W życiu tak bywa, że jak jest dobrze to z dużą doza prawdopodobieństwa można stwierdzić, że za chwile się coś spierd#4%@. I na odwrót – jeżeli jesteśmy w czarnej d. to też nie jest to stan permanentny , kiedyś musi przyjść poprawa, kiedyś trzeba odbić się od dna. Zasada ta bardzo dobrze przekłada się na bieganie. Przez cały sezon nie będziemy bić życiówek na każdych zawodach, nie ma opcji żeby każdy, najtrudniejszy nawet treningi był dostarczycielem jedynie potężnej dawki endorfin. Z drugiej strony nie możemy ponosić cały czas klęsk, zawodu czy niespełnienia. Obecnie moja forma biegowa to stan coś pomiędzy tymi dwoma stanami i aż strach pomyśleć w która stronę to teraz pójdzie.

Dokończenie tygodnia w weekend 17-18 marca poszło prawie tak jak pisałem w ostatnim razem. To prawie dotyczy niedzielnego biegu zmiennego, który miał się odbyć w formie 13km (1km 4’18’’/ 1km 3’48’’). Pewnie podświadomie przestraszyłem się tego treningu (strasznie ciężko mi wchodzą te TWLe), a bardzo silny wiatr był doskonałą wymówką. Przeniosłem się do lasu (tam wiatr dużo mniej odczuwalny) i tam po leśnych duktach zrobiłem 6 pętelek (ok. 2,10km każda). Szybko – wolno. Szybko w średnim tempie 4’02’’/km, a wolno 4’36’’/km, czyli razem prawie 55minut w średnim tempie 4’19’’/km.  Cały tydzień skończyłem z kilometrażem 71,6km włączając w to poniedziałkowy trening przesunięty w poprzedniej niedzieli.

Ubiegły tydzień zacząłem od spokojnej dyszki w tym rytmy 10x100m/100m. Rytmy bardzo luźno a na koniec odcinka jak spoglądałem na zegarek to chwilowe prędkości łapałem takie, do jakich nigdy się nawet nie zbliżałem. Czyli szybkości nie brakuje. Czwartkowe interwały również to potwierdziłem. Tak jak poprzednio było to 5×1000 i jak poprzednio tempo miało być w okolicach 3’30’’. Dalej jedynym zmiennym parametrem miał być czas przerwy między powtórzeniami. Tym razem przerwa skrócona do 2 minut. Obawiałem się, że takie parametry sprawią, że trening będzie nie do zamknięcia ale było całkiem znośnie. Swoje zrobiła pogoda, krótkie spodenki, krotki rękawek i fajnie się biegało. Pierwszy kilometr asekuracyjnie w 3:32, a kolejne już ciut szybciej – kolejno: 3:31; 3:29; 3:28; 3:24. Przerwa 2 minuty o dziwo starczyła, żeby z pełna siłą zebrać się do kolejnego powtórzenia. Nawet z tym ostatnim mocniejszym kilometrem przeszło mi przez głowę czy by nie zrobić 6 kilometra, bo wydawało się, że to absolutnie do domknięcia. Żeby jednak nie przedobrzyć po 5 skończylem i dotruchtałem do domu. W sobotę 15,5km po lesie w tym 13x120m podbiegu.

W niedzielę już nie było wymówki przed TWL, zresztą po czwartkowym treningu czułem, że mogę wszystko i głowa absolutnie się nie obawiała takiego biegania. Nawet się zastanawiałem czy nie zrobić 15km zamiast 13, ale ostatecznie tylko urealniłem tempo. Szybkie kilometry miały być w 3’45’’, wolne w 4’15’’. Początek swobodnie, sprężynka w nodze, oddechowo super, ale im dalej w las… Gdzieś po ósmym kilometrze było już ciężko, na wolniejszych kilometrach tętno już nie spadało poniżej 158bpm (ok. 85%HRmax). Po 10tym kilometrze już musiałem być dość dobrze wykończony bo nawet nie odnotowałem kiedy skończył się 11-ty, ten wolniejszy kilometr i biegłem dalej tempem ok. 4’25’’. Jak spojrzałem na zegarek to już było tego odpoczywania ponad 1,5 km – dobiegłem do pełnych dwóch w średnim tempie 4’23’’/km, zrobiłem jeszcze jeden szybki i jeden wolny i zakończyłem trening truchcikiem. Do pewnego czasu szło dobrze a później klapa. Nie udało mi się domknąć tego tak jakbym chciał. Brak wytrzymałości tempowej i nad tym trzeba będzie popracować w ciągu najbliższych tygodni. Ubiegły tydzień zamknąłem w 55,8km. W tym 1000m rytmów, 1560m podbiegu, 5000m interwału i ten nieudany niedzielny bieg zmienny.

Ambiwalentne uczucia co do moich obecnych możliwości biegowych nie są jednak dla mnie zaskoczeniem. Szybkie krótkie odcinki wychodzą dużo lepiej niż się spodziewałem.  Problematyczne jest trochę to, że wszystko powyżej 10-12km w ambitniejszym tempie to już mordęga, ale to postaram się zmienić. Do startu zostało 7 tygodni. Ubiegły tydzień był ostatnim o takiej konstrukcji. Od tego tygodnia znikną interwały i podbiegi (przynajmniej te gdzie chodzi głównie o siłę biegową). Więcej będzie tempa progowego i półmaratońskiego. Trzeba by też przebiegnąć choć z raz czy dwa powyżej 20km, bo ostatni trening takiej długości odbyłem chyba latem ubiegłego roku. Naładowany teorią będę przekładać ją na praktykę. 7 tygodni na przełożenie niezłej szybkości na wytrzymałość.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+