Każdy biegacza, który nie pochodzi z większego miasta wie czym są lokalne biegi. Lokalne biegi u siebie. Zna się tam 90% uczestników i po prostu nie wypada nie pokazać się na takim biegu. Dodatkowo jeżeli  jest to cykl biegów, co wiąże się ze zbieraniem punktów do jakieś końcowej klasyfikacji, to nawet nie mając najwyższej formy, mając jakieś problemy, biegi się odhacza. Tak się złożyło, że dnia 20.05 kończyła się wiosenna seria startów GP Koła (wiosenna bo jesienią będzie jeszcze jedne bieg) i jednocześnie biegiem w pobliskim Koninie zaczynał się cykl biegów GP Wielkopolski Wschodniej. Znajomi namówili mnie na start w obu biegach. Pisze „znajomi namówili” choć pomysł spodobał mi się od początku i za długo to mnie na mawiać nie trzeba było. Jeden bieg o 10.30, drugi o 17. Coś co nie jest obce kenijskim biegaczom regularnie okupującym pudła w biegach w Polsce (w całej Europie pewnie), ale dla mnie to nowość i sam byłem ciekaw jak zachowa się organizm. Bieg pierwszy miał być na maksa, bieg drugi rekreacyjnie – a wyszło to tak.

Grand Prix Koła 2017, Edycja III Bieg o Puchar Malinowej Mamby.

Trasa znana, dwie pętle po nadwarciańskich wałach, trochę zbiegów, trochę podbiegów, podłoże piaszczyste i parkowa, asfaltowa alejka na starcie i mecie. Miał być max, ale po zapowiedziach meteorologicznych wiedziałem, że będzie ciężko i o dobry czas trudno. Wszelki przewidywania się sprawdziły, żar lał się z nieba i o ile w parku było jeszcze jakoś znośnie to już na wałach patelnia bez żadnej osłony.  Piaszczyste podłoże też nie zawsze było twarde, zdarzały się miejsca gdzie noga grzęzła w połaci piachu jak na wydmach :).  Na każdej z pętli odcinek ok. 1800m pod wiatr, inni uczestnicy mówili, że uciążliwi, na mnie nie robił jakiegoś większego wrażenia (ciężej było już po południu w Koninie). Jednak podbudowa 5 miesięcy treningu maratońskiego, gdzie 2 dni to siła biegowa zrobiły swoje. W  takich warunkach absolutnie nie umiałem przewidzieć wyniku. Początkowo oba biegi chciałem zrobić w 80 minut, ale szybko przesunąłem sobie w myślach ta granice o kilka minut.

18527485_10208657260858254_2542275190771802865_o

Pierwszy kilometr – ja na końcu grupy.

Pierwszy kilometr jak zwykle, szybko – szybko jak na te warunki.  Na drugim już sytuacja w biegu się wyklarowała. Pierwsza trójka popędziła do przodu, za nimi grupka kilku zawodników w tym ja.

18595306_10208657297939181_3076285574362022833_o

4 kilometr – prowadzę grupę walczącą o 4 miejsce

Tętno szybko skoczyło do poziomu ok. 170bpm, znaczy jak na mój organizm jest mocno, ale jak na 10km to jeszcze znośnie. Jeszcze przed drugim kilometrem wyszedłem na czoło grupy. Tętno dość wysokie, ale tempo nie za szybkie, kilometry zamykamy w ok. 4’03’’. Nikt nie garnął się żeby przyspieszać to mogłem spokojnie regulować tempo biegu pod swoje tętno. Walka szła już nie o wynik tylko o 4 miejsce w biegu.

Pierwsze okrążenie kończymy w kilkanaście sekund poniżej 20’.  Zaraz potem zakręt i pierwszy i jedyny wodopój na trasie. Standardowo chciałem pobrać dwa kubki, jeden na głowę drugi do wypicia. I tu mały zgrzyt, jedna dziewczyna za wcześnie puszcza kubek (lub ja za wolno go łapię) i kubek ląduje na ziemi, druga chyba upatrzyła sobie, że kubeczek przekaże innemu zawodnikowi i obroniła swoje kubki przede mną. Na tym skończył się punkt w wodą. No i wychodzi na to, że bieg w tym słońcu wypadnie zrobić na sucho. Tempo spadło o kilka sekund a ja oddałem prowadzenie. Już nie było grupy tylko ja i jeszcze jeden zawodnik. Po jakimś kilometrze biegniemy już ramie w ramie, a po minięciu 7km znowu ja prowadzę.

Zastanawiałem się jak rozegrać końcówkę, ale sytuacja rozwiązała się sama. Przed 8 kilometrem dobiegł do nas jeszcze jeden zawodnik i po agrafce zaczął atak. Tempo ok. 3’50’’/km.  A my za nim. Po kilkuset metrach odpuścił, ale ja nadal starałem się trzymać tempo kilka sekund szybciej niż 4’/km. Zbieg z wału, znacznik 9km trochę cienia od drzew i jeszcze trochę podkręciłem tempo. Ostatni podbieg na wał, ja już za sobą nie słyszę nikogo. Ostatni zbieg z wału, betonowe płyty i asfalt w parku. Do mety jeszcze z 300metrów, 250 i słyszę za sobą tupanie. Oho, jednak ktoś zachował jeszcze siły na finisz. Na szczęście u  mnie mocy też jeszcze było sporo. Ostatnie depnięcie i kończę tempem ok. 3’10’’. Czas netto 40:03  – 4 miejsce open i drugie w kategorii wiekowej.

18623513_642550822600593_3216162788634707521_o

Meta

 

To nie był max, czasowo może i udało by się urwać jeszcze z kilkanaście/kilkadziesiąt sekund, ale mając w pamięci, że w tych warunkach na przyzwoity wynik czasowy i tak nie było co liczyć, a za kilka godzin pobiegnę następną dychę , to wykonanie wydaje mi się optymalnie.  Do 3 miejsca straciłem 2 minuty także na tym polu nie można było liczyć na nic więcej. Po biegu posiedziałem trochę na krawężniku i przyszła mi do głowy myśl, że jeżeli w Koninie będzie podobna patelnia to dobrze będzie jak zmieszczę się tam w 45 minut.

Na koniec czekało mnie jeszcze podium. Drużynowo zajęliśmy 2 miejsce. Jak zwykle piękniejsza cześć naszej drużyny była bezkonkurencyjna i zajęła  4 pierwsze miejsca w klasyfikacji kobiet. Zebrałem się do domu, w samochodzie duchota, nie bardzo widzę siebie biegnącego za kilka godzin kolejną dychę.

18556744_255064051565512_3919088100450108577_o

Z pucharkiem za II miejsce w klasyfikacji drużynowej.

19 Bieg Milowego Słupa.

Jak już dojechałem do domu to nie było wcale tak strasznie jak to sobie wyobrażałem. Zimny prysznic na nogi przez jakieś 5 minut, micha makaronu, nawodnienie i kilka chwil odpoczynku  – jest dobrze. Nawet pomyślałem, że ten drugi bieg da się zrobić  z lepszym rezultatem niż ten pierwszy. Po dwóch godzinach już wiedziałem, że może wcale tak dobrze nie jest , nogi sztywne i jakaś niemoc i anemia całego ciała. Jak szedłem do samochodu to okazało się, że do słońca doszły jeszcze większe podmuchy wiatru – oj będzie ciekawie. W Koninie już po słońcu nie ma śladu, niebo całkowicie zachmurzone, ale wiatr dmucha dość konkretnie. Ale to dla mnie lepsze warunki niż żar z nieba. Nie za bardzo wiedziałem jak organizm będzie się zachowywał na trasie. Przed startem stwierdzam, że 42 minuty w zupełności mnie zadowoli, ale jak będzie to się zobaczy na trasie. Koleżanka z drużyny stwierdziła, że takie tempo też by jej odpowiadało i może by powalczyła o dobre miejsce. Padła nawet sugestia, że by jej pozającować, ale ona jak zwykle uciekła na starcie.  Ja zacząłem spokojnie – pierwszy kilometr to nawet nie drugi zakres, drugi i trzeci nadal tętno nie przekroczyło 160bpm ale już czuję betonowe nogi.

18588761_255116171560300_3904206624732091411_o

Trzeci kilometr

Biegnę w tempie 4’05-08’’ i pomalutku łykam entuzjastów szybkiego biegania pierwszych kilometrów. Tempo może nie za wielkie ale przeciwny wiatr naprawdę konkretny i trzeba oszczędzać siły. Widzę też koleżankę z drużyny, świetnie sobie radzi, pod wiatr ładnie kleji do zawodników i przez to nie traci. Gdzieś po 3 kilometrze dobiegam do Michaliny i pytam czy nadal jest plan na 42minuty? Kiwa głową, więc mówię, żeby się łapała mnie i lecimy.

bieg-milowego-slupa-konin-13

Dla mnie było luźniutko :)

No i tu zaczął się dla mnie inny bieg.  Sztywność nóg  rozbiegałem już wcześniej, wiec w planach miałem atak po 5, no może 6 kilometrze. Jak zabrałem Michalinę ze sobą to już bardziej pilnowałem tego jak ona sobie radzi  niż myślałem o jakimś przyspieszaniu.  Po drodze zmieniły się też nam cele na ten bieg. Już nie chodziło o 42 minuty, Michalina była druga wśród kobiet i zaistniała szansa na miejsce pierwsze.

18595210_255122384893012_9081869534145165343_o

Szósty kilometr, początek drugiej pętli

Na początku nawet nie widzieliśmy pierwszej biegaczki, gdzieś około 6 kilometra złapaliśmy kontakt wzrokowy i widać było, że rywalka słabnie. Tempo nie było równe, podbiegi czy pod wiatr zwalnialiśmy, w odwrotnej sytuacji lekko szybciej, ale średni było to 4’08-09’’. Przede wszystkim pilnowałem tego co dzieje się za mną, ale pomalutku się zbliżaliśmy. To jest całkiem inna sytuacja niż wtedy gdy się biegnie się samemu, tym bardziej, że ja bez problemu przyspieszył bym tempo o kilkanaście sekund, ale tu trzeba było nie zajechać zawodnika za mną :) Powolutku, powolutku ale się zbliżamy. Na jakieś 2,5 km przed meta Michalina była już pierwsza i zaczęła się budowa przewagi. Po krętych alejkach parkowych wybiegamy na asfalt, jeszcze kilkaset metrów biegniemy razem, przewaga 50 metrów, pytam się czy wytrzyma to tempo do mety, mówi że tak, a ja mogłem się jeszcze trochę pościgach na ostatnim kilometrze. Wiem, wiem nie zachowałem się jak gentelman, trzeba było pomagać jej do samej mety, ale nogi same rwały się do przodu, a sytuacja w wyścigu kobiet wydawała się opanowana.

093

Ostatnia prosta, 50m do mety.

Ostatnie 900metrów kończę w średnim tempie 3’25’’/km i to nie jest zajezdnia, ale metry łykane z bananem na twarzy. Mijam jeszcze kilku zawodników i kończę czasem 40:10netto. To jest 19 miejsce open i 8 w M30. Po niespełna minucie na metę wpada Michalina, jest pierwsza wśród kobiet.

Przy okazji tego biegu odkryłem ciekawą rzecz.  Jak robisz życiówkę, to jest wielka rzecz, pudło w jakimś biegu też daje wiele satysfakcji, ale wielką frajdę daje też takie prowadzenie kogoś do wyniku. Walka o miejsce i to wygrana walka tym bardziej. Nie sądziłem, że takie coś też daje tyle radości. Co do mojego biegu to nie był to wielki wysiłek. Cyferkowo, procentowo teoretycznie mój drugi zakres kończy się przy 158-159bpm – tu średnia z całego biegu to 161bpm. Nie licząc ostatniego kilometra to taki trening  II zakresu. Czy szło pobiegnąć szybciej? Na pewno tak, wydolnościowo było super natomiast co by działo się z mięśniami tego nie jestem w stanie przewidzieć. Miało być rekreacyjnie i prawie tak było, jednocześnie prawie udało się realizować początkowe założenia o 80 minutach z obu biegów. Kończę pisać tą relację w niedzielę wieczorem. Mięśnie trochę betonowe, zwłaszcza łydki, ale ogólnie nie czuję zmęczenia. To była mocna sobota, ale na pewno (chyba na pewno :) ) się nie zajechałem.  Za tydzień kolejna dycha i jak nie będzie lał się żar to spróbuję pobiegnąć to na jakiś przyzwoity czas.

PS. Jeszcze jedna rzecz – nie miałem pojęcia, że tyle osób czyta tego bloga. Że znajomi czytają to wiedziałem, ale na obu sobotnich imprezach podchodziły do mnie zupełnie obce mi osoby i mówiły, że czytają. Bardzo to miłe – pozdrawiam wszystkich czytających :)

 

Zródło zdjęć: FB Eugeniusz Gembka, FB Fotorelacja Michalina Walczak, Krzysztof Nowak (głoswielkopolski.pl), FB Fotografia amatorska – Mazurek Żaneta, www.konin.pl
Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+