Półtorak-szerzej znany jako 1500 m biegany po bieżni na stadionie lekkoatletycznym. Moim zdaniem dystans baaardzo trudny wymagający, łączący szybkość i wytrzymałość w jednym. Po 5 tygodniach pracy po kontuzji przyszedł czas na sprawdzian swoich umiejętności na owym dystansie. Wszystko miało odbyć się dnia 6 maja 2017 roku na pięknym i klimatycznym stadionie olimpijskim we Wrocławiu.

Przygotowania

Więc tak… wstałem baaardzo wyspany o 6:30, zaniepokoiło mnie jedynie, że moje łydki były jak kamienie. Każdy dotyk bolał, ale porollowałem i pomasowałem piłeczką od Blackrool’a i było trochę lepiej ale czadowo dalej nie było. Gdzieś o 7:00-7:30 zjadłem śniadanie, mój standard ostatnio przed mocniejszymi treningami czy zawodami czyli: płatki owsiane+shake (banan, mleko, siemię lniane, młody jęczmień). Potem spakowałem się, nalałem wody, i zacząłem odpoczywać na sofie słuchając ulubionej muzyki, myślałem o obraniu odpowiedniej taktyki na bieg, na ręce markerem napisałem czasy poszczególnych odcinków mijając zegar (300 m, 700 m, 1100 m), jak się okazało nie było mi to w ogóle potrzebne :) O 9:06 siedziałem w autobusie z moją Em i koleżanką która biegła na 100 metrów, poszło jej bardzo dobrze! Gdzieś o 9:50 byliśmy we Wrocławiu i dwoma tramwajami dostaliśmy się około 10:30 na stadion olimpijski. Mój start przewidziano na 13:20, jak się okazało wystartowaliśmy dopiero o 13:30. Od 10:30 do 12:30  oglądałem widowisko lekkoatletyczne, głównie biegi sprinterskie, w międzyczasie rozmawiałem z trenerem, ustalaliśmy następne starty itd. O 12:30 wyruszyłem na rozgrzewkę, wyszło 3 km spokojnego truchtu po 5:30 min/km i dodatkowo 5 rytmów kilka w kolcach.

Start

O 13:30 wystartowaliśmy, ktoś upadł, kilka osób dostało po nogach kolami, kilka przepychanek i leciałem po 2 torze, już schodziłem do pierwszego i uznałem, że wystartowałem idealnie, zero przepychanek itd. ale po przebiegnięciu 200 metrów w połowie stawki (19 osób startowało) w około 33 sekundy dostałem łokcia w brzuch od Pana W… ogółem szkoda gadać, gościu biega dobrze, ale zachowywać na bieżni to on się nie umie. Wychamowałem, zwolniłem i niestety musiałem się od nowa rozpędzić, 300 metrów minąłem planowo w 54 sekundy, później głowa siadła i zacząłem się męczyć, łydki nie bolały, bolała głowa, ludzie zaczęli mnie wyprzedzać, moja psychika mówiła: „skończ”, moja Em mówiła: Walcz Daniel Walcz przed startem. Nie mogłem skończyć biegu, gdzieś coś mnie pchało do tego aby walczyć o jak najlepszy rezultat. 1000 metrów minąłem w już samotnym biegu w 3:10. Walczyłem cały czas i z tej walki wyszedł wynik 4:54.22. Dało mi to 17 miejsce na 19 osób. Z biegu jestem bardzo zadowolony, to pod względem walki i zostawionego serca na zawodach był mój najcięższy i najlepszy bieg, ale z wyniku nie jestem zadowolony, w tamtym roku co prawda nie miałem wtedy kontuzji ale biegałem 4:49-4:43, czyli przeszło 11 sekund lepiej. Ale ja się jeszcze rozkręcę! Oj tak!

13 maja znów we Wrocławiu startuję na 3000 metrów, trzymajcie kciuki! Mam nadzieję zrealizować cel który sobie postawiłem! Jak to mówią pierwsze koty za płoty ;)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+