobiec nawet na migające zielone światło, a jeszcze miesiąc temu miałam w planach zrobienie życiówki na jesień! To egoistyczne podejście, ale nie będę nikogo oszukiwać – tak właśnie było, zwłaszcza, że stan zapalny eliminował mnie również z uprawiania innych sportów.

wpis2_4
Łapałam się każdego ćwiczenia, które nie obciążało nogi.

Natomiast na drugą kontuzję zareagowałam zgoła inaczej. Otóż obraziłam się na bieganie. Zapowiedziałam, że robić już tego nie będę, bo widocznie mój organizm chce mi powiedzieć, że się do tego nie nadaję. Sprzedałam nowiutkie kolce lekkoatletyczne, w których 2 miesiące później miałam startować na bieżni. Przecież jak to się mogło stać? Starałam się teraz robić wszystko zgodnie ze sztuką biegania – łagodne zwiększanie kilometrażu, rozgrzewki, rozciąganie, treningi uzupełniające. Mimo tego, moim prawym kolanem zawojował ból, który przypominał o sobie już rano, tuż przed wstaniem z łóżka, a zielone światła znów uciekały szybciej, niż ja. Wróciłam do dyscypliny, która niegdyś w ogóle zapoczątkowała we mnie uprawianie sportu, do pływania. Przerwa minęła aktywnie, nie przybrałam na wadze, a pierwsze treningi biegowe traktowałam jako czystą rekreację, a nie „powrót do formy”. Cały czas miałam w głowie fakt, że bieganie przecież jest nie dla mnie.

wpis2_1
Dla funu przebiegłam 3. Nocny Półmaraton Wrocławski, będąc nieoficjalnym, osobistym pacemakerem na 2h. Fot. fotomaraton

No cóż, po miesiącu truchtania wyszło na to, że jednak jest dla mnie ;). Kobieta zmienną jest…

Ale miałam świadomość, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Skoro pomimo zmian wprowadzonych po pierwszej kontuzji, pojawiła się nowa, coś jeszcze musiało nie grać. Organizm ludzki to skomplikowana machina, a codzienny sport jest dużym obciążeniem. Od zawsze lubiłam treningi core z ciężarem własnego ciała, i nie brakowało ich w moich planach, ale widocznie było ich wciąż za mało, skoro pojawiały się kłopoty. Aktualnie… eksperymentuję. Staram się częściej odwiedzać siłownię. Traktuję moje ciało jako swoisty stelaż, fundament do zdrowego biegania. Obserwuję, co lepiej na nie działa, a co gorzej. A przede wszystkim – nie robię niczego na siłę. Jeżeli nie czuję się dobrze, robię trening wolniej, lub wcale. Trener to rozumie, wspiera mnie i nie naciska na trening, kiedy pojawia się jakiś ból. Bieganie jest teraz dla mnie celem samym w sobie, a ewentualny progres czy lepsze wyniki traktować będę jako przemiły skutek uboczny. Polecam to podejście każdemu, kto spotkał się z podobnymi problemami.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+