Prawie dwa tygodnie urlopu od pracy. W domu parę rzeczy do zrobienia jest, ale zawsze łatwiej znaleźć czas na bieganie. Początkowo myślałem, że zrobię sobie mały obóz biegowy w domu, że będę biegał codziennie, ale nie wyszło. Jedno, że czasu jednak nie zawsze starczyło, drugie, że nogi nie podeszły bezproblemowo do zagadnienia trenowania dzień po dniu. U mnie pogoda idealna do biegania kilka stopni na plusie, wiatr rzadkością to można pomykać.  W ciągu ostatnich 11 dni udało mi się zrobić 8 treningów  w tym trzy akcenty (dwa udane, jeden tak niekoniecznie ale o tym poniżej). Z formą jest dobrze, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze. Jeszcze nigdy o tej porze nie biegałem tak szybko a jednocześnie tak lekko. Zasługa treningów, w których dużo jakości i szybkości przy mniejszym kilometrażu. Do startu docelowego zostało 8 tygodni, o starty testowe będzie trudno. Wnioski trzeba wyciągać na podstawie treningów, a te mi mówią, że jeżeli wydłużanie pójdzie równie ładnie jak łapanie szybkości to cel minutowy można będzie mocno zrewidować.

Poniedziałek 5.03.2018 delikatnie 6 kilometrów z samego rana w tempie wolnym. We wtorek też wolno, ale po 6,5km było 10×100 na podbiegu plus ponad 3,5 kilometra powrotu do domu.  Środa regeneracyjne 8 kilometrów.  W czwartek  zaplanowane interwały , 5×1000 na przerwie 2 i pół minuty, tempo tak w okolicach 3’30’’/km. Poczekałem do południa, pogoda idealna, no może lekki wiatr. Pierwszy raz w 3:29, dwie i pół minuty w truchcie zaczynam drugie powtórzenie. Idzie ciężko i już przechodzą mi myśli czy by nie skończyć tego treningu po tym drugim powtórzeniu. Drugi tysiąc w  3:29, ale powiem że za dużo rezerwy bezpieczeństwa w wykonaniu tego tysiąca nie było. Trzecie powtórzenie zacząłem i było źle, ciężko, nogi nieść nie chciały. Wiedziałem, że pięciu powtórzeń po 1000m nie będzie, może jakieś krótsze odcinki.  Skończyłem w 3:31 i stwierdziłem, że skoro jeszcze mieszczę się w widełkach to jeszcze jedno powtórzenie dam radę. 4 tysiąc strasznie siłowo skończony w 3:30. Zatrzymałem się, pooglądałem buty i stwierdziłem, że na dziś wystarczy. Po kilku chwilach truchcikiem powróciłem do domu. Niby 4 powtórzenia były, ale to nie był mój dzień, nie udało się zamknąć zaplanowanego treningu.

Piątek zrobiłem sobie wolny, bo mięśnie jakieś takie obolałe. Kilometraż niski ale 6 dni biegowych z rzędu to mi się raczej nie zdarza. W sobotę siła biegowa na fajnej górce o nachyleniu ok 8%. 12×120 metrów nieźle dało w kość. Sobotni wieczór znowu imprezowy i to tak, że w niedzielę od rana nie było chęci się ruszyć na jakieś bieganie a wieczorem już nie było czasu. Niedzielny trening przeniesiony na poniedziałek.

———————

Podsumowanie tygodnia:

Kilometraż:  52,3km

Interwał: 4km (4×1000)

Siła biegowa: 2,44km (podbiegi 10×100 +12×120)

—————-

Poniedziałek zacząłem od zaległego niedzielnego treningu. W założeniach miało to być 11km Bieg zmienny (TWL) w tempach T10+30s/T10. Jako że dla mnie są to bardzo ciężkie treningi to tempo T10 założyłem sobie asekuracyjnie jako 3’50’’/km, ale już w trakcie biegu samoistnie wychodziło kilka sekund szybciej minimum 3’48’’.  Obawiałem się jak to wytrzymam ale wyszło całkiem fajnie. Pierwsze kilometry na rezerwie, a później to już był taki trans.  Co ciekawe trudniej było mi utrzymać równe tempo na tych wolniejszych kilometrach.  Albo było 4’05’’ albo 4’30’’, ale ostatecznie udawało się to jakoś ustatkować. Muszę powiedzieć, że trening bardzo mnie podbudował, było ciężko ale wykonalnie, bez zajezdni. W najbliższa niedzielę będzie 13 kilometrów w tych samych tempach.

We wtorek spokojna dyszka, w środę już dałem sobie spokój z tym codziennym bieganiem i przerwa. W czwartek drugie podejście do tysiączków. Ponownie 5×1000 w tempie 3’30’’+-2’’ na przerwie 2:30 w truchcie. Tym razem poszło gładko. Nie wiem czego to zasługa, ale było niebo lepiej niż tydzień wcześniej. Każde powtórzenie z lekką rezerwą, no może ostatnie już bez rezerwy, ale na każdym znaczniku miałem kolejną sekundę naddatku i chciałem to utrzymać do końca. Kolejne kilometry wpadły w 3:30; 3:29; 3:28; 3:28 i ostatni w 3:23.  Na przerwach tętno zawsze spadało kilka punktów poniżej 140bpm. Przerwy były nawet krótsze niż w założeniach bo jak dotruchtałem do znacznika początku kilometra to zawsze brakło kilku sekund a nie chciałem się zatrzymywać i stać. Kolejny mocny trening podbudowujący psyche. Forma też chyba rośnie skoro potrafię na względnym komforcie wykonać trening, który tydzień wcześniej był za ciężki. Do końca tygodnia jeszcze dwa treningi – jeden dłuższy BSik z podbiegami i TWL.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+