Nie udało się osiągnąć założonego celu, ba nawet się do niego nie zbliżyłem. Niedawno na bieganie.pl był artykuł o porażce w głównym starcie sezonu i trochę podobne myśli przychodzą mi do głowy. Jedno jest pewne, ja tego tak nie zostawię i jeszcze się z tym dystansem policzę. Coś  nie zagrało i na razie nie mam pewności co, a typów mam kilka.  9 Bieg Piastowski z Kruszwicy do Inowrocławia miał być tym startem docelowym, trenowałem od połowy grudnia, żeby złamać 1h 25minut w półmaratonie. Próba okazała się totalną porażką. Ale od początku.

Logistyka dojazdowa.

Do Inowrocławia mam jakieś 70km, do Kruszwicy 15km mniej. Niby blisko, ale dojazd nastarczał pewnych trudności. Dojechać do Inowrocławia, zostawić samochód i w autokar do Kruszwicy. Na szczęście kompletną bzdurą okazała się zapis w regulaminie biegu, która mówiła, że depozyt będzie przyjmowany tylko do 8:30 (start o 10). Z tych wszystkich założeń wychodziło, że wyjechać z domu będę muszę po 6 rano. Ostatecznie znalazło się inne rozwiązanie – rodzice z wujostwem wybierali się na tężnie solankowe, wiec po krótkich namowach zmienili Ciechocinek na Inowrocław, ja zyskałem kierowce, który odprowadzi mi samochód z Kruszwicy do Ciechocinka i kibiców na mecie. Z domu wyjeżdżam przed 8, spojrzałem na termometr 14st.C i zapowiada się piękna bezchmurna pogoda (piękna pogoda ale nie koniecznie do biegania).

Plan

Plan był taki, żeby zacząć od 4’15/km na drugim kilometrze 4’10 a później do 5km 4’05. Druga piątka po 4’02, trzecia piątka po ok 4’00 a później jeszcze przyspieszyć o kilka sekund tak żeby na 20km mieć czas ok 1:20:00 to zostawało jeszcze pięć minut na 1,1km plus ewentualne dodatkowe metry.

Start

4468_b

Na miejscu jestem około 9, toaleta, depozyt  i krótka rozgrzewka, jeszcze raz toaleta i na start. Starałem się trzymać w cieniu ale jak ustawiłem się na starcie to słoneczko już ładnie grzało i ani jednej chmurki. Przed oddaniem depozytu, spojrzałem na pogodę w telefonie – 17st.C odczuwalne 22, o godz. 10 pewnie było jeszcze więcej. Przed startem bardziej obawiałem się wiatru, myślałem że słońcem sobie poradzę, nie zabrałem nawet czapeczki od słońca, co teraz wydaje mi się błędem. 9.55 – start wózkarzy i ustawiam się na starcie. Stanąłem jakieś 2m przed startem 4-5 linia, wystrzał i lecimy. Pierwsze metry oczywiście szybko, ale później skręt w prawo i pod górkę na most. Tu już wyrównałem tempo i do zakładanego i lecę zgodnie z planem.

Piątka pierwsza i druga

Start za szybko więc, to pierwszy kilometr też szybciej niż zakładałem 4’05 – lekko zwolniłem, drugi kilometr 4’09, trzeci 4’05, czwarty 4’05 i piąty 4’01. Nie licząc pierwszego i piątego kilometra wszystko z godnie z planem. Na początkowych dwóch kilometrów mija mnie sporo osób, nie przejmuje się tym – myślę, że później większość z nich dogonię (oj bardzo się myliłem). Stawka się rozciągła i biegnę praktycznie sam – najbliższa grupka przede mną jakieś 20-30metrów – to samo za mną. Po wybiegnięciu z Kruszwicy biegnie się przyjemnie, lekki wiaterek zawiewa z ukosa, z boku drogi przeważnie jakieś drzewka, które dawały cień. I tu niestety zamiast spokojnie biec swoim tempem to gonie grupkę przede mną – tempo miało być po ok 4’02 czyli średnie tempo na mój wynik jednak ja notuje kilometry poniżej 4’00 (10km po 3’56). Pierwsze kilometry wg oznaczeń organizatorów zgadzały mi się z zegarkiem, później zaczęło się trochę rozjeżdżać. Na 10 km miałem niedomiar ok 50metrów. Wg zegarka pierwsza piątka 20:19 druga 19:52. Kilka sekund należało by doliczyć na to rozjeżdżanie się zegarka ze słupkami na trasie, ale ogólnie zgodnie czasowo zgodnie z planem, nawet na lekki plus w stosunku do planu. W głowie myśl trzecią piątkę pobiegnę w tempie 4’00-4’02 i na 15 kilometrze będę miał czas ok godziny i kilka, kilkanaście sekund, czyli zostanie ok 24 i pół minuty na ostatnie 6kilometrów – powinno wystarczyć.

Coś jest nie tak

Pierwsze oznaki, że coś jest nie tak były już w tygodniu poprzedzającym start, o czym pisałem w poprzednim wpisie. W czasie biegu obawy się potwierdziły. Tętno na starcie dość wysokie, myślę nic to – stres, adrenalina i takie tam. Praktycznie na pierwszym kilometrze tętno przekroczyło 160bpm i później już tylko rosło. 166-168bpm od 3 do 8 kilometra, gdzie jeszcze tydzień temu przy podobnej prędkości biegu na treningu, poprzedzonej 10km rozbiegania, tętno było w granicach 152-155bpm. Oddechowo i tym bardziej mięśniowo było ok więc tnie przejmowałem się tym. Od 9km tętno powyżej 170bpm.

Żel, dla głowy

Zabrałem ze sobą opakowanie 75g testowanego wcześniej żelu. Nie to żebym jakoś specjalnie potrzebował wzmocnienia sił, ale na moim pierwszym półmaratonie (bo to był drugi lub trzeci jak policzyć bieg na 22,5km) moją głowę wypełniały myśli jak to z mięśni wypływa gliken i że to już absolutnie ostatnie resztki mocy. Myślę, że żel zbytnio nie pomoże, na pewno nie zaszkodzi, a głowa będzie spokojna. Z 75g ok 2/3 przed 10km i reszta przed 15, przed punktami nawadniania.

Do pierwszego podbiegu

Wcześniej widziałem zawodnika, który ciągną grupkę przede mną ładnym równym tempem. Przyspieszając  na tej drugiej piątce miałem zamiar dojść do niego i się podczepić. Udało się to jeszcze przed 10km. Pytam się na jaki czas biegnie – odpowiada, że 1:26-27 – myślę sobie, że dla mnie to za wolno (haha – to chichot losu) ale podczepię się na kilka kilometrów. Jak pisałem wcześniej trzecia piątka miała być w tempie 4’00-4’02, biegnąc z grupką spoglądam na zegarek to biegniemy w tempie 4’08. Jak byli przede mną to wydawało mi się, że biegli szybciej. Czując moc w nogach po kilkuset metrach urywam się i znowu biegnę sam. Drzewka dające cień po bokach drogi – jeszcze wtedy lekki wiaterek z boku to nogi niosą. Szybki luk na zegarek 3’52 za szybko, lekko zwalniam. Plan na trzecia piątkę wykonywany idealnie. 3:59, 4:01, 4:00 i wbiegamy do Inowrocławia. Na 14 i 15 kilometrze podbieg lekkie wypłaszczenie i znowu podbieg. Straszne podbiegi to nie były, pod wiadukt czy most wiec pewnie góra 30metrów w góre rozciągnięte na kilkaset metrów, ale to już miasto, dwa pasy asfaltu w jedną i w drugą stronę, żadnych budynków przy drodze, podmuchu wiatru już tez żadnego się nie uświadczy, tylko żar bijący z bezchmurnego nieba. 14km 4:10, 15km 4:16 tempo na tym piętnastym spadło mi do 4:21, ale nie martwiłem się tym, jak jest pod górkę to będzie i z górki, a lekki zapas czasowy mam. Przed 15 km reszta żelu i do przodu.

Ostatnie dłuuuuuugie kilometry

Oddech już ciężki, nogi też już odczuwają skutki biegu tempo trochę się waha i nie umiem się wbić to tempa sprzed podbiegu. 16km – 4:09 i biegnie się bardzo ciężko. 5kilometrów do mety tu powinienem przyspieszać, wiem już, że absolutnie nie ma szans na bieg w tempie poniżej 4’00 ale biegnąć po te 4min/km może uda się wykrzesać jeszcze jakieś siły na finiszu i cel zrealizuje. tyle w teorii bo w praktyce szybki bieg, wymagający dużo wysiłku i koncentracji a tempo 4’20 lub coś około tego. Podejmuję ostatnią próbę zawalczenia o wynik zmuszam się do tempa ok 4’00, myślałem że kilkaset metrów, organizm się przyzwyczai i jakoś dolecę. Niestety sił starczyło na jakieś 300metrów. Dyszałem jak parowóz, serce kołatało, nogi waliły o asfalt bez żadnej lekkości. Wysiłek był jak przy jakimś mocnym finiszu, a tu przecież jeszcze kilka kilometrów do mety. Odpuściłem. I to już był koniec mojego biegu. Wydawało mi się, że głowę miałem zawsze mocną, ale w tamtym momencie to właśnie głowa się poddała. 17 km w 4:17, w takim samym czasie 18km. Do tej pory udawało się trzymać tempo niżej 4’20 na 19 kilometrze już nieco ponad. 3 km do końca można by zacząć finiszować, ale ja już jestem wypruty ze wszystkich sił, nogi jak z waty, suchość w ustach i myśl żeby się gdzieś położyć na trawce. 19km w 4:22 a ostatnie 2 kilometry to już droga wstydu. Ledwo przebieram nogami, kibice dopingują, a ja się nie potrafię skupić na tym co naokoło mnie, byle tylko do przodu i jakoś do mety. Mijają mnie kolejni zawodnicy min. Pan, którego zostawiłem na 11 kilometrze bo wydawało mi się, że tempo jego biegu było za wolne dla mnie. Na 20 kilometrze nie potrafię już utrzymać tempa 4’40 i ten kilometr pokonuję w 4:42. Na ostatnim jest jeszcze gorzej bo tempo wskakuje czasami powyżej 5minut, pokonuje go w 4:51. Na zegarek spoglądam co kilkadziesiąt metrów, żeby się przekonać ile jeszcze do mety. Miałem myśl, żeby sobie trochę po galloweyować na ostatnich kilometrach, ale wiem, że jak teraz przejdę do marszu to mogę mieć problemy, żeby zmusić się ponownie do biegu. Myślę, że te 2 ostatnie kilometry to pokłosie tego szarpnięcia na 17 kilometrze, które wypruło mnie z resztek sił. Na dobiegu do stadionu mija mnie trójka biegaczy, dwóch chłopaków i dziewczyna.

pia49

Po wbiegnięciu na tartanową nawierzchnię stadionu wreszcie zmuszam się do szybszego przebierania nogami. Mijam grupkę która mnie wyprzedziła kilkaset metrów wcześniej i w głowie pojawiła mi się dziwna myśl, że nie zasłużyłem żeby być przed tymi biegaczami. Oni pewnie równo kręcili cały bieg i na zakończeniu minęli jakiegoś marudera, a teraz ten maruder ich tu wyprzedza jeszcze. Ostatnia prosta widzę zegar, a tam 1:28:xx. Wiedziałem, że sporo straciłem ale nie myślałem, że aż tyle. Wbiegam na metę totalnie wykończony, łapy na kolana i oglądam buty, ktoś zawiesza mi medal i podaje wodę – wyprostowuje się i tu lekki zachwianie, mroczki przed oczami ale po kilku sekundach dochodzę do siebie. Podchodzi znajomy, gratuluje biegu a w mojej głowie uczucie totalnej porażki. Wynik netto 1:28:41 – 59 miejsce open, 21 miejsce w M30.

Wnioski na gorąco

pias72

Po kilkudziesięciu minutach, po ochłonięciu po biegu, zacząłem gorączkowo kombinować co zrobiłem nie tak. Wykluczyłem raczej pogodę, wiatru nie było, a temperatura 20-cia parę stopni to przecież nie upał. Może to wina planu – mało kilometrów, mało akcentów w tym planie, ale to też wykluczyłem, czułem się się znakomicie notowałem cały czas progres. Dodatkowo myślę, że gdybym biegł ten półmaraton tydzień lub 2 tygodnie temu to były by większe szanse na zrealizowanie celu bo chyba forma była wyższa. Czyli co przetrenowanie, też nie bo przecież z tym planem nie idzie się przetrenować jak to powiedział mi znajomy :) Nawodnienie było raczej na odpowiednim poziomie, wiedziałem że będzie ciepło. Przez piątek i sobotni poranek wypiłem ponad 1,5 litra izotoniku i z 4litry wody, na każdym punkcie nawadniania kubek na siebie i butelka w rękę (plus dla organizatorów za wodę w butelkach na punktach – wreszcie mogłem się normalnie napić wody na biegu. Problem widziałem w nie oczekiwanym osłabieniu formy w ostatnim tygodniu bez zidentyfikowania przyczyny tego osłabienia. Przyczyną mógł być długi weekend majowy i waga. Grill i piwko – waga skoczyła o 2 kg, ale później w 2 dni ją zbiłem, może to wahanie wagi. Przez całe przygotowania mój tydzień składał się z takiego układu: 4 dni biegowe (wtorek, czwartek, sobota i niedziela). Dodatkowo w poniedziałek ok 20 minut core stability, w środę 30 minut ćwiczeń na nogi oraz po biegu wtorkowym i czwartkowym ćwiczenia siły ogólnej wg Skarżyńskiego ok 10 minut. Zarzuciłem te dodatkowe ćwiczenia na jakieś 3-4 tygodnie przed startem, wypadł tydzień gdzie nie było czasu ich zrobić i jakoś już do nich nie wróciłem. To było na gorąco. Po kilku godzinach, jak zacząłem pisać tą relację, czuje spieczone od słońca ramiona i czoło i już mi się zmieniło postrzeganie potencjalnych przyczyn słabego występu. Słońce jednak zrobiło swoje. Początek może był za mocny ale to słońce mnie rozłożyło, a ja nie zadbałem o taki drobiazg jak czapeczka na głowę. Co do braków treningowych to wydaje mi się ze brakło długich biegów w drugim zakresie, żeby przyzwyczaić organizm do takiego wysokiego jednostajnego wysiłku.

I co dalej?

Większość tego wpisu powstała w sobotnie popołudnie, wtedy plany na dalszą część wiosny wyglądały następująco: za tydzień dycha w Koninie, za trzy tygodnie ostatni z biegów malinowej piątki i jak się uda poszukać jeszcze jakiegoś półmaratonu na początku czerwca, że by powalczyć jeszcze na wiosnę o to 1:24:xx.Wpis kończyłem, stwierdzeniem, że chodzi mi po głowie jeszcze jedno głupstwo do zrobienie. Wieczorem wrócili moi kibice, po kilku izotonikach o smaku chmielowym z 5,5% zawartością alkoholu myśl przerodziła się mocne postanowienie i tak dziś rano, po wczorajszym umieraniu na ostatnich kilometrach, wystartowałem w kolejnym biegu. Ale o tym już w następnym wpisie.

 

***Zdjęcia pożyczone ze strony ki24.info oraz inowroclaw.info.pl

 

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+