Zacznę od tego, że ten tydzień totalnie zluzowałem, zero szybkości, tylko biegi w OWB1 (1 zakres), miało to na celu złapanie świeżości i luzu, do ostatniego dnia nie byłem pewny czy 20 maja 2017 roku wystartuję w III Biegu Kresowym na 10 km przez leśne przełajowe ścieżki które były położone 15 minut od mojego miejsca zamieszkania. Nie chciałem znów startować w biegu i znów się zawieźć na swojej formie, ale rzadko kiedy nie wychodzi mi bieg uliczny bądź przełajowy! Dlaczego? Chyba po prostu lubię biegać takiego rodzaju biegi, sprawiają mi one najwięcej przyjemności :) Czuję się w nich mocny nie to co na bieżni, na bieżni mam braki w technice, szybkości, finiszu, a na ulicy nie widać tych braków. Po za tym jestem na pewno typem maratończyka, lubię długo biegać i jednostajnym tempem, a nie biegać bardzo szybko i finiszować jak kenijczyk :)

Na lekkiej nodze?

Luz psychiczny to bardzo ważna rzecz w sporcie jak i w życiu, gdy oczekiwania są zbyt duże i zbyt ambitne, jak im nie podołamy tracimy bardzo cenną motywację i nie chcemy tak efektywnie i dobrze pracować. Przynajmniej ja tak mam. Powiedzmy sobie szczerze, że po kontuzji nie można obrać celu zbyt ambitnego! Doprowadzi to do ciągłego niezadowolenia ze swojej formy i wyników. Po kontuzje trzeba stosować metodę małych kroków. Starty na 1500 m i 3000 m brutalnie zweryfikowały moje plany a także pokazały miejsce w szeregu. Jadąc na dzisiejszy bieg nie zakładałem żadnego czasu, po prostu miałem wykonać trening na wysokiej intensywności, bez założeń czasowych. Ale po cichu liczyłem na odrodzenie….

„Beforek”

Co działo się przed biegiem, przez cały tydzień zmagałem się z biegunką, niestety… w dzień biegu było już okej, wstałem o 7:00, wypiłem 2 szklanki wody i poleciałem po śniadanie, kasza jaglana z kakaem i cynamonem i dżemem (sprawdziło się perfekcyjnie – w biegu zero sensacji). Następnie chwila odpoczynku i odprężenia, samopoczucie było kiepskie z powodu męczących biegunek, nie miałem celu na ten bieg, teoretycznie chciałem wykonać mocny II zakres przez 10 km, ale po owych męczarniach doszedłem do wniosku, że jak dobiegnę to będzie fajnie. O 9:00 wyjechałem wraz z Ojcem na bieg. 9:15 byliśmy na miejscu i staliśmy w kolejce po odbiór pakietów (super zestaw!). Poszliśmy do auta, przebraliśmy się i poszliśmy na rozgrzewkę, biegłem spokojnie po 5:30 min/km, po stadionie i w okolicach mety, na idealną rozgrzewkę nie miałem czasu, odpuściłem skipy, większość rozciągania. Ograniczyłem się do pokonania 1,9 km po 5;29 min/km i jednej przebieżce 100 metrów w jakieś 19, 20 sekund ;) Poszedłem na start parę rozmów i ustawiam się w pierwszym rzędzie, jest 9:56 zaraz startujemy. O 9:58 prawie zostałem potrącony przez karetkę :P Dzięki Paweł! <haha>. Po tym zdarzeniu kilka uderzeń po mięśniach ud i łydek i 10;00 wybiła. 10…9…8…7…6…5…4…3…2…1…

Bieg

0!!! Wystrzał i lecimy, 20 osobowa grupa poszła bardzo mocno! Tempo 3:30!? Myślę sobie: „Samobójstwo?” Nie lecę z nimi, robię swoje, biegnę przed siebie mając na uwadze, że zachowując siły na dalszą część dystansu wyprzedzę kilka osób, dobiegamy do zbiegu, tam obowiązkowo puszczamy wszyscy nogi, z domów dobiegają krzyki kibiców, jakaś babcia mówi: „Ale poszli”, jakiś dziadek: „Co tak wolno dawajcie”, a dziecko je lizaka. Zaraz za zbiegiem mijamy pierwszy kilometr, czoło grupy która odjeżdża w około 3:25, ja natomiast w 3:41, co i tak jest szybko! „Sprinterzy na 10 km”  (inaczej nie można nazwać ludzi, którzy biegną po 3:30 a później dobiegają na metę w 40-44 minuty) :) Słabną i wyprzedzam parę osób, strzelam, że biegnę na około 15 miejscu, dziwi mnie jak lekko biegnę :) Ale wiem, że to 10 km a nie 1500 metrów i tu trzeba mądrze rozłożyć siły. Wbiegamy do lasu, wyprzedam kolejną osobę i następny kilometr już po kamieniach mijam w 3:58! Nieźle, naprawdę nawet uśmiecham się, a to ciężki widok w tym roku na biegach. Rywale przede mną zwalniają, ja biegnę swoje, mega motywujące! Cały czas przez kamienie wyprzedzam kolejną osobę, jestem 13, 3 kilometr mijam w 3:53. Zwracam dużą uwagę na przyrodę, pachnie lasem, pogoda jest idealna, poniżej 20 stopni i wiatr, zero słońca i deszczu, miód malina! Nic tylko biec, mimo, że jesteśmy w lesie, co chwilę garstka kibiców jakiś fotograf, i straż pożarna, czwarty kilometr robię w 3:57, wyprzedzam uwaga tym razem 2 osoby! I jestem 11, mało brakuje do pierwszej dziesiątki OPEN, czuję już zmęczenie, tętno leci w górę i przekracza 180 ud./min i tak nie ma tragedii :) Jest stabilnie, piąty kilometr najwolniejszy z tych wszystkich robię w 4:01, kamienie powodują, że trochę zwalniam, 5 km zamykam w 19:29, szybko jak na przełaj, ale po przekroczeniu tabliczki zaczynają się problemy, niestety… cdn!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+